07.10.2026, 15:46 ✶
Samuel oczywiście nie zamierzał kłócić się z matką. To była z góry skazana na przegraną aktywność. Zamiast tego, podwinął rękawy i od razu zebrał się do pracy przy drewnie. Kilka kloców wykarczowanych starych korzeni było do zrąbania, kliny w nie same się nie wbiją.
– Tak, tak oczywiście, przepraszam, mamo no nic się nie… – umilkł gwałtownie, bo nie było sensu się tłumaczyć. Cisza uderzyła w jego młodzieńczą twarz tak, jakby został spoliczkowany, ale nie był to przecież jego pierwszy kontakt z rodzicielką.
– to wszystko przez niego prawda? Przez ojca i jego opowieści… Namieszał Ci w głowie i teraz nie potrafisz usiedzieć tam, gdzie Twoje miejsce, gdzie Twoje… Słuchaj mnie gówniarzu jak do Ciebie mówię! – wrzasnęła, zadzierając rękę ku górze w stronę chłopaka, którego spojrzenie… Tak jego jasne niebieskie oczy nawet z tej odległości utkwione były w pasiastej krogulczej pani, która najwidoczniej przyleciała tu za nim. Miał poczucie winy, był kwiecień, pewnie myślała, że znalazła swoją parę i była obecnie bardzo rozczarowana. Jego twarz wykrzywiła się przepraszająco, ale nie była tym, co wepchnęło się na pierwszy plan uwagi. Bo oto jego surowa rodzicielka, nienaturalnie szczupła, o ostrym przeszywającym na wylot spojrzeniu, podążyła po linii jego wzroku i dostrzegła… dostrzegła ptaka, który kradł uwagę jej dziecka. Kradł uwagę jej własności.
Gniew zawrzał w piersi czarownicy, a duch-pasażer z łatwością przejął jej ciało. Przemiana nie była bynajmniej tak elegacka jak w przypadku animagów - była dzika, rwąca, brutalna, poprzedzona kobiecym wrzaskiem, który przechodził płynnie w pisk drapieżnika pragnącego nic mniej nic więcej, jak zatopić swoje pazury w intruzie.
– Mamo nie! – zdołał krzyknąć, czując napływające do oczu łzy, gdy i jego klątwa znalazła posłuch w nastoletnim ciele tak prostolinijnie łatwym do osiągania ekstremalnych stanów emocjonalnych. Zielony chaos wybuchł gwałtowną erupcją niekontrolowanego rozrostu, gdy na Violet szarżował demoniczny ptak. Złote leniwe popołudnie stało się sennym marzeniem, które zbyt łatwo przerodziło się o zmierzchu w koszmar.
– Tak, tak oczywiście, przepraszam, mamo no nic się nie… – umilkł gwałtownie, bo nie było sensu się tłumaczyć. Cisza uderzyła w jego młodzieńczą twarz tak, jakby został spoliczkowany, ale nie był to przecież jego pierwszy kontakt z rodzicielką.
– to wszystko przez niego prawda? Przez ojca i jego opowieści… Namieszał Ci w głowie i teraz nie potrafisz usiedzieć tam, gdzie Twoje miejsce, gdzie Twoje… Słuchaj mnie gówniarzu jak do Ciebie mówię! – wrzasnęła, zadzierając rękę ku górze w stronę chłopaka, którego spojrzenie… Tak jego jasne niebieskie oczy nawet z tej odległości utkwione były w pasiastej krogulczej pani, która najwidoczniej przyleciała tu za nim. Miał poczucie winy, był kwiecień, pewnie myślała, że znalazła swoją parę i była obecnie bardzo rozczarowana. Jego twarz wykrzywiła się przepraszająco, ale nie była tym, co wepchnęło się na pierwszy plan uwagi. Bo oto jego surowa rodzicielka, nienaturalnie szczupła, o ostrym przeszywającym na wylot spojrzeniu, podążyła po linii jego wzroku i dostrzegła… dostrzegła ptaka, który kradł uwagę jej dziecka. Kradł uwagę jej własności.
Gniew zawrzał w piersi czarownicy, a duch-pasażer z łatwością przejął jej ciało. Przemiana nie była bynajmniej tak elegacka jak w przypadku animagów - była dzika, rwąca, brutalna, poprzedzona kobiecym wrzaskiem, który przechodził płynnie w pisk drapieżnika pragnącego nic mniej nic więcej, jak zatopić swoje pazury w intruzie.
– Mamo nie! – zdołał krzyknąć, czując napływające do oczu łzy, gdy i jego klątwa znalazła posłuch w nastoletnim ciele tak prostolinijnie łatwym do osiągania ekstremalnych stanów emocjonalnych. Zielony chaos wybuchł gwałtowną erupcją niekontrolowanego rozrostu, gdy na Violet szarżował demoniczny ptak. Złote leniwe popołudnie stało się sennym marzeniem, które zbyt łatwo przerodziło się o zmierzchu w koszmar.