08.10.2026, 19:40 ✶
Nie odpowiedziała od razu. Przeprosiny zabrzmiały w jej uszach niemal jak zamknięcie sprawy, a przecież właśnie na to nie mogła sobie pozwolić. Patrzyła na Eugene'a z chłodnym skupieniem, próbując znaleźć jeszcze jeden argument, jeszcze jedną szczelinę w jego stanowczości, przez którą mogłaby przeciągnąć rozmowę z powrotem na dogodniejszy dla siebie grunt. Nie znalazła żadnej. Był nieprzejednany. Co gorsza, nie wynikało to z chęci podbicia stawki. Astoria znała ludzi wystarczająco dobrze, by rozpoznać moment, w którym odmowa była jedynie początkiem negocjacji. Widziała kupców oburzonych ofertą, którzy pół godziny później podpisywali umowę za dwukrotność proponowanej sumy; artystów przysięgających, że nigdy nie sprzedadzą konkretnego płótna, dopóki nie usłyszeli odpowiedniej liczby; kolekcjonerów, którzy zarzekali się, że dzieło pozostanie w rodzinie przez następne stulecia, a po tygodniu sami pytali o dyskretną aukcję. Każdy miał swoją cenę. A przynajmniej Astoria przez większość życia była przekonana, że miał.
Mężczyzna tymczasem sprawiał wrażenie człowieka, którego problem nie polegał na tym, że zaoferowano mu za mało. Mógłby zapewne przyjąć pieniądze za pomoc, lecz nie za tę pomoc, której od niego oczekiwała. Różnica była drobna, ale zasadnicza - i wyjątkowo irytująca.
Propozycja pozostawienia obrazu w galerii wydała jej się wręcz niedorzeczna. Pomysł z turystyką natomiast był tak bezczelny, że w innych okolicznościach być może nawet by ją rozbawił. Niemal widziała afisze obiecujące spotkanie z tragiczną zjawą, kolejkę ciekawskich przed galerią i ojca pytającego ją z lodowatym spokojem, kiedy właściwie rodzinny interes zdążył przeobrazić się w jarmarczne widowisko. Nie. Tego rozwiązania nawet nie zamierzała rozważać. Pozostawały więc trzy możliwości. Mogła poszukać innego spirytysty. Człowieka mniej skrupulatnego, gotowego zrobić dokładnie to, za co mu zapłacono. Tylko że Eugene właśnie bardzo rzeczowo wyjaśnił jej, czym podobna próba mogła się skończyć. Gdyby zatrudniła kogoś innego, a miesiąc później zamiast zawodzącego dziecka mieliby do czynienia z czymś naprawdę niebezpiecznym, odpowiedzialność spadłaby na nią. I słusznie. Mogła zatrzymać obraz, odizolować go w jednym z magazynów i kupić sobie czas. Było to rozwiązanie najwygodniejsze doraźnie, lecz nie rozwiązywało absolutnie niczego. Co więcej, oznaczało przejęcie nawiedzenia na rachunek galerii. Klient zapewne byłby zachwycony. Ona zdecydowanie mniej. Albo mogła zrobić jedyną rzecz, której od początku próbowała uniknąć. Wrócić do właściciela. Sama myśl pozostawiała nieprzyjemny posmak porażki. Nie dlatego, że nie wykonała swojej pracy. Zrobiła wszystko, co należało: sprawdziła klątwy, sprowadziła specjalistów, zabezpieczyła dzieło, znalazła człowieka, który wreszcie potrafił określić źródło problemu. Rozsądek podpowiadał jej, że właśnie na tym polega profesjonalizm. Duma odpowiadała, że klient powierzył jej problem, a ona zamierzała oddać mu go z powrotem razem z prośbą o rodzinne albumy i okazanie skruchy.
Fatalnie.
Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, wciąż milcząc.
- Czyli mam mu powiedzieć, że zapłacił mi za rozwiązanie problemu, którego nie mogę rozwiązać bez jego pomocy. - Nie brzmiała na zachwyconą. - Następnie mam poprosić o prywatne dokumenty rodzinne, prawdopodobnie zacząć zadawać pytania, których nie będzie chciał usłyszeć, i przekonać go, że gdzieś w historii jego rodziny wydarzyło się coś dostatecznie paskudnego, by martwe dziecko postanowiło przypominać o tym następnym pokoleniom. - Uniosła lekko brwi. - A na końcu, jeśli dopisze nam wyjątkowe szczęście, mam zasugerować człowiekowi przyzwyczajonemu do otrzymywania przeprosin, że tym razem to on powinien je złożyć.
