7 godzin(y) temu ✶
Dla osób pokroju Ceolsige czy Urd, słowo było głównym narzędziem pracy, bardziej nawet niż walory estetyczne twarzy, czy ogólna sprawność i gibkość ciała. To słowa - sprawnie tkane przez zmyślne rzemieślniczki retoryki - zapewniały im w większości powodzenie misji. Odpowiednio wynegocjonowaną cenę, skuteczne wyłganie się z niezbyt bezpiecznej sytuacji, groźba obszyta złotymi ornamentami komplementów, czy przekonanie nieznośnego ducha, że najlepiej będzie mu w ciasnym kubełku do przechowywania jego duchowej esencji… Słowa był tym z czego budowały otaczający je świat, słowa niosły treści, skutecznie oddzielające uczucia od profesji, zależność od skutecznie przeprowadzanych ruchów w niebezpiecznym świecie. Słowa były ich życiem, a one należały do nich.
Teraz w pomieszczeniu panowała cisza, otulona ciepłem pomarańczowej aury przywodzącej na myśl pierwotne ogniska, dające poczucie bezpieczeństwa i komfortu przez okiełznanie żywiołu i uczynienie z niego broni przed groźbą czającą się w ciemnościach. Nie była to oczywiście cisza absolutna, przez zasłony dochodził skrobot nigdy nie zasypiającej ulicy, ale i tu, w otoczeniu czterech ścian były przecież dźwięki - miarowy oddech śpiącej kobiety, szelest pościeli gdy leniwi zmieniał swoją pozycję w półprzytomnym poszukiwaniu optymalnej pozycji do leżenia.
Nie było jednak nigdzie słów, w które zwykle tak pieczołowicie opakowywały swoje uczucia, opowiadając o nich nie tylko na zewnątrz ale i sobie samym. Oczywiście przez te kilka tygodni odnawianej znajomości, polerowanej dawnej miłostki, okazywało się, że - przynajmniej Burke - jest nader bezpośrednia w wyrażaniu swoich potrzeb, ochoty, tęsknoty i marzeń, które nie tylko przychodzą do niej poza jawą, ale też, a może i przede wszystkim, które w jej mniemaniu są planami naglącymi do realizacji. Zawsze jednak było w tym tak wiele słów, ale teraz… teraz ich nie było.
Urd nie mogła zasnąć i raczej nie była to kwestia braku otaczającej jej skórę wody. Oczywiście, spędzając czas u Bryndzy okupowała wannę, zniesmaczona brudem Tamizy, tęskniąca za swoim małym norweskim domkim, którego tarasy wisiały na klifie, czekając tylko na to, aż spruchniała podporowa belka załamie się zrębem czasu i przyjmie obserwujących wprost w objęcia lodowego morza. Tęskniła jednak - a może bardziej nawet - za tym uczuciem słodkiego rozleniwienia, zmęczenia, które nie lepiło powiek, a które mogło szeptem spełnienia zniechęcać do oddania się w objęcia inne, niż rzeczywistości.
Jak można było chcieć zniknąć ze świata, jak można było chcieć odpuścić takie widoki, gdy w łagodnych załamaniach światłocienia czas można było oddać niespiesznej, milczącej, pozbawionej słów obserwacji istoty tak absolutnie obezwładniająco pięknej, jaką była Ceolsige. Miała problem by powstrzymać dłonie, właściwie obawiała się, że samą intensywnością spojrzenia mogłaby obudzić swoją gospodynię, ale ciężko było odwrócić wzrok, zamknąć powieki i zmierzyć się z ciężarem żałoby za każdą chwilą w której mogła ją podziwiać.
