2 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 2 godzin(y) temu przez Othello Fawley.)
Ghul posłusznie poszedł do nieznajomego, by zaprosić go do ogrodu, a sam Othello rozejrzał się, czy jeszcze nie było w grządce jakichś chwastów. Mniszki wrastały głęboko w ziemię, a jeśli nie wyrwało się ich z korzeniami, uparcie odrastały. Pokrzywy za to wyjątkowo mocno parzyły, pewnie przez to, że ogniskowała się w nich złość tutejszych zmarłych. Ot małe frustracje, z którymi zostali zamknięci w trumnach i które dalej ich dręczyły, teraz wyłaziły nad ziemię, by sprawiać żywym ból. Rumianek wyrastał za to w formie uroczych, trupiobladych kwiatków, które uwielbiały odbierać wodę i zasoby innym roślinom. Wszystkie je Othello wyrywał, ale nigdy ich nie wyrzucał. Wszystkie te rośliny mogły zostać ususzone i przekształcone w składniki do herbat, kadzideł i świec. Czasem oddawał je przyjaciółkom, które potrafiły zrobić z nich lepszy użytek.
Fawley nie wyglądał zbyt wdzięcznie, gdy walczył z jedną wyjątkowo wredną pokrzywą. Podkopywał ją łopatką, starał się wykręcać, ale ona ani trochę nie chciała opuścić jego grządki. Wtedy właśnie, w tym momencie batalii człowieka z naturą, Othello usłyszał głos nieznajomego. Wstał, otrzepał rękawice z ziemi i odwrócił się, nieco zirytowany tym, że ktoś postanowił przerwać mu czynność tak frapującą jak zajmowanie się ogródkiem. Jednak natychmiast, gdy zobaczył tego człowieka, frustracja znikła.
Mężczyzna był nadludzko wręcz piękny. Jasne włosy doskonale układały się wokół idealnej wprost twarzy. Te rysy… przypominały Othellowi jakąś nierealną postać, coś fikcyjnego. Jakże Matka, sprawiedliwa w swej naturze, mogła kogokolwiek obdarzyć takim pięknem, nieproporcjonalnym do reszty świata? Jego oczy lśniły jak bursztyny, drobinki słońca na dnie mrocznego oceanu. Miał pełne usta, które zapewne obdarzać mogły pocałunkami, których nigdy się nie zapominało. Stał przed Fawleyem, nieco odeń niższy, w eleganckim płaszczu, który rozwiewał jesienny wiatr.
Chwilę zajęło Othellowi przyłapanie się na tym, że się gapi. Bezczelnie i bezmyślnie. Nakazał sobie, żeby się opamiętać. Zdarzało mu się wcześniej w milczeniu patrzeć na ludzi, lecz robił to raczej, by wprawić ich w zakłopotanie i skłonić do zostawienia go w spokoju. Tu było inaczej. Gapienie się było… spontaniczne. Podobnie jak rumieniec, który wykwitł na zbladłych zazwyczaj policzkach. Cóż, wiało. Można było zrzucić winę na chłodną pogodę.
– To ja – rzekł zdawkowo. – Proszę… proszę usiąść przy stole na tarasie. Zaraz do pana podejdę – Jego żołądek ściskał się, a serce waliło, jakby nagle zaczął sprintować wokół cmentarza.
Zdjął rękawice, odłożył je obok wiadra z chwastami. Musiał się opanować, natychmiast. Nie mógł reagować tak na pierwszego lepszego mężczyznę o twarzy, jakby ją Michał Anioł dłutem wyharatał. Te głupie myśli przeczyły wszystkiemu, w co wierzył. Matka stworzyła mężczyznę dla kobiety, aby jej towarzyszył. Aby ją chronił. Aby dał jej potomstwo. Othello czekał na sygnał od bogini. Myślał, że ześle mu ona kobietę, którą wreszcie się zainteresuje. Bez żadnej magii, tak po prostu. A tu przychodził do niego mężczyzna, który sprowadzał go na manowce. Trzeba było zdusić w sobie uczucia. To był test. Fawley nie mógł go nie zdać.
Przeszedł więc do mężczyzny na taras. Bardzo starał się na niego nie patrzeć.
– Pańska godność? – spytał swoim tonem księgowego. Już dawno go nie używał.
Fawley nie wyglądał zbyt wdzięcznie, gdy walczył z jedną wyjątkowo wredną pokrzywą. Podkopywał ją łopatką, starał się wykręcać, ale ona ani trochę nie chciała opuścić jego grządki. Wtedy właśnie, w tym momencie batalii człowieka z naturą, Othello usłyszał głos nieznajomego. Wstał, otrzepał rękawice z ziemi i odwrócił się, nieco zirytowany tym, że ktoś postanowił przerwać mu czynność tak frapującą jak zajmowanie się ogródkiem. Jednak natychmiast, gdy zobaczył tego człowieka, frustracja znikła.
Mężczyzna był nadludzko wręcz piękny. Jasne włosy doskonale układały się wokół idealnej wprost twarzy. Te rysy… przypominały Othellowi jakąś nierealną postać, coś fikcyjnego. Jakże Matka, sprawiedliwa w swej naturze, mogła kogokolwiek obdarzyć takim pięknem, nieproporcjonalnym do reszty świata? Jego oczy lśniły jak bursztyny, drobinki słońca na dnie mrocznego oceanu. Miał pełne usta, które zapewne obdarzać mogły pocałunkami, których nigdy się nie zapominało. Stał przed Fawleyem, nieco odeń niższy, w eleganckim płaszczu, który rozwiewał jesienny wiatr.
Chwilę zajęło Othellowi przyłapanie się na tym, że się gapi. Bezczelnie i bezmyślnie. Nakazał sobie, żeby się opamiętać. Zdarzało mu się wcześniej w milczeniu patrzeć na ludzi, lecz robił to raczej, by wprawić ich w zakłopotanie i skłonić do zostawienia go w spokoju. Tu było inaczej. Gapienie się było… spontaniczne. Podobnie jak rumieniec, który wykwitł na zbladłych zazwyczaj policzkach. Cóż, wiało. Można było zrzucić winę na chłodną pogodę.
– To ja – rzekł zdawkowo. – Proszę… proszę usiąść przy stole na tarasie. Zaraz do pana podejdę – Jego żołądek ściskał się, a serce waliło, jakby nagle zaczął sprintować wokół cmentarza.
Zdjął rękawice, odłożył je obok wiadra z chwastami. Musiał się opanować, natychmiast. Nie mógł reagować tak na pierwszego lepszego mężczyznę o twarzy, jakby ją Michał Anioł dłutem wyharatał. Te głupie myśli przeczyły wszystkiemu, w co wierzył. Matka stworzyła mężczyznę dla kobiety, aby jej towarzyszył. Aby ją chronił. Aby dał jej potomstwo. Othello czekał na sygnał od bogini. Myślał, że ześle mu ona kobietę, którą wreszcie się zainteresuje. Bez żadnej magii, tak po prostu. A tu przychodził do niego mężczyzna, który sprowadzał go na manowce. Trzeba było zdusić w sobie uczucia. To był test. Fawley nie mógł go nie zdać.
Przeszedł więc do mężczyzny na taras. Bardzo starał się na niego nie patrzeć.
– Pańska godność? – spytał swoim tonem księgowego. Już dawno go nie używał.
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.