• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[20.12.1970] Holy hands, like a holy river

[20.12.1970] Holy hands, like a holy river
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#3
02.10.2026, 23:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 00:00 przez Lorraine Malfoy.)  
Nie cofnęła się, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie, witając ją skrzypieniem starych zawiasów, poczuła jednak impet smutku, jaki bił od stojącej w nich kobiety. Coś zadrgało w sercu Lorraine, gdy zobaczyła ból, który wykrzywił jej piękną twarz, rozmył wejrzenie zapłakanych oczu.
Nie ją spodziewała się zobaczyć w tych drzwiach panna Shacklebolt.
Nie powinna wchodzić do środka. Nie powinna, pomyślała, a jednak przekroczyła próg leśnej chatki. Rozejrzała się dyskretnie po skromnym obejściu, zanim zasiadła za stołem, w miejscu wskazanym przez gospodynię, szczęśliwie położonym dalej od straszliwego psa, rozwalonego na samym środku pokoju. Na widok zwierzęcia rozmiarów młodego niedźwiedzia, Lorraine rozszerzyła lekko oczy: wzdrygnęła się delikatnie, gdy psisko chrapnęło głośniej, ciesząc się, że jego właścicielka zniknęła akurat w kuchni, i nie może widzieć paniki, która jeszcze przez dłuższą chwilę malowała się na twarzy półwili. Żeby się uspokoić, Lorraine skupiła się na obserwacji otoczenia. Dom niewątpliwie należał do rodziny czarodziejskiej, zdecydowała, przyglądając się chwilę mapie rozłożonej na stole, monetom rozsypanym obok. Poczuła przypływ pewności siebie na widok znajomego błysku srebra i miedzi tuż obok mugolskich funtów.
Przeprowadziła szacunek dobytku kobietu powoli, skrupulatnie, z czymś na kształt nabożności: tak jak zwykła to robić w dzieciństwie, gdy odkładała pieniądze na coś ważnego. Jak gdyby liczyła na to, że gdy dokona rachunku raz jeszcze, pomoże kobiecie uzbierać tyle, aby wystarczyło akurat na to, czego potrzebowała. Jak gdyby chciała pomóc jej wytyczyć plan ucieczki, która się powiedzie.
Pamiętała, jak sama siedziała z podobną mapą i liczyła oszczędności. Miała wówczas ledwie piętnaście lat. Nie znała się na mugolskiej walucie. Wiedziała tylko, że jest znacznie mniej warta od magicznej, mniej wydałaby więc na mugolski autobus niż na opłacenie podróży Błędnym Rycerzem. Mogłaby dzięki temu sporo zaoszczędzić, kalkulowała, zamknięta w jednej z łazienek na peronie, tylko że wtedy musiałaby przetrwać pośród mugoli. Wtopić się w tłum, co nigdy nie było dla niej łatwym. Zwłaszcza, że w ludziach niemagicznych było coś, co ją przerażało. Być może była to bezpośredniość, z jaką inicjowali kontakt fizyczny. To, że swoją pewność siebie zawsze czerpali z właściwości ciała, nie z posiadanej mocy magicznej. Przerażało ją właśnie to, że byli tak bardzo cieleśni. Nie potrafiła myśleć o nich inaczej niż jak o istotach zamkniętych w granicach własnej skóry: ociężałych, spotniałych, ocierających się o siebie w tłumie, który zdawał się napierać na nią zewsząd niemal. Mugole dotykali wszystkiego z bezwstydną swobodą, jak gdyby samo ciało było wystarczającym dowodem ich prawa do istnienia. Ich siła nie wynikała z posiadanej różdżki. Przewaga nie brała się ze znajomości właściwego zaklęcia. Mugole mieli pięści. Mieli liczebność. Tamtego dnia Lorraine zdała sobie sprawę, jak przerażająco liczni byli w porównaniu do populacji czarodziejskiej. Było coś odrażającego w tej nierówności. W tym jak nieustannie epatowali swoją żywotnością, choć żywot ich był krótkim jak knot świecy.
Lorraine znała drzewa starsze niż całe mugolskie miasta, kamienie, przy których składano ofiary na długo przed narodzinami jej dziadków. Znała święte gaje, potoki i jaskinie. Znała, że mugole potrafili przyjść i wyrąbać drzewa, zbeszcześcić wody. Znieważyć święte kamienie, rozbić je swymi przerażającymi maszynami. W ich stosunku do świata było coś, co wydawało się jej prymitywnym. Nie dlatego, że byli głupi, a dlatego, że zdawali się uznawać za prawdziwe wyłącznie to, co namacalne, to, czego mogli dotknąć.
