11 godzin(y) temu ✶
Najprawdopodobniej powinna o wiele bardziej przejąć się słowami swojej koleżanki z klasy. Była w nich groźba i okrucieństwo, była chłodna stal bezwzględności kobiety, która jednak jakoś musiała ugruntować swoją pozycję tu - na Nokturnie i niekoniecznie zrobiła to ładną buzią. Raczej… wyszło jej to pomimo ładnej buzi. Tymczasem opowieści o lochach o goblinach, o młodzieży, która musi dorosnąć, jakby same nie były dzieciorami świeżo odrośniętymi od ziemi. Ceolsige jednak urodziła się stara i choć lubiła przygody (zwłaszcza takie intratne), często wpadała w ten ton, jakby sama skórowała te nieszczęśne gobliny kilka lat temu. Milles traktowała to bardzo lekko, jako pozę, bo przecież gdyby Ceolsige mówiła poważnie, to by jej tego nie mówiła, prawda?
Prawda?!
– A więc oględziny – – wyszczerzyła twarz ruszając do jamy lwicy, choć dzisiaj przyjdzie im polować na coś zupełnie innego. Dziwnie trochę jej tak było wykorzystywać do śledztwa rodową przypadłość, większość życia konstruując na narracji opozycji wobec intuicji Trelawneyów i pragmatyzmowi Moodych i tego jak Milles pozbawiona jest obu, przy czym jednak życie zawodowe sprawiała, że nawet w swoim własnym wyobrażeniu, była bardziej Moody niż mniej. Zwłaszcza po pogrzebie matki, pogrzebała większość relacji z dziwacznymi ciotkami i wujkami. Musiała być twarda i silna. Nie było czasu na wróżbickie pierdololo.
Tymczasem teraz, z kartami w kieszeni, przechodziła z pomieszczenia, które było dostępne dla wszystkich, do prywatnych przestrzeni dostępnych dla wybranych. Przyszło jej przez myśl, że zapach, który niejednokrotnie był wyznacznikiem popełnionego przestępstwa, teraz okazywał się klątwą, to w sumie…
… jest całkiem wygodne, hę? W sensie przyszedłby do Ciebie ktoś i zajechał że masz czarnomagiczny przedmiot na stanie, a Ty mu się wymawiasz dziurą w świecie? – dokończyła myśl na głos, tu akurat nie miała wątpliwości, że Burke, żeby na wspomnianej powierzchni się utrzymać, musiała operować różnym towarem o różnym pochodzeniu i różnym zastosowaniu. Nie żeby zamierzała ją z tego tytułu niezłapaną za rękę aresztować. Z resztą i tak była na urlopie na poratowanie zdrowia psychicznego. – Hipotetycznie oczywiście – dodała pojednawczo, bo kłócić tego dnia się nie zamierzała.
Po co przyszła, to popatrzenie na to co Prewett uznał za dziurę w świecie i zebranie danych dla Morpheusa, który wciąż próbował rozkminić jak to zaklęcie w ogóle zostało rzucone. W domach w których się pojawiała nie było tak wiele okazji, tak dogodnych okazji, rozejrzeć się swobodnie, bez konieczności powtarzania, że "wszystko będzie dobrze".
Dlatego w końcu przestała gadać i po prostu weszła do saloniku, rozglądając się za przejawami Limba, korozją na nadpalonej i niezdbyt zdrowej tkance rzeczywistości.
Prawda?!
– A więc oględziny – – wyszczerzyła twarz ruszając do jamy lwicy, choć dzisiaj przyjdzie im polować na coś zupełnie innego. Dziwnie trochę jej tak było wykorzystywać do śledztwa rodową przypadłość, większość życia konstruując na narracji opozycji wobec intuicji Trelawneyów i pragmatyzmowi Moodych i tego jak Milles pozbawiona jest obu, przy czym jednak życie zawodowe sprawiała, że nawet w swoim własnym wyobrażeniu, była bardziej Moody niż mniej. Zwłaszcza po pogrzebie matki, pogrzebała większość relacji z dziwacznymi ciotkami i wujkami. Musiała być twarda i silna. Nie było czasu na wróżbickie pierdololo.
Tymczasem teraz, z kartami w kieszeni, przechodziła z pomieszczenia, które było dostępne dla wszystkich, do prywatnych przestrzeni dostępnych dla wybranych. Przyszło jej przez myśl, że zapach, który niejednokrotnie był wyznacznikiem popełnionego przestępstwa, teraz okazywał się klątwą, to w sumie…
… jest całkiem wygodne, hę? W sensie przyszedłby do Ciebie ktoś i zajechał że masz czarnomagiczny przedmiot na stanie, a Ty mu się wymawiasz dziurą w świecie? – dokończyła myśl na głos, tu akurat nie miała wątpliwości, że Burke, żeby na wspomnianej powierzchni się utrzymać, musiała operować różnym towarem o różnym pochodzeniu i różnym zastosowaniu. Nie żeby zamierzała ją z tego tytułu niezłapaną za rękę aresztować. Z resztą i tak była na urlopie na poratowanie zdrowia psychicznego. – Hipotetycznie oczywiście – dodała pojednawczo, bo kłócić tego dnia się nie zamierzała.
Po co przyszła, to popatrzenie na to co Prewett uznał za dziurę w świecie i zebranie danych dla Morpheusa, który wciąż próbował rozkminić jak to zaklęcie w ogóle zostało rzucone. W domach w których się pojawiała nie było tak wiele okazji, tak dogodnych okazji, rozejrzeć się swobodnie, bez konieczności powtarzania, że "wszystko będzie dobrze".
Dlatego w końcu przestała gadać i po prostu weszła do saloniku, rozglądając się za przejawami Limba, korozją na nadpalonej i niezdbyt zdrowej tkance rzeczywistości.
Limbo 0: oglądam salonik - a w razie niepowodzenia i inne przestrzenie domu Ceolsige