04.10.2026, 21:35 ✶
- W takim razie dobrze, że wzięłaś sprawę w swoje ręce - zaśmiała się lekko, bo choć nie widziała jeszcze mieszkania Rodolphusa, to była skłonna uwierzyć w tę "sterylność" po samym jego sposobie bycia i dotychczasowych doświadczeniach z mężczyzną. Nie powinno jej to wcale obchodzić, a jednak cieszyła się, że ktoś o niego dba w tak prozaiczny sposób (nawet, jeśli była w tym doza rodzinnej uszczypliwości). Czasem wydawał jej się bardzo samotny, ale może widziała w nim odbicie siebie i samotności, którą czuła wśród tłumu.
Dopiero kiedy Victoria wspomniała, że jest aurorem, coś w pamięci Astorii przesunęło się z cichym, nieprzyjemnym zgrzytem. Jakby dotąd jakiś obraz leżał odwrócony tyłem, schowany pod innymi wspomnieniami, a teraz wystarczyło jedno słowo, by ktoś odwrócił go z powrotem. Twarz. Nie ta obecna, spokojna, o ostrych rysach i chłodnym spojrzeniu, lecz tamta - naznaczona sadzą, blada pod warstwą dymu, widziana wśród płomieni i rozbieganych sylwetek. Twarz kobiety pełniącej służbę podczas Spalonej Nocy. Astoria przypomniała sobie nagle jej spojrzenie, ruch różdżki, sylwetkę przecinającą zadymioną ulicę. Przypomniała sobie również siebie samą, stojącą wtedy w samym środku chaosu, i decyzję, którą podjęła niemal bez namysłu. Pomogła uciec śmierciożercy. Nie był to już mglisty szczegół tamtej nocy, który można było odsunąć gdzieś na skraj świadomości. Teraz, zestawiony z informacją o aurorskiej służbie Victorii, nabrał ostrości. To właśnie wtedy skierowała aurorów w inną stronę. Nie rozpoznały siebie wtedy. Wszędzie był dym. Ogień odbijał się w szybach, popiół osiadał na włosach i ubraniach, a twarze ludzi wyglądały niemal identycznie pod warstwą sadzy. Avery pobladła na krótką chwilę. Tak krótko, że równie dobrze można było uznać to za zmianę światła padającego z jednej z lamp. Jej palce pozostały spokojne, twarz szybko odzyskała zwyczajny, opanowany wyraz, lecz wewnątrz wszystko zostało już ułożone na nowo. Teraz przypomniała sobie także fragmenty artykułów, na które nie zwracała należytej uwagi - wzmianki jej nazwiska po Beltane. Wszystkie te oderwane informacje zaczęły pasować do obrazu siedzącej przed nią kobiety. I jeszcze to zimno. Dopiero teraz zauważyła je naprawdę. Biło od niej niemal fizycznie - wyczuwalne przy bliższym kontakcie, dziwnie kontrastujące z ciepłem mieszkania, herbatą i światłem lamp.
- Faktycznie, zdaję mi się, że o tym wiedziałam - stwierdziła po chwilowym zawahaniu. - Przepraszam, ostatnio mam za dużo na głowie i niektóre informacje trochę mi się mieszają - wyjaśniła. Rzeczy, które nie miały większej wartości w jej życiu spychała na dalszy plan. Nie zamierzała do tego wracać; najrozsądniej było wspomnieniu pozostać wyłącznie wspomnieniem. Zamiast tego uniosła filiżankę, upiła niewielki łyk herbaty i dopiero po chwili odstawiła ją na spodek.
- Znakomita, dziękuję.
Kiwnęła głową, kiedy Victoria wspomniała o warzeniu eliksirów, przyjmując tę informację z czymś na kształt szczerego uznania. Sama myśl o znalezieniu dodatkowego zajęcia przy tak wymagającej profesji wydawała jej się godna podziwu. Zwłaszcza że nie chodziło o coś, co można było wykonywać niedbale. Eliksiry wymagały cierpliwości, dokładności i pewnej szczególnej odmiany skupienia; jeden błąd w proporcjach potrafił przecież zmienić cały efekt. Astoria, która z natury ceniła rzemiosło wymagające precyzji, potrafiła to docenić.
- Podziwiam, że znajdujesz na to czas, przy tak wymagającej ścieżce zawodowej - powiedziała, lekko przechylając głowę. Na wyraz współczucia, posłała jej cieplejszy uśmiech.
- To nic, na szczęście stać mnie na zmianę mieszkania. Nie wszyscy mają tyle szczęścia - zauważyła, choć nie było w tym skromności ani przesadnego żalu. - O runach nie słyszałam, za to mój przyjaciel borykał się z przeklętym krzesłem.
Znów sięgnęła po filiżankę, zastanawiając się szerzej nad problemem, który poruszyły.
- Czyli nie udało wam się tego ustalić? - w jej głosie nie było oskarżenia, jedynie naturalna ciekawość kogoś, kogo mienie zostało zniszczone. - Myślę, że musiała być w tym doza przypadkowości, inaczej każdy z ocalonym domem stałby się jednocześnie podejrzanym, czyż nie?
Na pozór było to tylko rozsądne spostrzeżenie, a jednak pod powierzchnią własnych słów czuła ciężar wiedzy, której nie zamierzała wypowiadać na głos.
- W porządku, będę czekała na sowę - dodała odnośnie zamówienia. Jej wzrok na moment przesunął się po salonie. Po pudłach ustawionych pod ścianami, po kwiatach zajmujących niemal każdą wolniejszą przestrzeń, po przedmiotach, które najwyraźniej czekały na swoją kolej, zanim trafią do nowego domu.
- Ach, to wyjaśnia te wszystkie kartony - uśmiechnęła się nieco szerzej, jakby udało jej się rozwikłać niespotykanie trudną zagadkę. - Doskonale rozumiem, sama też muszę się rozejrzeć za nowym mieszkaniem, ale przyznam, że zbyt długo odkładam to w czasie - w końcu musiała się za to zabrać, bo chyba nigdy nie będzie odpowiedniego czasu, tym bardziej, że nakładała na siebie coraz to nowe obowiązki. - Zostajesz na Pokątnej czy uciekasz poza miasto, jeśli mogę zapytać? Jestem ciekawa aktualnych cen nieruchomości.
Dopiero kiedy Victoria wspomniała, że jest aurorem, coś w pamięci Astorii przesunęło się z cichym, nieprzyjemnym zgrzytem. Jakby dotąd jakiś obraz leżał odwrócony tyłem, schowany pod innymi wspomnieniami, a teraz wystarczyło jedno słowo, by ktoś odwrócił go z powrotem. Twarz. Nie ta obecna, spokojna, o ostrych rysach i chłodnym spojrzeniu, lecz tamta - naznaczona sadzą, blada pod warstwą dymu, widziana wśród płomieni i rozbieganych sylwetek. Twarz kobiety pełniącej służbę podczas Spalonej Nocy. Astoria przypomniała sobie nagle jej spojrzenie, ruch różdżki, sylwetkę przecinającą zadymioną ulicę. Przypomniała sobie również siebie samą, stojącą wtedy w samym środku chaosu, i decyzję, którą podjęła niemal bez namysłu. Pomogła uciec śmierciożercy. Nie był to już mglisty szczegół tamtej nocy, który można było odsunąć gdzieś na skraj świadomości. Teraz, zestawiony z informacją o aurorskiej służbie Victorii, nabrał ostrości. To właśnie wtedy skierowała aurorów w inną stronę. Nie rozpoznały siebie wtedy. Wszędzie był dym. Ogień odbijał się w szybach, popiół osiadał na włosach i ubraniach, a twarze ludzi wyglądały niemal identycznie pod warstwą sadzy. Avery pobladła na krótką chwilę. Tak krótko, że równie dobrze można było uznać to za zmianę światła padającego z jednej z lamp. Jej palce pozostały spokojne, twarz szybko odzyskała zwyczajny, opanowany wyraz, lecz wewnątrz wszystko zostało już ułożone na nowo. Teraz przypomniała sobie także fragmenty artykułów, na które nie zwracała należytej uwagi - wzmianki jej nazwiska po Beltane. Wszystkie te oderwane informacje zaczęły pasować do obrazu siedzącej przed nią kobiety. I jeszcze to zimno. Dopiero teraz zauważyła je naprawdę. Biło od niej niemal fizycznie - wyczuwalne przy bliższym kontakcie, dziwnie kontrastujące z ciepłem mieszkania, herbatą i światłem lamp.
