07.10.2026, 00:31 ✶
Sól osiadła na jej włosach niczym przedwczesny szron. Kilka kryształków zatrzymało się na rzęsach, inne rozsypały po policzkach i szarej pościeli, gdzie wyglądały niemal rażąco biało na tle całej tej bezbarwności. Zelena zmarszczyła nos, lecz nie otworzyła od razu oczu. Najpierw przeciągnęła się leniwie, wsuwając ręce pod poduszkę, jak gdyby próbowała przeciągnąć razem ze sobą całe łóżko. Łóżko odpowiedziało przeciągłym skrzypnięciem, choć deski pod nim milczały.
- Śnieg spadł wyjątkowo szybko w tym roku - wymamrotała. Dopiero wtedy rozchyliła powieki. Zenek stał nad nią z solniczką. Nie było w tym przecież niczego niezwykłego. - Lubisz śnieg? - zapytała. Podniosła dłoń do włosów i zebrała z nich odrobinę soli na opuszek palca. Przyjrzała się kryształkom bardzo uważnie, jak gdyby spodziewała się znaleźć pomiędzy nimi odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadała, po czym wsunęła palec do ust.
Zamyśliła się.
- W Holandii padał ładniejszy - orzekła wreszcie. - Ale tamten nie mieścił się w solniczce.
Był to poważny problem logistyczny. Usiadła, a pościel spłynęła z jej ramion. Spływała zresztą odrobinę za długo. Materiał ciągnął się ku podłodze, chociaż kołdra już dawno powinna się skończyć, aż wreszcie jej koniec wsunął się pod łóżko. Zelena nachyliła się, żeby sprawdzić, dokąd prowadzi, ale pod łóżkiem nie było podłogi.
Było okno. Za oknem rosło drzewo. Do góry korzeniami. Na jednej z gałęzi siedziały trzy szare wrony i wszystkie miały tę samą głowę, którą kolejno przekazywały sobie z dzioba do dzioba.
Wyprostowała się. Najwyraźniej wszystko było w porządku. Strzepnęła sól z ramienia. Kryształki zamiast opaść, zawisły przed nią. Jeden po drugim, równiutko, jak gwiazdy układające się w konstelację. Przez chwilę przypominały strzałkę wskazującą drzwi. Potem imbryk. Potem kozę. W końcu wszystkie rozsypały się jednocześnie.
Zelena spojrzała na Zenka.
- Chyba próbowały coś powiedzieć - stwierdziła. - Ale jedna z nich kłamała.
Która? nie miała pojęcia. Zsunęła stopy z łóżka. Dywan odsunął się. Zelena zmarszczyła brwi i spróbowała ponownie. Dywan ponownie umknął spod jej stóp, tym razem o dobre pół metra. Za trzecim razem przydepnęła jego róg, zanim zdążył uciec.
- Nie zaczynaj - przestrzegła go cicho. Dywan znieruchomiał. Dziewczyna wstała. Dopiero wtedy zauważyła, że jedna z jej stóp była bosa, podczas gdy na drugiej miała but. Nie pamiętała, żeby go zakładała, ale but najwyraźniej pamiętał za nią. Był szary, oczywiście. Wszystko było szare. Nawet ona. Nie przeszkadzało jej to.
Podeszła do biblioteczki i przesunęła palcem po grzbietach książek. Wszystkie nosiły ten sam tytuł, choć za każdym razem, gdy próbowała go przeczytać, litery zamieniały się miejscami. Otworzyła pierwszą. Na wszystkich stronach widniał jeden wyraz. RÓWNO. Litery uchyliły się i wyjrzało zza nich oko. Zelena zatrzasnęła książkę.
- Nieładnie podglądać.
Oko zdążyło jeszcze mrugnąć. Odłożyła książkę na półkę i wtedy coś tyknęło. Obejrzała się. Nic.
Tik.
Spojrzała na Zenka. A potem na własny nadgarstek. Nie miała zegarka. Mimo to wskazówki przesuwały się po jej skórze. Zelena pobladła, po czym gwałtownie poderwała głowę.
- Jesteśmy spóźnieni.
Skoro byli spóźnieni, należało się spieszyć. Chwyciła Zenka za rękaw z nagłością człowieka, który właśnie przypomniał sobie o najważniejszym spotkaniu swojego życia.
- Bardzo spóźnieni. Właściwie to chyba byliśmy spóźnieni już wczoraj.