Przez moment patrzyła mężczyźnie prosto w oczy.
- To będzie koszmarna rozmowa.
Nie oczekiwała zaprzeczenia. Musiała rozpocząć śledztwo, żeby zamknąć tę przeklętą sprawę. A potem będzie musiała wrócić z tym wszystkim do medium.
- Jeśli uda mi się przekonać właściciela, czy Pana obecność przy tym… pojednaniu będzie konieczna?
Mężczyzna tymczasem sprawiał wrażenie człowieka, którego problem nie polegał na tym, że zaoferowano mu za mało. Mógłby zapewne przyjąć pieniądze za pomoc, lecz nie za tę pomoc, której od niego oczekiwała. Różnica była drobna, ale zasadnicza - i wyjątkowo irytująca.
Propozycja pozostawienia obrazu w galerii wydała jej się wręcz niedorzeczna. Pomysł z turystyką natomiast był tak bezczelny, że w innych okolicznościach być może nawet by ją rozbawił. Niemal widziała afisze obiecujące spotkanie z tragiczną zjawą, kolejkę ciekawskich przed galerią i ojca pytającego ją z lodowatym spokojem, kiedy właściwie rodzinny interes zdążył przeobrazić się w jarmarczne widowisko. Nie. Tego rozwiązania nawet nie zamierzała rozważać. Pozostawały więc trzy możliwości. Mogła poszukać innego spirytysty. Człowieka mniej skrupulatnego, gotowego zrobić dokładnie to, za co mu zapłacono. Tylko że Eugene właśnie bardzo rzeczowo wyjaśnił jej, czym podobna próba mogła się skończyć. Gdyby zatrudniła kogoś innego, a miesiąc później zamiast zawodzącego dziecka mieliby do czynienia z czymś naprawdę niebezpiecznym, odpowiedzialność spadłaby na nią. I słusznie. Mogła zatrzymać obraz, odizolować go w jednym z magazynów i kupić sobie czas. Było to rozwiązanie najwygodniejsze doraźnie, lecz nie rozwiązywało absolutnie niczego. Co więcej, oznaczało przejęcie nawiedzenia na rachunek galerii. Klient zapewne byłby zachwycony. Ona zdecydowanie mniej. Albo mogła zrobić jedyną rzecz, której od początku próbowała uniknąć. Wrócić do właściciela. Sama myśl pozostawiała nieprzyjemny posmak porażki. Nie dlatego, że nie wykonała swojej pracy. Zrobiła wszystko, co należało: sprawdziła klątwy, sprowadziła specjalistów, zabezpieczyła dzieło, znalazła człowieka, który wreszcie potrafił określić źródło problemu. Rozsądek podpowiadał jej, że właśnie na tym polega profesjonalizm. Duma odpowiadała, że klient powierzył jej problem, a ona zamierzała oddać mu go z powrotem razem z prośbą o rodzinne albumy i okazanie skruchy.
Fatalnie.
Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, wciąż milcząc.
- Czyli mam mu powiedzieć, że zapłacił mi za rozwiązanie problemu, którego nie mogę rozwiązać bez jego pomocy. - Nie brzmiała na zachwyconą. - Następnie mam poprosić o prywatne dokumenty rodzinne, prawdopodobnie zacząć zadawać pytania, których nie będzie chciał usłyszeć, i przekonać go, że gdzieś w historii jego rodziny wydarzyło się coś dostatecznie paskudnego, by martwe dziecko postanowiło przypominać o tym następnym pokoleniom. - Uniosła lekko brwi. - A na końcu, jeśli dopisze nam wyjątkowe szczęście, mam zasugerować człowiekowi przyzwyczajonemu do otrzymywania przeprosin, że tym razem to on powinien je złożyć.
Przez moment patrzyła mężczyźnie prosto w oczy.
- To będzie koszmarna rozmowa.
Nie oczekiwała zaprzeczenia. Musiała rozpocząć śledztwo, żeby zamknąć tę przeklętą sprawę. A potem będzie musiała wrócić z tym wszystkim do medium.
- Jeśli uda mi się przekonać właściciela, czy Pana obecność przy tym… pojednaniu będzie konieczna?
learn the rules
then break some
then break some