Oczywiście, przez myśl Urd przeszła refleksja, że takie intensywne wpatrywanie się w kogoś, kto nie jest tego do końca - jeśli w ogóle - świadomy, nie jest być może najzdrowszym objawem, składała to jednak na karb czasu, na ilość miesięcy, lat w których ich ścieżki były dalekie od siebie geograficznie i emocjonalnie. Teraz zaś miała w końcu okazję zachłysnąć się, zatonąć w zachwycie. Zdecydowanie pomagało, że była kobietą, która rzadko kiedy uważała życie w umiarze za dobrą strategię.
Gdzieś w pewnym momencie, w pewnej minucie, Ceolsige przekręciła się na bok i kilka jasnych kosmyków opadło jej na gładkie czoło. W pierwszym odruchu Urd chciała zabrać te włosy, ale ryzykowała tym, że cały czar pryśnie. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby szczupłe ramiona angielki przyciągnęły ją do siebie, zawłaszczyły znów może w pocałunkach i westchnieniach wypełnionych nienazwanym jak dotąd uczuciem, ale wolała nie zaburzać kontemplacyjnego charakteru tego czasu. Jakkolwiek łaskoczące nie miałyby być jasne kosmyki, tak młodsza z nich musiała sobie z tym poradzić, tak samo jak Urd musiała poradzić sobie z faktem, że nie miała absolutnie zmysłu rzemieśłniczego pozwalającego jej utrwalić tę chwilę. Malarstwo, rzeźba, nawet fotografia… Było to poza jej zasięgiem, więc pozostało jej uczyć się na pamięć krzywizny uroczej, spokojnej twarzy, zagłębienia długiej szyi, przechodzącej płynnie w kolię obojczyków i szczupłe ramiona. Przygryzła wargę, rozważając czy może jakby łagodnie zsunęła materiał okrywającej ciało kołdry… ale nie, to też byłoby zbyt wielkie naruszenie. Lubiła ryzyko, ale tym razem nie zamierzała go podejmować. Tylko trwać. Tylko być obok, zmuszać się do szeroko rozwartych oczu, by nie umknął jej żaden detal, żaden szczegół, żaden pieprzyk, dodający uroku już i tak urokliwej właścicielce.
Jak to możliwe, że mogła tak długo zbierać się przed przyjazdem do Anglii? Może bała się odmowy? Może rozważając wszystkie scenariusze, w żadnym z nich nie mogły być szczęśliwe? Może wydawało jej się, że Ceolsige do trzydziestki dawno już znajdzie sobie bogatego kawalera, któremu postanowi urodzić kilka blondbobasów, dla trwałości związku i zabezpieczenia materialnego? Może mierzyła ją swoją miarą…?
Ale teraz była tu i nic nie mogło tego zmienić. Księgozbiór - tak jej powiedziała! Było w tym stwierdzeniu coś, co sprawiało, że często doń wracała, analizując raz po raz wymuszone zaklęciem poltergeista słowa. Prawdą było, że pieniędzy obie miały wystarczająco. Prawdą było, że żadnej z nich nie paliło się do macierzyństwa, wręcz przeciwnie, obie były spragnione wygody w niezależności i przygód. Tajemnic. Wyzwań. Tyle razy ile spotykały się na trasie wiodącej do jakiegoś skarbu, tyle razy ile rywalizowały, by odkryć słodycz współpracy. I teraz, szansa na tak otwartą kooperację zdawała się rozkosznie bliska, jak ciepłe ciało swobodnie oddychającej pozyskiwaczki.
Urd bała się zaangażowania, właściwie nigdy nie wierzyła w wierność i dobre intencje ze strony męskiej populacji. Ale Burke dała jej odczuć już wcześniej, że relacja nie musi ograniczać, a więzy zależności mogą wynikać z własnej nieprzymuszonej woli, z chęci powrotu, z chęci spokoju, a nie z obowiązku wobec drugiej osoby.
