— A więc mamy umowę. — Uśmiechnął się nieco szerzej, licząc, że ta dobra obietnica poprawi Yaxley humor.
Nie mógł jej wmawiać, że nie spotka jej już nic przykrego, jednak mógł sprawić, aby zapłonęła w niej drobna iskierka nadziei, że przetrwa jeszcze trochę. Dotrwa do tego szczęśliwego momentu, gdzie na moment będzie mogła zapomnieć o niesnaskach, atakach na nią i znajdzie się w powietrzu, myśląc tylko o tym, aby zająć pierwsze miejsce na podium.
— Myślę, że się boją. — Westchnął cicho. —Postrzegają związki czystokrwistych z mugolakami czy czarodziejami półkrwi za rozdrabnianie się. Wchodzenie w taką relację z której, powiedzmy, urodzą się dzieci, sprawi, że status krwi od danego pokolenia będzie mniejszy. Dodać do tego, że populacja „niżej urodzonych” może w przyszłości przewyższyć populację czystokrwistych, a nagle pojawiają się pytanie o majątki, przywileje, rodowe posiadłości, stałość koneksji społecznych i politycznych.
Zdawał sobie sprawę, jak irracjonalny był ten tok myślenia. Jednak nie dało się w pełni wykluczyć, że niektóre rodziny faktycznie obawiały się tego, że mogą utracić to, co ich przodkowie tworzyli przez całe pokolenia. A wskazanie im potencjalnego sprawcy, który może sprawić, że stanie się to rzeczywistością, mogło być cholernie dobrym motywatorem do kontrowersyjnych działań. W końcu z ich perspektywy chodziło o walkę o przetrwanie. Naprawdę chciał wierzyć, że w szeregach Czarnego Pana są chociaż trochę zdrowo-rozsądkowi ludzi. To dałoby nadzieję, że konflikt można zakończyć bez sięgania po różdżki i dalsze zaognienie konfliktu.
A potem przeszli do pojedynku, który wcale nie szedł po myśli Longbottoma.
Oczywiście, nawet gra i buczy. Wszystko idzie zgodnie z planem, pomyślał z przekąsem Erik, powstrzymując się od wygłoszenia tego zjadliwego komentarza na głos. Ten trening zdecydowanie pomógł mu zrozumieć, z jaką mieszanką negatywnych uczuć mierzyła się Geraldine podczas ich ostatnich ćwiczeń. Mógł dawać z siebie wszystko, ale jeśli nie dostroił się do samej magii i pozwolił, aby emocje przejęły górę nad spokojem, tak potrzebnym podczas pojedynku, wszystko było stracone. Tak jak teraz, gdy machał różdżką, jak szaleniec, a z czubka nie chciały wystrzelić nawet maleńkie iskierki, nie mówiąc o długiej czerwonej wstędze magicznej energii.
Nie zdołał odpowiedzieć kobiecie w inny sposób, gdyż ta postanowiła kontynuować atak. Tym razem zdecydowała się jednak na mniej bezpośrednie zaklęcia, więc chwilę mu zajęło zorientowanie się, co właściwie próbuje zrobić. Dopiero dziwne chrupanie z dołu zwróciło jego uwagę, przez co wbił zniżył spojrzenie, a po chwili ziemia się pod nim rozstąpiła. Korzenie, kamienie, piach, a nawet drobne żyjątka zostały zdematerializowane, tworząc około trzymetrowy dół, a Erik... znalazł się na jego dnie. Syknął z niezadowoleniem, gdy zdał sobie sprawę, że już ma utytłane ziemią całe ubranie.
— Wiesz co, Geraldine? To nie jest wcale zabawne! Ani trochę! — zawołał donośnie, strzepując z siebie ziarenka piasku, a nawet wypluwając kilka. Pokręcił głową, po czym spojrzał w górę, starając się ocenić sytuację.
Cóż, mógł spróbować wspiąć się po wystających tu i ówdzie korzeniach i spróbować złapać równowagę na kamieniach, czy utwardzonej ziemi, ale równie dobrze mógł spróbować czegoś innego... Longbottom postanowił rzucić zaklęcie Spongify na dno dołka, w którym się znalazł. W zamyśle chciał nadać podłożu sprężystych właściwości, licząc, że jeśli skoczy, to zostanie wybity na powierzchnię. Tak, to był jakiś pomysł... Znając życie, pewnie jest łatwiejsza droga, pomyślał, jednak w jego umyśle ta opcja jawiła się jako najbardziej logiczna.
Akcja nieudana
Zaklęcie nie zadziało przez co Erik pozostał na dnie dołu wyczarowanego przez Geraldine. I jak tu prowadzić sprawiedliwy pojedynek w takich warunkach?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