Tak jak gdyby świat zaczynał się dopiero tam, gdzie kończyła się tajemnica.
Lorraine lubiła obserwować mugoli z daleka, z dystansu, z którego nie mogli jej zagrozić. Znała przecież historie. Opowieści o tym, jak przez całe stulecia niszczyli miejsca, które czarodzieje uważali za święte, opowieści o tym, jak mordowali i palili. Jak rozkopywali ziemię, w której spały rzeczy starsze od ich własnych królestw. Nie zawsze czynili to ze złości. To było chyba gorsze. Czasami robili to z niewiedzy, czasami z chciwości. Czasami po prostu dlatego, że potrzebowali drewna albo kamienia. Miejsca na dom. Drogi. Ich krótkie życie wydawało się jej wtedy szczególnie bezczelnym. Mugole przychodzili bowiem na świat na chwilę jedynie, a mimo to zachowywali się tak, jak gdyby ten świat miał należeć do nich już na zawsze.
A jednak Lorraine nie potrafiła uwierzyć, że nie byli ludźmi: może dlatego, że znała ich sztukę.
Znała obrazy malowane rękami, które nigdy nie trzymały różdżki. Znała muzykę komponowaną przez ludzi, którzy nie potrafili zakląć pod palcami pojedynczego dźwięku. Znała ich wiersze, czytała książki. Wiedziała, że potrafili tęsknić za zmarłymi, choć nie umieli ich przywołać. Że potrafili pisać o bogach, choć nie mogli poczuć ich obecności. Że budowali katedry, których istnienia nie dało się wyjaśnić samą potrzebą schronienia.
Czasami więc patrzyła na mugola i nie potrafiła zdecydować, czy widzi istotę pozbawioną czegoś najważniejszego, czy człowieka, któremu przypadł w udziale zupełnie inny rodzaj nędzy.
Bo jeśli mugole naprawdę byli tylko prymitywnymi stworzeniami zamkniętymi w krótkim życiu własnego ciała, skąd brały się ich pieśni? Skąd wiedzieli, że pewne miejsca należy pozostawić nietknięte, nawet jeśli nie potrafili wyczuć ich magii? Skąd brali tęsknotę za rzeczami, które nigdy nie mogły stać się ich udziałem?
Wiedziała tylko, że niepokoi ją ich śmiertelność, a jeszcze bardziej niepokoiło ją, że pomimo tej śmiertelności mugole potrafili tworzyć rzeczy, które przeżywały ich samych. 
Nie pasowała do mugolskiego świata, a tym właśnie jawiła się jej mapa Anglii: czarodziejskie osady rozsiane były na niej z rzadka, a nawet w takich miejscach jak Dolina Godryka czarodzieje koegzystować musieli z mugolami, których półwila tak zwyczajnie się bała. Nie mogło być zatem wielkiej ucieczki. Był Błędny Rycerz, był tani pokój na Nokturnie. Było zło wiadome, bo to zawsze wydawało się Lorraine lepszym wyborem niż to, jakie czekać mogło na mugolskiej obczyźnie. Otto stał wówczas się jej ucieczką, jej schronieniem. Desperacką była jej potrzeba przynależności, potrzeba posiadania czegoś, co było stabilnym… Wciąż jednak prędzej gotowa była zaryzykować samodzielną przeprawę przez obce dzielnice mugolskiego Londynu niż powrót do pustego domu w Little Hangleton.
Lorraine zastanawiała się, czy kobieta, która wcisnęła jej w ręce wyszczerbiony talerzyk z jakimś ciastem chciała opuścić dom, w którym mieszkała do tej pory z ojcem? Czy chciała zacząć w nowym miejscu? Czy tam, dokąd chciała się udać, potrzebowała wymienić magiczne pieniądze na mugolskie funty, czy mugolskie funty na magiczne pieniądze?
Zastanawiała, czy kobieta w ogóle miała dokąd uciec.
Gdy wybuchła nagle płaczem, Lorraine zrozumiała, że nie. Może dlatego, że Lorraine aż nazbyt dobrze wiedziała, jak wygląda desperacja. Desperacją było chcieć uciec, ale nie mieć dokąd.