Za oknem wybuchła jakaś kłótnia, ktoś stłukł garnek czy kufel, czy cokolwiek innego. Ściągnęła brwi, niezadowolona, że tyle starań włożyła w to, aby nikt nie obudził jej prywatnej boginii, a teraz jakieś zewnętrzne zdarzenie, cudze nieporozumienie, mogły doprowadzić ją do przebudzenia. Szczęśliwie… Ceolsige nie obudziła się, a Urd mogła spokojnie płynąć myślami przez spokojne morza ich potencjalnej wspólnej przyszłości zachwycając się nią dalej w ciszy i skupieniu, o które sama by się za bardzo nie podejrzewała.
Teraz w pomieszczeniu panowała cisza, otulona ciepłem pomarańczowej aury przywodzącej na myśl pierwotne ogniska, dające poczucie bezpieczeństwa i komfortu przez okiełznanie żywiołu i uczynienie z niego broni przed groźbą czającą się w ciemnościach. Nie była to oczywiście cisza absolutna, przez zasłony dochodził skrobot nigdy nie zasypiającej ulicy, ale i tu, w otoczeniu czterech ścian były przecież dźwięki - miarowy oddech śpiącej kobiety, szelest pościeli gdy leniwi zmieniał swoją pozycję w półprzytomnym poszukiwaniu optymalnej pozycji do leżenia.
Nie było jednak nigdzie słów, w które zwykle tak pieczołowicie opakowywały swoje uczucia, opowiadając o nich nie tylko na zewnątrz ale i sobie samym. Oczywiście przez te kilka tygodni odnawianej znajomości, polerowanej dawnej miłostki, okazywało się, że - przynajmniej Burke - jest nader bezpośrednia w wyrażaniu swoich potrzeb, ochoty, tęsknoty i marzeń, które nie tylko przychodzą do niej poza jawą, ale też, a może i przede wszystkim, które w jej mniemaniu są planami naglącymi do realizacji. Zawsze jednak było w tym tak wiele słów, ale teraz… teraz ich nie było.
Urd nie mogła zasnąć i raczej nie była to kwestia braku otaczającej jej skórę wody. Oczywiście, spędzając czas u Bryndzy okupowała wannę, zniesmaczona brudem Tamizy, tęskniąca za swoim małym norweskim domkim, którego tarasy wisiały na klifie, czekając tylko na to, aż spruchniała podporowa belka załamie się zrębem czasu i przyjmie obserwujących wprost w objęcia lodowego morza. Tęskniła jednak - a może bardziej nawet - za tym uczuciem słodkiego rozleniwienia, zmęczenia, które nie lepiło powiek, a które mogło szeptem spełnienia zniechęcać do oddania się w objęcia inne, niż rzeczywistości.
Jak można było chcieć zniknąć ze świata, jak można było chcieć odpuścić takie widoki, gdy w łagodnych załamaniach światłocienia czas można było oddać niespiesznej, milczącej, pozbawionej słów obserwacji istoty tak absolutnie obezwładniająco pięknej, jaką była Ceolsige. Miała problem by powstrzymać dłonie, właściwie obawiała się, że samą intensywnością spojrzenia mogłaby obudzić swoją gospodynię, ale ciężko było odwrócić wzrok, zamknąć powieki i zmierzyć się z ciężarem żałoby za każdą chwilą w której mogła ją podziwiać.
Oczywiście, przez myśl Urd przeszła refleksja, że takie intensywne wpatrywanie się w kogoś, kto nie jest tego do końca - jeśli w ogóle - świadomy, nie jest być może najzdrowszym objawem, składała to jednak na karb czasu, na ilość miesięcy, lat w których ich ścieżki były dalekie od siebie geograficznie i emocjonalnie. Teraz zaś miała w końcu okazję zachłysnąć się, zatonąć w zachwycie. Zdecydowanie pomagało, że była kobietą, która rzadko kiedy uważała życie w umiarze za dobrą strategię.
