1 godzinę temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 1 godzinę temu przez Tonya Bell.)
Z Little Hangleton do Manchesteru było rzut beretem, a jednak Tonya Bell nie odważyłaby się śpiewać w klubie robotniczym sama. Wolała nie ryzykować, że ktoś za nią pójdzie na Manchester Piccadilly, skąd miała nocny pociąg do Hangleton. Oczy zmęczonych dniem pracy proletariuszy lepiły się do niej, gdy śpiewała wystawiona przed nimi na podwyższeniu. Pstrokata bluzka z cekinami i grzechoczące koralikowe bransoletki stawały się tu bardziej wyzywające niż opinające jej tyłek dzwony, bo te pierwsze miały śmiałość przełamywać zadymioną szarość klubu.
Obok był Zenon, więc raczej za nią nie pójdą. Widok mężczyzny zniechęcał do podążenia za kobietą w noc. Tonya z Zenkiem mieli niezłą symbiozę. Ona przyciągała oczy, on trzymał ich właścicieli na dystans. Zenon był nieskory do przemocy, więc gdyby płeć zawiodła, oboje braliby nogi za pas.
Tonya miała towarzystwo, więc nie musiała myśleć o tym, kto schwyci jej uśmiechy i spojrzenia słane w salę wraz z piosenką, do której przygrywał Kozioł. Klub nie na tyle duży, żeby — wzorem swojego towarzysza — ona czuła w nim pustkę. Śpiewała do każdego tego międlącego kotleta, podstarzałego fabrykanta z brzuchem. Każdy z nich był obecny trochę inaczej i inaczej reagował na spotkanie z jej wzrokiem. Większość facetów mogła być świnie, ale w każdej publiczności się znalazło kilku życzliwych. Dla tych kilku życzliwych w budżetowy występ w szarej norze Tonya wkładała zaangażowanie godne arii na deskach The Globe.
Śpiewała im o zawiedzionej miłości pijaka, hazardzie i długach. Piosenka nie pasowałaby do repertuaru śpiewaczek teatralnych, ale pasowała robotnikom z Manchesteru do ociekającej tłuszczem kolacji.
Pasowałaby, gdyby pijak z piosenki zdążył w ogóle trafić na ulicę. Mikrofon umilkł. Głos Tonyi skurczył się, nim zdążyła wyrzucić pijaka z jego mieszkania komunalnego w Londynie. Dramatyczne wersy pozostały pomiędzy nią a Zenonem, gdy z nagła na salę spadła ciemność. Tonya stanęła wobec morza mroku, którego narratorem stały się ostatnie opary muzyki Zenona. W czarnym odmęcie dryfowały pojedyncze czerwone świetliki — to żarzące się końcówki papierosów. Po chwili gdzieś na sali trysnął płomyk z zapalniczki, oświetlając krzywy, czerwony nochal skwaszonego robotnika w kaszkiecie. Tonya widziała go przez krótką chwilę, on nie widział jej. Tak sobie wyobrażała pijaka.
— Przerwa techniczna, moi drodzy! — ogłosiła sali. Mówiła głośno, lecz nie wysiliła się na przekrzykiwanie nikogo siłą. Usłyszeli ją ci, co usłyszeć chcieli.
Odwróciła się tam, gdzie powinien być Zenon. Przeszła kilka kroków, dłonią szukając po omacku keyboardu.
— To sobie dziś fantastycznie wystąpiliśmy — mruknęła, nasłuchując wzbierającej za jej plecami fali niezadowolenia. — Nie nasza wina, nie? Pójdę zapytać, co się dzieje. I czy jest na sali elektryk? — ostatnie dla żartu zawołała do Kozła teatralnym szeptem damy w opałach, choć wśród robotników byłoby to przecież wcale niegłupie pytanie. — Trzymaj kciuki, żebym się nie spieprzyła z tego podestu. — Zastukała obcasem botka w głuche dechy pod ich stacją roboczą.
Odłożyła mikrofon; poszła do baru, stawiając na ślepo kroki jak dziecko we mgle. Zanim tam dotarła, przyniesiono z kuchni kilka świec, więc nie nastręczyło jej problemów namierzenie faceta z obsługi.
