12.10.2026, 13:40 ✶
Ostatnie dni upływały Astorii w takim natłoku zajęć, że niekiedy dopiero późnym wieczorem, kiedy odkładała pióro i gasiła ostatnią lampę w gabinecie, uświadamiała sobie, że od świtu nie znalazła nawet chwili na porządny odpoczynek. Obowiązki piętrzyły się przed nią niczym stosy ksiąg w bibliotece zaniedbanej przez nazbyt ambitnego uczonego; ledwie uporała się z jednym, już następny domagał się jej niepodzielnej uwagi. A przecież nie należała do kobiet, które zwykły uskarżać się na nadmiar pracy. Przeciwnie, w zajęciu odnajdywała szczególny rodzaj ukojenia. Tym razem jednak nawet jej godna podziwu zaradność wystawiona została na niemałą próbę.
Zbliżający się Samhain wymagał przygotowań zakrojonych na szeroką skalę. Galeria OdNowa, zwykle poddana rygorom artystycznego ładu, przeobraziła się w istne królestwo skrzyń, opakowań, spisów inwentarzowych i niedokończonych jeszcze drobiazgów. Astoria osobiście doglądała przygotowania stoiska, troszcząc się zarówno o należyte wyeksponowanie ikon świętych, jak i o te wszystkie pozornie błahe szczegóły, od których zależało powodzenie przedsięwzięcia. Nie zamierzała bowiem pozwolić, by jej nazwisko firmowało coś urządzonego niedbale, choćby rzecz dotyczyła jedynie niewielkiego straganu. Na tym jednak nie kończyły się jej powinności.
Istniało jeszcze zadanie powierzone jej osobiście przez Czarnego Pana - sprawa nieporównanie donioślejsza, której nie sposób było odłożyć na później ani powierzyć cudzym rękom. Sam fakt, że Voldemort zwrócił się bezpośrednio do niej, stanowił wyróżnienie, ale i zobowiązanie, którego ciężaru czarownica absolutnie nie lekceważyła.
Jak gdyby i tego było mało, pozostawała jeszcze pani Alderley. Zdrowie staruszki, chociaż od owej pamiętnej nocy nieco się ustabilizowało, wciąż budziło uzasadniony niepokój. Astoria nie żywiła względem niej uczucia tak głębokiego, jakie łączy człowieka z najbliższymi krewnymi, lecz wieloletnia znajomość pani Alderley z jej babką nakładała na nią pewien obowiązek, którego nie zamierzała zaniedbać. Tym bardziej że starsza kobieta nie miała przy sobie nikogo, kto mógłby z należytą troskliwością dopilnować jej potrzeb. Zorganizowała więc całodobową opiekę, powierzając pieczę nad chorą wykwalifikowanej opiekunce, zaznajomionej zarówno z pielęgnacją osób starszych, jak i z podawaniem leków.
Tego dnia, korzystając z krótkiej przerwy między jednym zajęciem a drugim, postanowiła osobiście odwiedzić panią Alderley i przekonać się, czy zapewnienia o poprawie jej zdrowia znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Zdołała już zamienić kilka słów z opiekunką, przejrzeć rozpiskę leków i zajrzeć do sypialni, gdzie pani Alderley spoczywała pogrążona we śnie, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Rodolphusie - powitała go, odsuwając się od progu. - Proszę, wejdź.
Przytrzymała drzwi, pozwalając mu przekroczyć próg, po czym zerknęła przelotnie na niewielką paczuszkę, którą miał ze sobą. Nie zapytała jednak o jej zawartość.
- Obawiam się, że nie zastałeś naszej gospodyni w najbardziej towarzyskim usposobieniu - oznajmiła, zamykając za nim drzwi. - Pani Alderley śpi. Byłam u niej przed chwilą i wygląda na to, że ma się odrobinę lepiej. Przynajmniej tak twierdzi opiekunka. - Poprawiła rękaw sukni, po czym wskazała mu drogę do saloniku. - Nie chciałabym jej budzić. Sen zdaje się służyć jej teraz bardziej niż jakiekolwiek odwiedziny, choć jestem przekonana, że ucieszy ją wiadomość o twoim przybyciu.