Gdzieś w pewnym momencie, w pewnej minucie, Ceolsige przekręciła się na bok i kilka jasnych kosmyków opadło jej na gładkie czoło. W pierwszym odruchu Urd chciała zabrać te włosy, ale ryzykowała tym, że cały czar pryśnie. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby szczupłe ramiona angielki przyciągnęły ją do siebie, zawłaszczyły znów może w pocałunkach i westchnieniach wypełnionych nienazwanym jak dotąd uczuciem, ale wolała nie zaburzać kontemplacyjnego charakteru tego czasu. Jakkolwiek łaskoczące nie miałyby być jasne kosmyki, tak młodsza z nich musiała sobie z tym poradzić, tak samo jak Urd musiała poradzić sobie z faktem, że nie miała absolutnie zmysłu rzemieśłniczego pozwalającego jej utrwalić tę chwilę. Malarstwo, rzeźba, nawet fotografia… Było to poza jej zasięgiem, więc pozostało jej uczyć się na pamięć krzywizny uroczej, spokojnej twarzy, zagłębienia długiej szyi, przechodzącej płynnie w kolię obojczyków i szczupłe ramiona. Przygryzła wargę, rozważając czy może jakby łagodnie zsunęła materiał okrywającej ciało kołdry… ale nie, to też byłoby zbyt wielkie naruszenie. Lubiła ryzyko, ale tym razem nie zamierzała go podejmować. Tylko trwać. Tylko być obok, zmuszać się do szeroko rozwartych oczu, by nie umknął jej żaden detal, żaden szczegół, żaden pieprzyk, dodający uroku już i tak urokliwej właścicielce.
Jak to możliwe, że mogła tak długo zbierać się przed przyjazdem do Anglii? Może bała się odmowy? Może rozważając wszystkie scenariusze, w żadnym z nich nie mogły być szczęśliwe? Może wydawało jej się, że Ceolsige do trzydziestki dawno już znajdzie sobie bogatego kawalera, któremu postanowi urodzić kilka blondbobasów, dla trwałości związku i zabezpieczenia materialnego? Może mierzyła ją swoją miarą…?
Ale teraz była tu i nic nie mogło tego zmienić. Księgozbiór - tak jej powiedziała! Było w tym stwierdzeniu coś, co sprawiało, że często doń wracała, analizując raz po raz wymuszone zaklęciem poltergeista słowa. Prawdą było, że pieniędzy obie miały wystarczająco. Prawdą było, że żadnej z nich nie paliło się do macierzyństwa, wręcz przeciwnie, obie były spragnione wygody w niezależności i przygód. Tajemnic. Wyzwań. Tyle razy ile spotykały się na trasie wiodącej do jakiegoś skarbu, tyle razy ile rywalizowały, by odkryć słodycz współpracy. I teraz, szansa na tak otwartą kooperację zdawała się rozkosznie bliska, jak ciepłe ciało swobodnie oddychającej pozyskiwaczki.
Urd bała się zaangażowania, właściwie nigdy nie wierzyła w wierność i dobre intencje ze strony męskiej populacji. Ale Burke dała jej odczuć już wcześniej, że relacja nie musi ograniczać, a więzy zależności mogą wynikać z własnej nieprzymuszonej woli, z chęci powrotu, z chęci spokoju, a nie z obowiązku wobec drugiej osoby.
Za oknem wybuchła jakaś kłótnia, ktoś stłukł garnek czy kufel, czy cokolwiek innego. Ściągnęła brwi, niezadowolona, że tyle starań włożyła w to, aby nikt nie obudził jej prywatnej boginii, a teraz jakieś zewnętrzne zdarzenie, cudze nieporozumienie, mogły doprowadzić ją do przebudzenia. Szczęśliwie… Ceolsige nie obudziła się, a Urd mogła spokojnie płynąć myślami przez spokojne morza ich potencjalnej wspólnej przyszłości zachwycając się nią dalej w ciszy i skupieniu, o które sama by się za bardzo nie podejrzewała.
Koniec sesji