05.10.2026, 01:33 ✶
Panika przyszła nagle. Jeszcze przed chwilą Diana stała za barem, z dłonią wspartą o wysłużone drewno i cieniem uśmiechu błąkającym się po ustach, gotowa rzucić Billiusowi jakąś odpowiedź na jego zapewnienia, że przy nim przecież nie zginie. Potem otworzyły się drzwi - i cały ten zwyczajny, piątkowy wieczór rozsypał się z trzaskiem tłuczonego szkła.
Ktoś krzyknął.
Kobieta siedząca najbliżej wejścia zerwała się z miejsca tak gwałtownie, że przewróciła krzesło. Jakiś mężczyzna zaklął, inny poderwał się, żeby zobaczyć, co się stało, przez co następni również zaczęli wstawać, zaglądać sobie przez ramiona, pytać jeden przez drugiego. Wystarczyło kilka sekund, by spokojny dotąd gwar zamienił się w chaotyczną mieszaninę podniesionych głosów, szurania nóg i brzęku naczyń.
- Spokój! - ryknął zza baru barman. - Do cholery, wszyscy się uspokójcie!
Nikt się, rzecz jasna, nie uspokoił. Diana także nie. Patrzyła na poparzonego mężczyznę i czuła, jak serce podchodzi jej aż do gardła. Przecież znała poparzenia. A jednak wciąż była tylko stażystką polegającą na mądrzejszych od siebie. I nie mogła tu przecież użyć magii, nie wśród mugoli. Różdżka ciążyła jej nagle bardziej niż kiedykolwiek.
Mogła ją wyciągnąć. Mogła spróbować pomóc. - Cholera… - syknęła pod nosem.
Spojrzała na Billiusa. Jeśli przed chwilą była zmęczoną dwudziestolatką dorabiającą po godzinach, teraz w jej oczach pojawiło się coś pomiędzy strachem a desperacką potrzebą działania.
- Bill, wyjrzyj na zewnątrz - rzuciła szybko. - Zobacz, co się tam, do cholery, dzieje. Tylko nie odchodź za daleko, dobrze?
Nie czekała nawet na odpowiedź. Obiegła ladę, omal nie wpadając na jednego z klientów, i dopadła do rannego. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej, a Dianę na moment zmroziło. Nie dotknęła jednak uszkodzonej skóry ani nie próbowała odrywać od niej nadpalonego ubrania. Zamiast tego ostrożnie pomogła mężczyźnie usiąść i natychmiast zawołała przez ramię:
- Potrzebuję chłodnej, bieżącej wody! I czystego materiału, czegoś, czym później będzie można luźno osłonić oparzenia!
Ręce trochę jej drżały, kiedy zaczęła działać. Gdy tylko mogła, chłodziła poparzone miejsca czystą, chłodną wodą, starając się nie naruszać przyklejonej do skóry odzieży. Żadnego smarowania, żadnych przypadkowych maści, żadnych domowych sposobów, które mogłyby tylko pogorszyć sytuację. Przy tak rozległych obrażeniach najważniejsze było jednak jak najszybsze sprowadzenie profesjonalnej pomocy i pilnowanie stanu mężczyzny. I wtedy dopiero dotarło do niej, jak absurdalne było to wszystko. Ona była "profesjonalną" pomocą. A jednak stała tutaj bezradna, mając przy sobie różdżkę, której nie mogła wyciągnąć. W głowie próbowała odnaleźć właściwe zaklęcie. Jakiekolwiek. Niestety strach uczynił z jej myśli stado spłoszonych ptaków: każde wspomnienie, którego próbowała się uchwycić, natychmiast odlatywało. Formuły mieszały się ze sobą, nazwy eliksirów znikały, zanim zdążyła je sobie przypomnieć. I tak ich tu teraz nie miała.
- Myśl, Diana. No dalej, myśl - wymamrotała do siebie. Co mogła zrobić, poza udzieleniem rannemu mugolskiej pierwszej pomocy i modleniem się, żeby wystarczyła do czasu transportu?
