04.10.2026, 10:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2026, 12:48 przez Violet Greengrass.)
Przez kilka uderzeń małego, ptasiego serca trwała bez ruchu. Pióra wciąż były nastroszone po gwałtownym locie. Wpatrywała się w miejsce, gdzie zygzakowata sylwetka zniknęła pomiędzy koronami drzew.
Krogulec, który nie wiedział, co począć ze skrzydłami, własnym ogonem ani z nagłym odkryciem, że ziemia, ku której spadł, wcale nie zamierzała przyjąć go łaskawie.
Kek-kek, cichy odgłos wymknął się jej z gardła. Otrząsnęła pióra, złożyła skrzydła i zsunęła się z gałęzi. Najpierw niżej na konar, potem na następny, aż wreszcie poderwała się nad poszyciem oraz obrała kierunek przeciwny temu, w którym zniknął nieporadny ptak. Przeleciała kilkadziesiąt metrów… zawróciła.
Coś ją ciągnęło. Ruszyła za nim.
Była dzika. Była prawdziwa. Nie była czarownicą, która od czasu do czasu przywdziewała ptasią postać, aby schować się przed ludzkimi troskami, ani kobietą, która na kilka godzin porzucała własne imię, aby przypomnieć sobie, jak smakowała wolność. Pióra. Kości. Skrzydła. Ostry wzrok. Cała — i wyłącznie sobą. Lot pomagał. Rytmiczne machanie skrzydłami, powietrze opływające ciało, widok rozciągający się wokół.
Violet zniżyła lot nad rzadkim zagajnikiem, minęła strumień i skręciła w stronę, gdzieś w oddali słyszała dźwięk rogu. Sad. Ludzie. Gospodarskie zajęcia.
Wylądowała na starym dębie. Stąd widziała dom. Nagle ruch. Sylwetka opadła z drzewa po drugiej stronie. Nie krogulec. Człowiek. Chłopak. Szukała go wzrokiem, gdy stawiał nogi na ziemi i sięgał po coś przy wiacie. Chłopak nie wyglądał jednak tak jak dorośli mężczyźni, których znała z sadu. Był drobniejszy, chudszy. Ramiona miał wąskie, dłonie szybkie oraz nerwowe. Włosy, rozjaśnione słońcem, przypominały wysuszoną słomę.
Wstrzymała oddech. Animag! Jak ona!
Pióra opadły. Nieświadomie nastroszone gęsiory przyległy z powrotem do ciała. Szyja się wyprostowała. Ogon, do tej pory rozłożony w rozwartość, złożył się w cienki kolec. Matka krzyczała na niego.
Kek.
Krogulec, który nie wiedział, co począć ze skrzydłami, własnym ogonem ani z nagłym odkryciem, że ziemia, ku której spadł, wcale nie zamierzała przyjąć go łaskawie.
Kek-kek, cichy odgłos wymknął się jej z gardła. Otrząsnęła pióra, złożyła skrzydła i zsunęła się z gałęzi. Najpierw niżej na konar, potem na następny, aż wreszcie poderwała się nad poszyciem oraz obrała kierunek przeciwny temu, w którym zniknął nieporadny ptak. Przeleciała kilkadziesiąt metrów… zawróciła.
Coś ją ciągnęło. Ruszyła za nim.
Była dzika. Była prawdziwa. Nie była czarownicą, która od czasu do czasu przywdziewała ptasią postać, aby schować się przed ludzkimi troskami, ani kobietą, która na kilka godzin porzucała własne imię, aby przypomnieć sobie, jak smakowała wolność. Pióra. Kości. Skrzydła. Ostry wzrok. Cała — i wyłącznie sobą. Lot pomagał. Rytmiczne machanie skrzydłami, powietrze opływające ciało, widok rozciągający się wokół.
Violet zniżyła lot nad rzadkim zagajnikiem, minęła strumień i skręciła w stronę, gdzieś w oddali słyszała dźwięk rogu. Sad. Ludzie. Gospodarskie zajęcia.
Wylądowała na starym dębie. Stąd widziała dom. Nagle ruch. Sylwetka opadła z drzewa po drugiej stronie. Nie krogulec. Człowiek. Chłopak. Szukała go wzrokiem, gdy stawiał nogi na ziemi i sięgał po coś przy wiacie. Chłopak nie wyglądał jednak tak jak dorośli mężczyźni, których znała z sadu. Był drobniejszy, chudszy. Ramiona miał wąskie, dłonie szybkie oraz nerwowe. Włosy, rozjaśnione słońcem, przypominały wysuszoną słomę.
Wstrzymała oddech. Animag! Jak ona!
Pióra opadły. Nieświadomie nastroszone gęsiory przyległy z powrotem do ciała. Szyja się wyprostowała. Ogon, do tej pory rozłożony w rozwartość, złożył się w cienki kolec. Matka krzyczała na niego.
Kek.
Kotów kat ma oczy zielone
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć