08.10.2026, 20:48 ✶
Nie wiedziała, jak długo klęczała na bruku. Minutę? Kilkanaście sekund? Czas, który jeszcze niedawno odmierzała z niemal chorobliwą skrupulatnością, rozpłynął się gdzieś pomiędzy kolejnymi napadami kaszlu, pozostawiając po sobie jedynie nieznośne uczucie ucisku w piersi. Jedną dłonią podpierała się o nierówne kamienie, drugą przyciskała do mostka, jak gdyby mogła w ten sposób uśmierzyć dolegliwości, które z każdą chwilą przybierały na sile. Włochatość serca, o której na co dzień starała się nie myśleć, upomniała sie o swoje w najmniej odpowiedniej chwili. Długotrwały wysiłek, zdenerwowanie i wszechobecny dym okazały się połączeniem wyjątkowo niefortunnym. Każda próba zaczerpnięcia głębszego oddechu kończyła się kolejnym napadem kaszlu, który zmuszał ją do jeszcze silniejszego pochylenia głowy. Czuła, jak puls dudni jej w skroniach, a serce, zamiast uspokajać się wraz z chwilowym odpoczynkiem, uderzało z nieprzyjemną gwałtownością. Przez pewien czas usiłowała jeszcze zapanować nad własnym organizmem, przywołując w pamięci zalecenia uzdrowicieli, które od chwili postawienia diagnozy słyszała niemal przy każdej wizycie w Mungu. Spokój, odpoczynek, unikanie nadmiernego wysiłku i silnych wzruszeń. Jakże niedorzecznie brzmiały teraz owe wskazówki, kiedy całe miasto zdawało się obracać w perzynę, a każdy odległy huk przypominał, że niebezpieczeństwo mogło nadejść z dowolnej strony.
Gdy usłyszała zbliżające się kroki, nie miała już dość sił, by podnieść głowę. Dopiero dotyk obcych dłoni na ramionach wyrwał ją z bolesnego skupienia na własnym oddechu. Drgnęła, zaskoczona nagłością tego zetknięcia. Uniosła załzawione oczy, próbując dostrzec twarz pochylającej się nad nią kobiety, lecz widziała jedynie niewyraźne kontury, ciemne pasma włosów i fragment sylwetki przesłoniętej unoszącym się w powietrzu popiołem. Łuna pożarów nadawała wszystkiemu osobliwy, pomarańczowy odcień, zacierając naturalne barwy i rysy. Nawet gdyby przyjrzała się uważniej, trudno byłoby jej rozpoznać w nieznajomej Victorię Lestrange, z którą przecież niejednokrotnie miała sposobność rozmawiać w znacznie przyjemniejszych okolicznościach. Słowa aurorki dotarły do niej z pewnym opóźnieniem, jak gdyby musiały przedrzeć się przez nieustający szum w uszach. Astoria rozchyliła usta, usiłując wydobyć z siebie choćby jedno słowo, ale zamiast niego wyrwał się kolejny kaszel, gwałtowny i uporczywy, zmuszający ją do przymknięcia powiek. Minęło kilka chwil zanim była w stanie je na nowo otworzyć. Spod wilgotnych rzęs spojrzała na niewyraźną postać kobiety, próbując skupić wzrok na jednym punkcie.
- N-nie - wychrypiała wreszcie. Chciała powiedzieć coś więcej. Wyjaśnić, że nie została napadnięta, że nikt nie rzucił w nią zaklęciem, że przyczyną jej obecnego stanu były dym, wysiłek i choroba, z którą przyszło jej żyć. Nie zdołała jednak ułożyć tych myśli w zdanie.
- To… dym - wydusiła po chwili. Nie prosiła, by ją podniesiono. Nie wyciągała rąk ku aurorce ani nie szukała w niej oparcia. Przeciwnie, próbowała nawet nieznacznie odsunąć ramiona spod jej dłoni, pragnąc odzyskać choć odrobinę swobody. W całym tym nieszczęściu pozostała jej jeszcze duma, która nie pozwalała z łatwością godzić się z własną bezradnością. Gdzieś za plecami aurorki rozlegały się odległe okrzyki, trzaski płomieni i głuche odgłosy zaklęć, lecz Astoria nie usiłowała już dociekać ich źródła. Całą uwagę poświęcała temu, by spróbować się podnieść o własnych siłach.
- Śmiercio… żerca - wiedziała, że to za nim funkcjonariuszka tu przybiegła, więc chciała już mieć tę kwestię z głowy, wskazując ręką błędny kierunek ucieczki zbiega.
Gdy usłyszała zbliżające się kroki, nie miała już dość sił, by podnieść głowę. Dopiero dotyk obcych dłoni na ramionach wyrwał ją z bolesnego skupienia na własnym oddechu. Drgnęła, zaskoczona nagłością tego zetknięcia. Uniosła załzawione oczy, próbując dostrzec twarz pochylającej się nad nią kobiety, lecz widziała jedynie niewyraźne kontury, ciemne pasma włosów i fragment sylwetki przesłoniętej unoszącym się w powietrzu popiołem. Łuna pożarów nadawała wszystkiemu osobliwy, pomarańczowy odcień, zacierając naturalne barwy i rysy. Nawet gdyby przyjrzała się uważniej, trudno byłoby jej rozpoznać w nieznajomej Victorię Lestrange, z którą przecież niejednokrotnie miała sposobność rozmawiać w znacznie przyjemniejszych okolicznościach. Słowa aurorki dotarły do niej z pewnym opóźnieniem, jak gdyby musiały przedrzeć się przez nieustający szum w uszach. Astoria rozchyliła usta, usiłując wydobyć z siebie choćby jedno słowo, ale zamiast niego wyrwał się kolejny kaszel, gwałtowny i uporczywy, zmuszający ją do przymknięcia powiek. Minęło kilka chwil zanim była w stanie je na nowo otworzyć. Spod wilgotnych rzęs spojrzała na niewyraźną postać kobiety, próbując skupić wzrok na jednym punkcie.
- N-nie - wychrypiała wreszcie. Chciała powiedzieć coś więcej. Wyjaśnić, że nie została napadnięta, że nikt nie rzucił w nią zaklęciem, że przyczyną jej obecnego stanu były dym, wysiłek i choroba, z którą przyszło jej żyć. Nie zdołała jednak ułożyć tych myśli w zdanie.
- To… dym - wydusiła po chwili. Nie prosiła, by ją podniesiono. Nie wyciągała rąk ku aurorce ani nie szukała w niej oparcia. Przeciwnie, próbowała nawet nieznacznie odsunąć ramiona spod jej dłoni, pragnąc odzyskać choć odrobinę swobody. W całym tym nieszczęściu pozostała jej jeszcze duma, która nie pozwalała z łatwością godzić się z własną bezradnością. Gdzieś za plecami aurorki rozlegały się odległe okrzyki, trzaski płomieni i głuche odgłosy zaklęć, lecz Astoria nie usiłowała już dociekać ich źródła. Całą uwagę poświęcała temu, by spróbować się podnieść o własnych siłach.
- Śmiercio… żerca - wiedziała, że to za nim funkcjonariuszka tu przybiegła, więc chciała już mieć tę kwestię z głowy, wskazując ręką błędny kierunek ucieczki zbiega.
learn the rules
then break some
then break some