04.10.2026, 22:31 ✶
Zazwyczaj było inaczej. Zazwyczaj było odwrotnie. Zwykle on mówił - i to stanowczo zbyt wiele. Roztaczał ażurowe firaneczki słów, aby ukryć za nimi własną niepewność zakorzenioną latami spędzonymi w zamknięciu, które na trwale odcisnęły swoje piętno na zbyt dumnej i próżnej kiedyś psychice. Teraz wiedział, teraz był świadom, że krypta nie musiała mieć czterech kamiennych ścian, aby straszyć swoim zimnem. Odkrywając przestrzenie depresji, odkrywał swoje własne psychiczne ograniczenia, więżące go w tak szalenie ciasnych formach percepowania świata, wychwytywania ataku w miejscu w którym go nie było, odrzucenia, tam, gdzie nikt nie zatrzaskiwał drzwi.
Teraz jednak, siedząc na chłodnym kamieniu przestronnej dość altanki, teraz wdychając chłoną woń październikowej nocy starał się słuchać, skoro Lucy otworzyła przed nim żywe zdroje chłodnych myśli. Woda spływała jej ustami oblewając im kolana i stopy, tłumaczenia zdały się logiczne, spójne, choć on nie prosił o nie wcale. Ale starał się, słuchał jej. Próbował nie dać się porwać ostrym zębom strachu, myśli czarniejszych niż jej kreacje.
Magia nie wysupłała spomiędzy jego zębów słów. Nie zadała pytania, choć było nim podszyte ostatnie zdanie. Czy było godnym podziwu otrzymać kilka fiolek eliksiru, który nie miał potwierdzonego działania? Być może chłodna dama z ogrodów różanych nienawidziła szczerze wszystkich wampirów i życzyła im absolutnie śmierci w blasku słonecznym, to nie byłoby coś, co by wykluczał maksymalnie. Nie powinien przynajmniej, jeśli tylko dopuszczałby głos rozsądku do swoich uszu. Czy ona próbowała tym głosem teraz być? Czy rzeczywiście potrzebowali rozsądku w chwili, gdy mogli oboje obejrzeć wschód słońca, poczuć na chłodnej skórze promienie dawno utraconego słońca? Był wampir, który jej odebrał to doznanie, czy grzechem było pragnąć być tym wampirem, który jej go ofiarował, choćby w szczątkowej formie?
Co innego jednak przykuło jego uwagę i potrzebował chwili, by złapać się temu zdziwieniu, które powoli wypierało chęć ucieczki do ziemi i krzewów okalających wiekowy cmentarzyk, którym obiecał się zająć.
Obiecał sobie, że nie zada jej pytania, które z powodu czekoladek musiałoby spotkać się ze szczerą odpowiedzią. Obiecał sobie.
Nigdy nie był zbyt dobry w dotrzymywaniu obietnic.
– Dlaczego mi ufasz?
Teraz jednak, siedząc na chłodnym kamieniu przestronnej dość altanki, teraz wdychając chłoną woń październikowej nocy starał się słuchać, skoro Lucy otworzyła przed nim żywe zdroje chłodnych myśli. Woda spływała jej ustami oblewając im kolana i stopy, tłumaczenia zdały się logiczne, spójne, choć on nie prosił o nie wcale. Ale starał się, słuchał jej. Próbował nie dać się porwać ostrym zębom strachu, myśli czarniejszych niż jej kreacje.
Magia nie wysupłała spomiędzy jego zębów słów. Nie zadała pytania, choć było nim podszyte ostatnie zdanie. Czy było godnym podziwu otrzymać kilka fiolek eliksiru, który nie miał potwierdzonego działania? Być może chłodna dama z ogrodów różanych nienawidziła szczerze wszystkich wampirów i życzyła im absolutnie śmierci w blasku słonecznym, to nie byłoby coś, co by wykluczał maksymalnie. Nie powinien przynajmniej, jeśli tylko dopuszczałby głos rozsądku do swoich uszu. Czy ona próbowała tym głosem teraz być? Czy rzeczywiście potrzebowali rozsądku w chwili, gdy mogli oboje obejrzeć wschód słońca, poczuć na chłodnej skórze promienie dawno utraconego słońca? Był wampir, który jej odebrał to doznanie, czy grzechem było pragnąć być tym wampirem, który jej go ofiarował, choćby w szczątkowej formie?
Co innego jednak przykuło jego uwagę i potrzebował chwili, by złapać się temu zdziwieniu, które powoli wypierało chęć ucieczki do ziemi i krzewów okalających wiekowy cmentarzyk, którym obiecał się zająć.
Obiecał sobie, że nie zada jej pytania, które z powodu czekoladek musiałoby spotkać się ze szczerą odpowiedzią. Obiecał sobie.
Nigdy nie był zbyt dobry w dotrzymywaniu obietnic.
– Dlaczego mi ufasz?