05.10.2026, 09:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2026, 09:55 przez Millie Moody.)
Milles wydawało się, że wszystko co powiedziała było właściwe. To nie był pierwszy raz kiedy stosowała tego typu wymówki, zwłaszcza kiedy musiała rozmawiać z mugolami. Coś się jednak zmieniło - bardzo szybko zauważyła, że oczy staruszki zwęziły się w mało subtelnej podejrzliwości, a jej sękate dłonie zacisnęły się na rączce od parasolki. Oczyma wyobraźni Moody widziała już jak kobiecina zamachuje się z zamiarem wymierzenia jej kilku sążnistych razów po głowie za okłamywanie starszych. Asekuracyjnie wycofała się krok czy dwa, unosząc w obronnym geście ręce, gdy rzeczywiście improwizowana broń staruszki została wymierzone w jej chuderlawą pierś.
– Już ja znam takich jak Ty powsinogo! Szukałaś sobie pewnie darmowego lokum na przezimowanie obdartusie! Nie na mojej warcie! – skrzeczała w jej stronę, a Moody nie czekając zbyt długo, zepchnęła na bok lekceważący dla siwej głowy śmiech. Nie chciała się kłócić, tymbardziej, że miała dokonać rekonesansu okolicy, a burda i ewentualne dzwonienie po mugolską policję, zdecydowanie nie służyłaby jej misji. W duchu pogodziła się z faktem, że nie będzie mogła podpytać lokalsów o to kto mieszkał w zgruchmonionym domu, wybadać w poszlakach, czy była to osoba parająca się magią. W takich chwilach żałowała, że nie wróciła do pracy w policji, z drugiej strony całkiem prawdopodobnie, że nie mogłaby tak swobodnie badać spraw zakonowych, tylko musiałaby kwitnąć na wielogodzinnych patrolach z dupska, w momencie, kiedy teraz mógł tam być ktoś o wiele bardziej kompetentny. Bogowie, nie sposób było opisać jak bardzo nie chciała wracać na Polanę Ognisk po tym co się tam wydarzyło jej ostatnio…
Tymczasem teraz jedyne z czym przyszło jej się szarpać to straż sąsiedzka w postaci pomarszczonej staruszki, przed która chmyhnęła na ulicę obok. Nie żeby dała za wygraną, ale wolała chwile odczekać, może przemieścić się kawałek i podejść do tych ruinek ściągających wzrok, domu, który stał tuż przy cmentarzu a zdawał się… wybitnie spalony, jeśli mogłaby tak to ująć. Dalej było jej ciężko ocenić czy dom spłonął z powodu klątwy, czy z powodu Voldemorta (w gruncie rzeczy, jaka była między tymi powodami różnica?). Dlatego też nie przejmując się za bardzo otrzymaną przed momentem burą, sięgnęła do kieszeni jeansowej kurtki z której wyciągnęła wygniecioną czasem i jej niedbalstwem papierośnicę. Kciukiem przejechała po grawerze burzy i uśmiechnęła się pod nosem nim wyciągnęła ze środka skręconego z paskudnego tytoniu skręta. Zapalniczka w mugolskich przestrzeniach Londynu była niezbędna, Ceolsige z pewnością osiwiałaby jakby to zobaczyła.
Spacer był przyjemny, trwał równo dwa i pół papierosa, gdy zrobiła obszerne kółko i podeszła do tematu od tak zwanej dupy strony, choć w raporcie (gdyby taki w ogóle powstawał, och Zakon był taki wspaniały, że nie wymagano od niej raportów), dookreśliłaby, że podeszła od strony cmentarza. Dodatkowo na głowę naciągnęła kaptur, coby czujne oczko pani starszej przypadkiem nie wypatrzyło jej między nagrobkami, chociaż tutaj zamierzała zachować wyjątkową czujność, bo takie stare laski były najbardziej upierdliwe ze wszystkich mugoli i magów w sumie również.
Szczęśliwie miała okazję dostać się do ruinek i pogrzebać trochę w zgliszczach. Nie było tego wiele, zdawało się, że nie został tu kamień na kamieniu i gdyby nie zęby cegieł wystające z ziemi na planie ewidentne domu, to można byłoby to miejsce łatwo przeoczyć. Podobnie jak kilka innych spraw. Poza typowymi śmieciami i ćwierć grafitti na cegłach które ocalały pożogę, spomiędzy pyłu i gruzu udało jej się jeszcze znaleźć wygnieciony kociołek i kilka pokruszonych fiolek przypoimnających jej te, które miała u siebie w pracowni Dora. To znaczy… tu już królowała siła dedukcji, bo fiolki były z oczywistych względów popękane, ale leżące obok powyginane gorącem rurki i kawałek deski z kilkoma kolistymi otworami sugerował…. w ostatnim czasie wystarczająco wiele napatrzyła się na ten sprzęt w Księżycowym, żeby nie połączyć kropek.
To że alchemikom wybuchały kociołki w twarz, było całkiem normalną sprawą w magicznym świecie i każdy antropolog z biura koronera pokiwałby głową z rozczarowania, bo takie sprawy były na tyle nagminne, że aż nudne. W braku szacunku do zmarłego NN sięgnęła znów po czwartą fajkę, gdy na skraju widzenia coś jej mignęło. Ruch. W pierwszej chwili pomyślała, że szczur, ale nawet przy jej szczątkowej wiedzy z zakresu magicznej i niemagicznej zoologii, ogarnęła że było to coś większego. Pies? Instynkt śledczego, a może wrodzona ciekawość, która niejednokrotnie doprowadziła ją na skraj śmierci, sprawiły, że odstąpiła od zapalenia, na rzecz zobaczenia cóż też takiego próbowało swojej ucieczki z sąsiedniego "pokoju" gdy nie patrzyła zbyt uważnie w tamtą stronę. Futro - była pewna, że widziała futro - było szare, albo po prostu ujebane popiołem, jakby ostatni mieszkaniec tego domu upodobał sobie najbardziej zasyfione dziury w gruzowisku.
– Ej czekaj no Ty! – po niedawnym sukcesie z psem Harper, miała zdecydowanie błędne mniemanie na temat swojego podejścia do zwierząt. Jedną rękę wsadziła do kieszeni bluzy by mieć różdżkę w palcach, choć z oczywistych względów nie zamierzała jej używać. Może powinna jednak przyjść tu nocą? Z drugiej strony chuja by zobaczyła wtedy. Podbiegła kilka kroków do drzewa, za którym schowało się to coś i nie zamierzało do niej przychodzić. – Pokaż się! – irytacja w głosie była mało zachęcająca i przyjazna, syczenie i burczenie na nią ukrytego za drzewem stworzenia nie pomagało. W końcu cierpliwość jej się skończyła (nie trwało to długo) i rzuciła się ku bestyjki z zamiarem jej spacyfikowania.
A wtedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz. Szara kulka wielkości rosłego psa, ale z kocimi uszami, rzuciła się ku cmentarnym alejom. Moody przystopowało wrażenie elektrostatyczności, charakterystyczne trzaśnięcia i zapach ozonu w powietrzu wywołane przez…. tego pchlarza? Była niemal pewna, na 99%, że gdy zwierzę otarło się o nagrobek, błękitne iskierki przeskoczyły z mocą, tworząc niewielkie piorunki.
Jakiekolwiek wnioski przesłoniła jej jednak duchowa postać, która wyrosła przed nią znikąd. Odkształcona furią twarz rozdziwiała się przeraźliwie, gdy zjawa natarła na nią
– ZOSSSSTAW JĄĄĄĄĄĄ! – złowieszczy lodowaty szept przeszył ją na wskroś, wchodząc jej niemal w kości. Czarne ptaki poderwały się z gałęzi, w powietrzu poczuła zapach spalenizny.