- Faktycznie, zdaję mi się, że o tym wiedziałam - stwierdziła po chwilowym zawahaniu. - Przepraszam, ostatnio mam za dużo na głowie i niektóre informacje trochę mi się mieszają - wyjaśniła. Rzeczy, które nie miały większej wartości w jej życiu spychała na dalszy plan. Nie zamierzała do tego wracać; najrozsądniej było wspomnieniu pozostać wyłącznie wspomnieniem. Zamiast tego uniosła filiżankę, upiła niewielki łyk herbaty i dopiero po chwili odstawiła ją na spodek.
- Znakomita, dziękuję.
Kiwnęła głową, kiedy Victoria wspomniała o warzeniu eliksirów, przyjmując tę informację z czymś na kształt szczerego uznania. Sama myśl o znalezieniu dodatkowego zajęcia przy tak wymagającej profesji wydawała jej się godna podziwu. Zwłaszcza że nie chodziło o coś, co można było wykonywać niedbale. Eliksiry wymagały cierpliwości, dokładności i pewnej szczególnej odmiany skupienia; jeden błąd w proporcjach potrafił przecież zmienić cały efekt. Astoria, która z natury ceniła rzemiosło wymagające precyzji, potrafiła to docenić.
- Podziwiam, że znajdujesz na to czas, przy tak wymagającej ścieżce zawodowej - powiedziała, lekko przechylając głowę. Na wyraz współczucia, posłała jej cieplejszy uśmiech.
- To nic, na szczęście stać mnie na zmianę mieszkania. Nie wszyscy mają tyle szczęścia - zauważyła, choć nie było w tym skromności ani przesadnego żalu. - O runach nie słyszałam, za to mój przyjaciel borykał się z przeklętym krzesłem.
Znów sięgnęła po filiżankę, zastanawiając się szerzej nad problemem, który poruszyły.
- Czyli nie udało wam się tego ustalić? - w jej głosie nie było oskarżenia, jedynie naturalna ciekawość kogoś, kogo mienie zostało zniszczone. - Myślę, że musiała być w tym doza przypadkowości, inaczej każdy z ocalonym domem stałby się jednocześnie podejrzanym, czyż nie?
Na pozór było to tylko rozsądne spostrzeżenie, a jednak pod powierzchnią własnych słów czuła ciężar wiedzy, której nie zamierzała wypowiadać na głos.
- W porządku, będę czekała na sowę - dodała odnośnie zamówienia. Jej wzrok na moment przesunął się po salonie. Po pudłach ustawionych pod ścianami, po kwiatach zajmujących niemal każdą wolniejszą przestrzeń, po przedmiotach, które najwyraźniej czekały na swoją kolej, zanim trafią do nowego domu.
- Ach, to wyjaśnia te wszystkie kartony - uśmiechnęła się nieco szerzej, jakby udało jej się rozwikłać niespotykanie trudną zagadkę. - Doskonale rozumiem, sama też muszę się rozejrzeć za nowym mieszkaniem, ale przyznam, że zbyt długo odkładam to w czasie - w końcu musiała się za to zabrać, bo chyba nigdy nie będzie odpowiedniego czasu, tym bardziej, że nakładała na siebie coraz to nowe obowiązki. - Zostajesz na Pokątnej czy uciekasz poza miasto, jeśli mogę zapytać? Jestem ciekawa aktualnych cen nieruchomości.
learn the rules
then break some
then break some