- Trzeba do szpitala! - zawołała do barmana, licząc, że wezwie karetkę. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy z sytuacji na ulicach. Ranny mamrotał coś bez składu i ładu, nie potrafiła go zrozumieć. - Proszę na mnie patrzeć. Niech pan ze mną zostanie, dobrze? Zaraz zabierzemy pana do szpitala.
Ktoś krzyknął.
Kobieta siedząca najbliżej wejścia zerwała się z miejsca tak gwałtownie, że przewróciła krzesło. Jakiś mężczyzna zaklął, inny poderwał się, żeby zobaczyć, co się stało, przez co następni również zaczęli wstawać, zaglądać sobie przez ramiona, pytać jeden przez drugiego. Wystarczyło kilka sekund, by spokojny dotąd gwar zamienił się w chaotyczną mieszaninę podniesionych głosów, szurania nóg i brzęku naczyń.
- Spokój! - ryknął zza baru barman. - Do cholery, wszyscy się uspokójcie!
Nikt się, rzecz jasna, nie uspokoił. Diana także nie. Patrzyła na poparzonego mężczyznę i czuła, jak serce podchodzi jej aż do gardła. Przecież znała poparzenia. A jednak wciąż była tylko stażystką polegającą na mądrzejszych od siebie. I nie mogła tu przecież użyć magii, nie wśród mugoli. Różdżka ciążyła jej nagle bardziej niż kiedykolwiek.
Mogła ją wyciągnąć. Mogła spróbować pomóc. - Cholera… - syknęła pod nosem.
Spojrzała na Billiusa. Jeśli przed chwilą była zmęczoną dwudziestolatką dorabiającą po godzinach, teraz w jej oczach pojawiło się coś pomiędzy strachem a desperacką potrzebą działania.
- Bill, wyjrzyj na zewnątrz - rzuciła szybko. - Zobacz, co się tam, do cholery, dzieje. Tylko nie odchodź za daleko, dobrze?
Nie czekała nawet na odpowiedź. Obiegła ladę, omal nie wpadając na jednego z klientów, i dopadła do rannego. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej, a Dianę na moment zmroziło. Nie dotknęła jednak uszkodzonej skóry ani nie próbowała odrywać od niej nadpalonego ubrania. Zamiast tego ostrożnie pomogła mężczyźnie usiąść i natychmiast zawołała przez ramię:
- Potrzebuję chłodnej, bieżącej wody! I czystego materiału, czegoś, czym później będzie można luźno osłonić oparzenia!
Ręce trochę jej drżały, kiedy zaczęła działać. Gdy tylko mogła, chłodziła poparzone miejsca czystą, chłodną wodą, starając się nie naruszać przyklejonej do skóry odzieży. Żadnego smarowania, żadnych przypadkowych maści, żadnych domowych sposobów, które mogłyby tylko pogorszyć sytuację. Przy tak rozległych obrażeniach najważniejsze było jednak jak najszybsze sprowadzenie profesjonalnej pomocy i pilnowanie stanu mężczyzny. I wtedy dopiero dotarło do niej, jak absurdalne było to wszystko. Ona była "profesjonalną" pomocą. A jednak stała tutaj bezradna, mając przy sobie różdżkę, której nie mogła wyciągnąć. W głowie próbowała odnaleźć właściwe zaklęcie. Jakiekolwiek. Niestety strach uczynił z jej myśli stado spłoszonych ptaków: każde wspomnienie, którego próbowała się uchwycić, natychmiast odlatywało. Formuły mieszały się ze sobą, nazwy eliksirów znikały, zanim zdążyła je sobie przypomnieć. I tak ich tu teraz nie miała.
- Myśl, Diana. No dalej, myśl - wymamrotała do siebie. Co mogła zrobić, poza udzieleniem rannemu mugolskiej pierwszej pomocy i modleniem się, żeby wystarczyła do czasu transportu?
- Trzeba do szpitala! - zawołała do barmana, licząc, że wezwie karetkę. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy z sytuacji na ulicach. Ranny mamrotał coś bez składu i ładu, nie potrafiła go zrozumieć. - Proszę na mnie patrzeć. Niech pan ze mną zostanie, dobrze? Zaraz zabierzemy pana do szpitala.