02.10.2026, 16:25 ✶
Diagnoza krogulczej damy była jak najbardziej zasadna - Samuel, który miał do opanowania nie jedną, a dwie zwierzęce formy, który w dodatku bez przeszkód podejmował naukę morfowania tylko wybranych przez siebie części ciała… Cóż, nie miał czasu wgryźć się, czy może raczej wdziobać porządnie w zwyczaje ptaka, którego teraz naśladował tak niezgrabnie.
Nieco onieśmielony jej reakcją i tańcem, przez moment rozważał, czy może już przypadkiem nie rozpoczął z nią godów i nie rozpalił w jej ptasim ciele oczekiwań, których raczej nie byłby w stanie spełnić, nawet jeśli kopulacja wśród zwierząt nie robiła na nim aż takiego wrażenia, jak przystało na chłopca, który wychowywał się w dziczy i to przez matkę, która zbyt wiele nie robiła sobie z kontruktów społecznych.
Gnany jednak pierwszym odruchem spróbował naśladować jej kroki i wygięcie głowy, łypanie, trzepotanie, wyginanie ciała. Musiało to wyglądać prawdziwie kuriozalnie z boku, gdy tak nieporadnie chciał się swojej rozmówczyni zrewanżować, w końcu jednak gdzieś w oddali, zagrzmiał róg obwieszczający koniec pracy w sadzie, a chłopak zdał sobie sprawę z tego jak bardzo jest późno.
Skrzeknął, mając nadzieję, że brzmiało to jak podziękowania za wspólnie spędzony czas i wzbił się w powietrze zygzakiem nabierając wysokości i prędkości. Aerodynamika była trudna, szczególnie że matka w ptasiej formie oddawała swoje ciało złośliwemu duchowi i jej nauki były tak dynamiczne jak bolesne.
Tymczasem Samuel ruszył do domu, górując nad Knieją, z góry podziwiając jej wiekowe drzewa, jej ciało, jej wielopokoleniowy i wielowarstwowy organizm. Nie był też świadom, że nie leci sam, zbyt bardzo skupiony na panicznej myśli, że chyba się spóźnił i znów dostanie burę. Sad okazał się być dalej niż zapamiętał i rzeczywiście gdy wylądował po środku leśnej głuszy przy niewielkim domku otoczonym drzewami, to pierwsze co to oberwał ścierką przez głowę.
Domek zdawał się rozpadający, w którym jednak ktoś uzupełniał wszelkie rzeczy do naprawy i uszczelnienia błotem, mchem i roślinnością. Dym za sprawą magicznego komina rozwiewał się tak, aby nie było go widać w żadnej mierze z lotu ptaka i jeśli ktoś nie był wystarczająco uważny, to mogłoby mu sprawić problem trafienie tu ponownie z góry, a co dopiero przedzierając się przez leśną głuszę.
Chłopie w białej płóciennej koszuli miało włosy jasne jak wiosenne słońce, oczy błękitne i szczere a wyraz twarzy bardzo, ale to bardzo kajający się.
– Proszę Cię matko, przecież już jestem, nie musisz się gniewać. Zaraz zrobię wszystko o co mnie poprosisz, tylko proszę już się nie gniewaj… – mówił pospiesznie, jednocześnie nabierając na przedramie drwa spod ustawionej na chybcika wiaty. Surowa kobieta w ziemistej sukni jednak nie szczędziła mu wyrzutów:
– Ile razy prosiłam Cię, żebyś nie latał poza las? To ma być Twoja forma ochrony i ucieczki, a nie sposób na mitrężenie całego dnia od Matki! A gdyby ktoś Cię znalazł? Gdyby ktoś potraktował Cię jak złodzieja!? Nawet nie miałabym jak się o tym dowiedzieć! – Punktowała, wbijała mu do głowy, nie mogąc się pogodzić z rozpasaniem jedynego syna.
Nieco onieśmielony jej reakcją i tańcem, przez moment rozważał, czy może już przypadkiem nie rozpoczął z nią godów i nie rozpalił w jej ptasim ciele oczekiwań, których raczej nie byłby w stanie spełnić, nawet jeśli kopulacja wśród zwierząt nie robiła na nim aż takiego wrażenia, jak przystało na chłopca, który wychowywał się w dziczy i to przez matkę, która zbyt wiele nie robiła sobie z kontruktów społecznych.
Gnany jednak pierwszym odruchem spróbował naśladować jej kroki i wygięcie głowy, łypanie, trzepotanie, wyginanie ciała. Musiało to wyglądać prawdziwie kuriozalnie z boku, gdy tak nieporadnie chciał się swojej rozmówczyni zrewanżować, w końcu jednak gdzieś w oddali, zagrzmiał róg obwieszczający koniec pracy w sadzie, a chłopak zdał sobie sprawę z tego jak bardzo jest późno.
Skrzeknął, mając nadzieję, że brzmiało to jak podziękowania za wspólnie spędzony czas i wzbił się w powietrze zygzakiem nabierając wysokości i prędkości. Aerodynamika była trudna, szczególnie że matka w ptasiej formie oddawała swoje ciało złośliwemu duchowi i jej nauki były tak dynamiczne jak bolesne.
Tymczasem Samuel ruszył do domu, górując nad Knieją, z góry podziwiając jej wiekowe drzewa, jej ciało, jej wielopokoleniowy i wielowarstwowy organizm. Nie był też świadom, że nie leci sam, zbyt bardzo skupiony na panicznej myśli, że chyba się spóźnił i znów dostanie burę. Sad okazał się być dalej niż zapamiętał i rzeczywiście gdy wylądował po środku leśnej głuszy przy niewielkim domku otoczonym drzewami, to pierwsze co to oberwał ścierką przez głowę.
Domek zdawał się rozpadający, w którym jednak ktoś uzupełniał wszelkie rzeczy do naprawy i uszczelnienia błotem, mchem i roślinnością. Dym za sprawą magicznego komina rozwiewał się tak, aby nie było go widać w żadnej mierze z lotu ptaka i jeśli ktoś nie był wystarczająco uważny, to mogłoby mu sprawić problem trafienie tu ponownie z góry, a co dopiero przedzierając się przez leśną głuszę.
Chłopie w białej płóciennej koszuli miało włosy jasne jak wiosenne słońce, oczy błękitne i szczere a wyraz twarzy bardzo, ale to bardzo kajający się.
– Proszę Cię matko, przecież już jestem, nie musisz się gniewać. Zaraz zrobię wszystko o co mnie poprosisz, tylko proszę już się nie gniewaj… – mówił pospiesznie, jednocześnie nabierając na przedramie drwa spod ustawionej na chybcika wiaty. Surowa kobieta w ziemistej sukni jednak nie szczędziła mu wyrzutów:
– Ile razy prosiłam Cię, żebyś nie latał poza las? To ma być Twoja forma ochrony i ucieczki, a nie sposób na mitrężenie całego dnia od Matki! A gdyby ktoś Cię znalazł? Gdyby ktoś potraktował Cię jak złodzieja!? Nawet nie miałabym jak się o tym dowiedzieć! – Punktowała, wbijała mu do głowy, nie mogąc się pogodzić z rozpasaniem jedynego syna.