Odstawiła na bok talerzyk z nietkniętym kawałkiem ciasta, nachylając się w stronę płaczącej kobiety. Pogrążona w bólu, widocznie nie była w stanie wydusić z siebie choćby słowa, mówiła więc Lorraine.
— Jest taka stara angielska pieśń. Podobno pochodzi z szesnastego wieku, z czasów, kiedy żył największy z naszych poetów, choć przypuszcza się, że jest dalece starsza. Nie wiem, dlaczego utarło się, że śpiewamy ją w okolicach święta Yule.
Przysiadłszy obok niej, półwila zaczęła recytować przywoływaną pieśń. Recytowała cicho, melodyjnie, tak samo jak wcześniej starała się przemawiać spokojnie, z tą kojącą, pełną słodyczy manierą, która zdawała się nienachalną, a jednak trudną do zignorowania.
— Ogród ten mieścił piękny dwór, co przystrojony był purpurą i złotem. I w dworze tym mieściło się łoże, tuż za kotarą ze krwistozłotym splotem. — Obróciła splamione czerwono-złocistym pyłkiem aksamitek dłonie Navi we własnych dłoniach. Nie przerywając recytacji, skinieniem głowy pokazała w stronę leżącego na podłodze wieńca: dworskiej kotary wspomnianej w pieśni. Nie odważyła się wcześniej zbliżyć, aby przyjrzeć się girlandowym splotom uważniej: za bardzo bała się pogrążonego we śnie psa, którego potężne cielsko strzegło pracy rąk nieznajomej. — A na łożu tym… — Lorraine odetchnęła głębiej, jak gdyby w nagłym zawahaniu. — A na łożu tym rycerz spoczywa, co krwawi z ran całe dnie i noce. A przy nim wiernie klęczy dziewczyna… — wyszeptała, podnosząc dłoń, aby otrzeć delikatnie policzek zapłakanej nieznajomej. — …Której od łez wylanych twarz migoce.
Lorraine wciąż było trudno, gdy płakali. Umiała uspokajać, owszem, nie umiała jednak pocieszać. Nie bez legilimencji, której nie użyłaby przecież wobec bezbronnej istoty, nawet jeżeli uważała, że nie istnieje nic czulszego, niż intymniejszego. Oto była jedyna możliwość poznania na wylot bólu drugiego człowieka. Przyjęcia jego doświadczenia w sposób godny, nieuwłaczający prymitywizmem zwykłego "będzie dobrze".  Lorraine bała się zwykłej intymności pocieszenia, wolała więc osłonić je intymnością pieśni. A pieśń nie była smutną, choć, gdyby się wsłuchać, melodia, jaka jej akompaniowała, miała w sobie coś płaczliwego.
— On poniósł ją gdzie liście schną — zanuciła nagle Lorraine, po raz pierwszy podnosząc głos nieco wyżej od szeptu. — Sokół odebrał mi miłość mą.
Podobno wszystko to było nawiązaniem do legendy arturiańskiej o Rannym Królu, wolała jednak myśleć o tym jako o pieśni przejścia. Miłość nie ulegała zatraceniu, lecz niesiona była dalej, do kogoś, kto także czuwał przy żałobnych marach.
— Czy potrzebujesz pomocy? — Z przygotowaniem ciała do pochówku, chciała spytać, bo wszystkie te utarte, neutralne sformułowania przywodziły jej najbardziej naturalnie. W przestrzeni zakładu pogrzebowego lubiła, gdy język był profesjonalnym, bo pozwalało to na zachowanie odpowiedniego dystansu. Tutaj jednak… Tutaj była tylko ona i ta dziewczyna, która właśnie została zupełnie sama na świecie. — Czy potrzebujesz pomocy przy tacie? — powtórzyła miękko Lorraine.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Jahnavi Pandit (1163), Lorraine Malfoy (2709)




Wiadomości w tym wątku
[20.12.1970] Holy hands, like a holy river - przez Lorraine Malfoy - 21.04.2026, 00:59
RE: [20.12.1970] Holy hands, like a holy river - przez Jahnavi Pandit - 22.04.2026, 22:28
RE: [20.12.1970] Holy hands, like a holy river - przez Lorraine Malfoy - 02.10.2026, 23:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa