02.10.2026, 08:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2026, 08:44 przez Émile Mulciber.)
Mimo całej swojej przemądrzałości i odwagi intelektualnej, Émile był studentem pierwszego roku. Środowisko naukowe, chociaż obracała się w nim jego matka, było nieco obce chłopcu, który dopiero co ukończył Beauxbatons. Nie chciał się więc kłócić z wykładowcą o próbach kontrolnych, warunkach i tych podobnych. Wiedział, że polegnie w tej walce, bo przegrać musiał. Może za kilkanaście lat, kiedy będzie już lekarzem z doświadczeniem, będzie w stanie dyskutować z de la Rochefoucaldem jak równy z równym. A przynajmniej może przepaść pomiędzy nimi nie będzie tak głęboka? Cóż, nic nie motywowało do nauki tak jak chęć udowodnienia czegoś nadętemu profesorowi.
– Dobrze, profesorze – powiedział na koniec, a duma bolała go gorzej niż sprawiłaby to klątwa Cruciatus. Trzeba było od początku zebrać materiały o tych przeklętych maledictusach. Całe szczęście kiedyś jego matka interesowała się tym zagadnieniem, więc mogła mu pomóc. Chłopak musiał więc nie tylko podporządkować się dyktatowi wykładowcy, lecz także zdać się na wsparcie rodziny. A nie lubił tego robić. Tym większy był to powód, by uczyć się dalej. Nie magipsychiatrii. Émile nie zamierzał użerać się z de la Rochefoucaldem dłużej, niż byłoby to absolutnie konieczne. Samo patrzenie na jego twarz, uważaną przez innych studentów i jego dawniej też za przystojną, powodowało w nim niesamowitą wprost wściekłość.
Chłopak pożegnał się cicho z profesorem i wyszedł z pokoju. Pięści miał zaciśnięte, a w błękitnych oczach zaczęły gromadzić się mu łzy. Nie mógł oczywiście sobie jeszcze na nie pozwolić. Wziął więc kilka głębokich oddechów, zebrał się w sobie. Bardzo chciał już być w domu, wreszcie przestać grać. Musiał się porządnie wyspać, a potem zabrać się za tę cholerną pracę.
– Dobrze, profesorze – powiedział na koniec, a duma bolała go gorzej niż sprawiłaby to klątwa Cruciatus. Trzeba było od początku zebrać materiały o tych przeklętych maledictusach. Całe szczęście kiedyś jego matka interesowała się tym zagadnieniem, więc mogła mu pomóc. Chłopak musiał więc nie tylko podporządkować się dyktatowi wykładowcy, lecz także zdać się na wsparcie rodziny. A nie lubił tego robić. Tym większy był to powód, by uczyć się dalej. Nie magipsychiatrii. Émile nie zamierzał użerać się z de la Rochefoucaldem dłużej, niż byłoby to absolutnie konieczne. Samo patrzenie na jego twarz, uważaną przez innych studentów i jego dawniej też za przystojną, powodowało w nim niesamowitą wprost wściekłość.
Chłopak pożegnał się cicho z profesorem i wyszedł z pokoju. Pięści miał zaciśnięte, a w błękitnych oczach zaczęły gromadzić się mu łzy. Nie mógł oczywiście sobie jeszcze na nie pozwolić. Wziął więc kilka głębokich oddechów, zebrał się w sobie. Bardzo chciał już być w domu, wreszcie przestać grać. Musiał się porządnie wyspać, a potem zabrać się za tę cholerną pracę.
Koniec sesji
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.