Ruszyła do drzwi, ciągnąc go za sobą, lecz klamka znajdowała się teraz po drugiej stronie. Nie drzwi. Pokoju.
- Złapiesz ją? Przydałaby się pułapka na myszy - podniosła brew, rozważając dostępne opcje.
- Śnieg spadł wyjątkowo szybko w tym roku - wymamrotała. Dopiero wtedy rozchyliła powieki. Zenek stał nad nią z solniczką. Nie było w tym przecież niczego niezwykłego. - Lubisz śnieg? - zapytała. Podniosła dłoń do włosów i zebrała z nich odrobinę soli na opuszek palca. Przyjrzała się kryształkom bardzo uważnie, jak gdyby spodziewała się znaleźć pomiędzy nimi odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadała, po czym wsunęła palec do ust.
Zamyśliła się.
- W Holandii padał ładniejszy - orzekła wreszcie. - Ale tamten nie mieścił się w solniczce.
Był to poważny problem logistyczny. Usiadła, a pościel spłynęła z jej ramion. Spływała zresztą odrobinę za długo. Materiał ciągnął się ku podłodze, chociaż kołdra już dawno powinna się skończyć, aż wreszcie jej koniec wsunął się pod łóżko. Zelena nachyliła się, żeby sprawdzić, dokąd prowadzi, ale pod łóżkiem nie było podłogi.
Było okno. Za oknem rosło drzewo. Do góry korzeniami. Na jednej z gałęzi siedziały trzy szare wrony i wszystkie miały tę samą głowę, którą kolejno przekazywały sobie z dzioba do dzioba.
Wyprostowała się. Najwyraźniej wszystko było w porządku. Strzepnęła sól z ramienia. Kryształki zamiast opaść, zawisły przed nią. Jeden po drugim, równiutko, jak gwiazdy układające się w konstelację. Przez chwilę przypominały strzałkę wskazującą drzwi. Potem imbryk. Potem kozę. W końcu wszystkie rozsypały się jednocześnie.
Zelena spojrzała na Zenka.
- Chyba próbowały coś powiedzieć - stwierdziła. - Ale jedna z nich kłamała.
Która? nie miała pojęcia. Zsunęła stopy z łóżka. Dywan odsunął się. Zelena zmarszczyła brwi i spróbowała ponownie. Dywan ponownie umknął spod jej stóp, tym razem o dobre pół metra. Za trzecim razem przydepnęła jego róg, zanim zdążył uciec.
- Nie zaczynaj - przestrzegła go cicho. Dywan znieruchomiał. Dziewczyna wstała. Dopiero wtedy zauważyła, że jedna z jej stóp była bosa, podczas gdy na drugiej miała but. Nie pamiętała, żeby go zakładała, ale but najwyraźniej pamiętał za nią. Był szary, oczywiście. Wszystko było szare. Nawet ona. Nie przeszkadzało jej to.
Podeszła do biblioteczki i przesunęła palcem po grzbietach książek. Wszystkie nosiły ten sam tytuł, choć za każdym razem, gdy próbowała go przeczytać, litery zamieniały się miejscami. Otworzyła pierwszą. Na wszystkich stronach widniał jeden wyraz. RÓWNO. Litery uchyliły się i wyjrzało zza nich oko. Zelena zatrzasnęła książkę.
- Nieładnie podglądać.
Oko zdążyło jeszcze mrugnąć. Odłożyła książkę na półkę i wtedy coś tyknęło. Obejrzała się. Nic.
Tik.
Spojrzała na Zenka. A potem na własny nadgarstek. Nie miała zegarka. Mimo to wskazówki przesuwały się po jej skórze. Zelena pobladła, po czym gwałtownie poderwała głowę.
- Jesteśmy spóźnieni.
Skoro byli spóźnieni, należało się spieszyć. Chwyciła Zenka za rękaw z nagłością człowieka, który właśnie przypomniał sobie o najważniejszym spotkaniu swojego życia.
- Bardzo spóźnieni. Właściwie to chyba byliśmy spóźnieni już wczoraj.
Ruszyła do drzwi, ciągnąc go za sobą, lecz klamka znajdowała się teraz po drugiej stronie. Nie drzwi. Pokoju.
- Złapiesz ją? Przydałaby się pułapka na myszy - podniosła brew, rozważając dostępne opcje.