— Hej! — Tonya oparła się o bar oboma łokciami, pochylając się głęboko przez ladę. — Hej, co się dzieje? Coś wam wysiadło? — zapytała, w przeciwieństwie do robotników, zupełnie sympatycznie, bez cienia zniecierpliwienia, bez oskarżeń.
Obok był Zenon, więc raczej za nią nie pójdą. Widok mężczyzny zniechęcał do podążenia za kobietą w noc. Tonya z Zenkiem mieli niezłą symbiozę. Ona przyciągała oczy, on trzymał ich właścicieli na dystans. Zenon był nieskory do przemocy, więc gdyby płeć zawiodła, oboje braliby nogi za pas.
Tonya miała towarzystwo, więc nie musiała myśleć o tym, kto schwyci jej uśmiechy i spojrzenia słane w salę wraz z piosenką, do której przygrywał Kozioł. Klub nie na tyle duży, żeby — wzorem swojego towarzysza — ona czuła w nim pustkę. Śpiewała do każdego tego międlącego kotleta, podstarzałego fabrykanta z brzuchem. Każdy z nich był obecny trochę inaczej i inaczej reagował na spotkanie z jej wzrokiem. Większość facetów mogła być świnie, ale w każdej publiczności się znalazło kilku życzliwych. Dla tych kilku życzliwych w budżetowy występ w szarej norze Tonya wkładała zaangażowanie godne arii na deskach The Globe.
Śpiewała im o zawiedzionej miłości pijaka, hazardzie i długach. Piosenka nie pasowałaby do repertuaru śpiewaczek teatralnych, ale pasowała robotnikom z Manchesteru do ociekającej tłuszczem kolacji.
Pasowałaby, gdyby pijak z piosenki zdążył w ogóle trafić na ulicę. Mikrofon umilkł. Głos Tonyi skurczył się, nim zdążyła wyrzucić pijaka z jego mieszkania komunalnego w Londynie. Dramatyczne wersy pozostały pomiędzy nią a Zenonem, gdy z nagła na salę spadła ciemność. Tonya stanęła wobec morza mroku, którego narratorem stały się ostatnie opary muzyki Zenona. W czarnym odmęcie dryfowały pojedyncze czerwone świetliki — to żarzące się końcówki papierosów. Po chwili gdzieś na sali trysnął płomyk z zapalniczki, oświetlając krzywy, czerwony nochal skwaszonego robotnika w kaszkiecie. Tonya widziała go przez krótką chwilę, on nie widział jej. Tak sobie wyobrażała pijaka.
— Przerwa techniczna, moi drodzy! — ogłosiła sali. Mówiła głośno, lecz nie wysiliła się na przekrzykiwanie nikogo siłą. Usłyszeli ją ci, co usłyszeć chcieli.
Odwróciła się tam, gdzie powinien być Zenon. Przeszła kilka kroków, dłonią szukając po omacku keyboardu.
— To sobie dziś fantastycznie wystąpiliśmy — mruknęła, nasłuchując wzbierającej za jej plecami fali niezadowolenia. — Nie nasza wina, nie? Pójdę zapytać, co się dzieje. I czy jest na sali elektryk? — ostatnie dla żartu zawołała do Kozła teatralnym szeptem damy w opałach, choć wśród robotników byłoby to przecież wcale niegłupie pytanie. — Trzymaj kciuki, żebym się nie spieprzyła z tego podestu. — Zastukała obcasem botka w głuche dechy pod ich stacją roboczą.
Odłożyła mikrofon; poszła do baru, stawiając na ślepo kroki jak dziecko we mgle. Zanim tam dotarła, przyniesiono z kuchni kilka świec, więc nie nastręczyło jej problemów namierzenie faceta z obsługi.
— Hej! — Tonya oparła się o bar oboma łokciami, pochylając się głęboko przez ladę. — Hej, co się dzieje? Coś wam wysiadło? — zapytała, w przeciwieństwie do robotników, zupełnie sympatycznie, bez cienia zniecierpliwienia, bez oskarżeń.
tak było, nie zmyślam