Nie uszło jej uwagi, że wyglądał równie nienagannie jak zwykle. Jednakże pod tą starannie utrzymaną powierzchownością dostrzegała pewne roztargnienie, którego nie zamierzała wytykać. Zwłaszcza, gdy pod jej oczami widać było nikłe cienie, świadczące o niedostatku snu.
Zbliżający się Samhain wymagał przygotowań zakrojonych na szeroką skalę. Galeria OdNowa, zwykle poddana rygorom artystycznego ładu, przeobraziła się w istne królestwo skrzyń, opakowań, spisów inwentarzowych i niedokończonych jeszcze drobiazgów. Astoria osobiście doglądała przygotowania stoiska, troszcząc się zarówno o należyte wyeksponowanie ikon świętych, jak i o te wszystkie pozornie błahe szczegóły, od których zależało powodzenie przedsięwzięcia. Nie zamierzała bowiem pozwolić, by jej nazwisko firmowało coś urządzonego niedbale, choćby rzecz dotyczyła jedynie niewielkiego straganu. Na tym jednak nie kończyły się jej powinności.
Istniało jeszcze zadanie powierzone jej osobiście przez Czarnego Pana - sprawa nieporównanie donioślejsza, której nie sposób było odłożyć na później ani powierzyć cudzym rękom. Sam fakt, że Voldemort zwrócił się bezpośrednio do niej, stanowił wyróżnienie, ale i zobowiązanie, którego ciężaru czarownica absolutnie nie lekceważyła.
Jak gdyby i tego było mało, pozostawała jeszcze pani Alderley. Zdrowie staruszki, chociaż od owej pamiętnej nocy nieco się ustabilizowało, wciąż budziło uzasadniony niepokój. Astoria nie żywiła względem niej uczucia tak głębokiego, jakie łączy człowieka z najbliższymi krewnymi, lecz wieloletnia znajomość pani Alderley z jej babką nakładała na nią pewien obowiązek, którego nie zamierzała zaniedbać. Tym bardziej że starsza kobieta nie miała przy sobie nikogo, kto mógłby z należytą troskliwością dopilnować jej potrzeb. Zorganizowała więc całodobową opiekę, powierzając pieczę nad chorą wykwalifikowanej opiekunce, zaznajomionej zarówno z pielęgnacją osób starszych, jak i z podawaniem leków.
Tego dnia, korzystając z krótkiej przerwy między jednym zajęciem a drugim, postanowiła osobiście odwiedzić panią Alderley i przekonać się, czy zapewnienia o poprawie jej zdrowia znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Zdołała już zamienić kilka słów z opiekunką, przejrzeć rozpiskę leków i zajrzeć do sypialni, gdzie pani Alderley spoczywała pogrążona we śnie, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Rodolphusie - powitała go, odsuwając się od progu. - Proszę, wejdź.
Przytrzymała drzwi, pozwalając mu przekroczyć próg, po czym zerknęła przelotnie na niewielką paczuszkę, którą miał ze sobą. Nie zapytała jednak o jej zawartość.
- Obawiam się, że nie zastałeś naszej gospodyni w najbardziej towarzyskim usposobieniu - oznajmiła, zamykając za nim drzwi. - Pani Alderley śpi. Byłam u niej przed chwilą i wygląda na to, że ma się odrobinę lepiej. Przynajmniej tak twierdzi opiekunka. - Poprawiła rękaw sukni, po czym wskazała mu drogę do saloniku. - Nie chciałabym jej budzić. Sen zdaje się służyć jej teraz bardziej niż jakiekolwiek odwiedziny, choć jestem przekonana, że ucieszy ją wiadomość o twoim przybyciu.
Nie uszło jej uwagi, że wyglądał równie nienagannie jak zwykle. Jednakże pod tą starannie utrzymaną powierzchownością dostrzegała pewne roztargnienie, którego nie zamierzała wytykać. Zwłaszcza, gdy pod jej oczami widać było nikłe cienie, świadczące o niedostatku snu.
learn the rules
then break some
then break some