– Dobra dobra, zrozumiałam sugestię – suknęła, zadzierając ku górze ręce. Duchy, koty i wściekłe sąsiadki - to zdecydowanie brzmiało jak zakres jej kompetencji. Czas napisać list do Brenny i przekazać sprawę we właściwsze ręce. Albo takie przyczepione do osoby wzbudzającej więcej zaufania u ludzi zwierząt… i martwych.
– Już ja znam takich jak Ty powsinogo! Szukałaś sobie pewnie darmowego lokum na przezimowanie obdartusie! Nie na mojej warcie! – skrzeczała w jej stronę, a Moody nie czekając zbyt długo, zepchnęła na bok lekceważący dla siwej głowy śmiech. Nie chciała się kłócić, tymbardziej, że miała dokonać rekonesansu okolicy, a burda i ewentualne dzwonienie po mugolską policję, zdecydowanie nie służyłaby jej misji. W duchu pogodziła się z faktem, że nie będzie mogła podpytać lokalsów o to kto mieszkał w zgruchmonionym domu, wybadać w poszlakach, czy była to osoba parająca się magią. W takich chwilach żałowała, że nie wróciła do pracy w policji, z drugiej strony całkiem prawdopodobnie, że nie mogłaby tak swobodnie badać spraw zakonowych, tylko musiałaby kwitnąć na wielogodzinnych patrolach z dupska, w momencie, kiedy teraz mógł tam być ktoś o wiele bardziej kompetentny. Bogowie, nie sposób było opisać jak bardzo nie chciała wracać na Polanę Ognisk po tym co się tam wydarzyło jej ostatnio…
Tymczasem teraz jedyne z czym przyszło jej się szarpać to straż sąsiedzka w postaci pomarszczonej staruszki, przed która chmyhnęła na ulicę obok. Nie żeby dała za wygraną, ale wolała chwile odczekać, może przemieścić się kawałek i podejść do tych ruinek ściągających wzrok, domu, który stał tuż przy cmentarzu a zdawał się… wybitnie spalony, jeśli mogłaby tak to ująć. Dalej było jej ciężko ocenić czy dom spłonął z powodu klątwy, czy z powodu Voldemorta (w gruncie rzeczy, jaka była między tymi powodami różnica?). Dlatego też nie przejmując się za bardzo otrzymaną przed momentem burą, sięgnęła do kieszeni jeansowej kurtki z której wyciągnęła wygniecioną czasem i jej niedbalstwem papierośnicę. Kciukiem przejechała po grawerze burzy i uśmiechnęła się pod nosem nim wyciągnęła ze środka skręconego z paskudnego tytoniu skręta. Zapalniczka w mugolskich przestrzeniach Londynu była niezbędna, Ceolsige z pewnością osiwiałaby jakby to zobaczyła.
Spacer był przyjemny, trwał równo dwa i pół papierosa, gdy zrobiła obszerne kółko i podeszła do tematu od tak zwanej dupy strony, choć w raporcie (gdyby taki w ogóle powstawał, och Zakon był taki wspaniały, że nie wymagano od niej raportów), dookreśliłaby, że podeszła od strony cmentarza. Dodatkowo na głowę naciągnęła kaptur, coby czujne oczko pani starszej przypadkiem nie wypatrzyło jej między nagrobkami, chociaż tutaj zamierzała zachować wyjątkową czujność, bo takie stare laski były najbardziej upierdliwe ze wszystkich mugoli i magów w sumie również.
Szczęśliwie miała okazję dostać się do ruinek i pogrzebać trochę w zgliszczach. Nie było tego wiele, zdawało się, że nie został tu kamień na kamieniu i gdyby nie zęby cegieł wystające z ziemi na planie ewidentne domu, to można byłoby to miejsce łatwo przeoczyć. Podobnie jak kilka innych spraw. Poza typowymi śmieciami i ćwierć grafitti na cegłach które ocalały pożogę, spomiędzy pyłu i gruzu udało jej się jeszcze znaleźć wygnieciony kociołek i kilka pokruszonych fiolek przypoimnających jej te, które miała u siebie w pracowni Dora. To znaczy… tu już królowała siła dedukcji, bo fiolki były z oczywistych względów popękane, ale leżące obok powyginane gorącem rurki i kawałek deski z kilkoma kolistymi otworami sugerował…. w ostatnim czasie wystarczająco wiele napatrzyła się na ten sprzęt w Księżycowym, żeby nie połączyć kropek.
To że alchemikom wybuchały kociołki w twarz, było całkiem normalną sprawą w magicznym świecie i każdy antropolog z biura koronera pokiwałby głową z rozczarowania, bo takie sprawy były na tyle nagminne, że aż nudne. W braku szacunku do zmarłego NN sięgnęła znów po czwartą fajkę, gdy na skraju widzenia coś jej mignęło. Ruch. W pierwszej chwili pomyślała, że szczur, ale nawet przy jej szczątkowej wiedzy z zakresu magicznej i niemagicznej zoologii, ogarnęła że było to coś większego. Pies? Instynkt śledczego, a może wrodzona ciekawość, która niejednokrotnie doprowadziła ją na skraj śmierci, sprawiły, że odstąpiła od zapalenia, na rzecz zobaczenia cóż też takiego próbowało swojej ucieczki z sąsiedniego "pokoju" gdy nie patrzyła zbyt uważnie w tamtą stronę. Futro - była pewna, że widziała futro - było szare, albo po prostu ujebane popiołem, jakby ostatni mieszkaniec tego domu upodobał sobie najbardziej zasyfione dziury w gruzowisku.
– Ej czekaj no Ty! – po niedawnym sukcesie z psem Harper, miała zdecydowanie błędne mniemanie na temat swojego podejścia do zwierząt. Jedną rękę wsadziła do kieszeni bluzy by mieć różdżkę w palcach, choć z oczywistych względów nie zamierzała jej używać. Może powinna jednak przyjść tu nocą? Z drugiej strony chuja by zobaczyła wtedy. Podbiegła kilka kroków do drzewa, za którym schowało się to coś i nie zamierzało do niej przychodzić. – Pokaż się! – irytacja w głosie była mało zachęcająca i przyjazna, syczenie i burczenie na nią ukrytego za drzewem stworzenia nie pomagało. W końcu cierpliwość jej się skończyła (nie trwało to długo) i rzuciła się ku bestyjki z zamiarem jej spacyfikowania.
A wtedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz. Szara kulka wielkości rosłego psa, ale z kocimi uszami, rzuciła się ku cmentarnym alejom. Moody przystopowało wrażenie elektrostatyczności, charakterystyczne trzaśnięcia i zapach ozonu w powietrzu wywołane przez…. tego pchlarza? Była niemal pewna, na 99%, że gdy zwierzę otarło się o nagrobek, błękitne iskierki przeskoczyły z mocą, tworząc niewielkie piorunki.
Jakiekolwiek wnioski przesłoniła jej jednak duchowa postać, która wyrosła przed nią znikąd. Odkształcona furią twarz rozdziwiała się przeraźliwie, gdy zjawa natarła na nią
– ZOSSSSTAW JĄĄĄĄĄĄ! – złowieszczy lodowaty szept przeszył ją na wskroś, wchodząc jej niemal w kości. Czarne ptaki poderwały się z gałęzi, w powietrzu poczuła zapach spalenizny.
– Dobra dobra, zrozumiałam sugestię – suknęła, zadzierając ku górze ręce. Duchy, koty i wściekłe sąsiadki - to zdecydowanie brzmiało jak zakres jej kompetencji. Czas napisać list do Brenny i przekazać sprawę we właściwsze ręce. Albo takie przyczepione do osoby wzbudzającej więcej zaufania u ludzi zwierząt… i martwych.
Koniec sesji