09.10.2026, 15:36 ✶
Majestatycznie wyglądał z lotu ptaka rozciągający się pod jego lotkami las. Frunął wytrwale szukając właściwego miejsca, nie chcąc uczynić swoją działalnością żadnej szkody angielskiemu lasu. Wybór drzewa był zawsze trudny, ale odetchnął z ulgą, gdy Helloise potwierdziła, że tak wilgotność, jak gatunek ofiary nie będzie istotny. Długość. Rozmiar. To pozostawało dla niej ważne, więc latał wytrwale wśród wysokich drzew. Lat, które za moment miał poświęcić dla tej, która przed laty uratowała mu życie.
Robił to od świtu, bynajmniej przecież nie w Kniei Godryka. Wybrał mugolskie lasy, choć tych było tak mało. Miał wprawę w ocenie drzew z wysokości, urodził się w lesie, dzięki temu przetrwał dziesięć lat wyrzeczeń, gdy tylko udało mu się obrosnąć pierzem. To lądował, to znów startował, gdy ostrożnie i skrupulatnie oceniał pieńki.
W końcu wyznaczył ilość, która była jej potrzebna. Było tego sporo i bał się natłokiem nieoczezkiwanej roboty, tym bardziej że rychło zaczną się przygotowania do Samhain i na gwałt i rety wszyscy zaczną zamawiać skrzynki do popiołu, jak uprzedził go Pan Ollivander. Miał szykować półprodukty, heblować cienkie deseczki, które później zostaną zabezpieczone odpowiednim olejem. Ale zniknął z zakładu, gdy tylko dostałwiadomość, obiecując że wróci najszybciej jak się da. Helloise była dlań przecież jak rodzina, w jego ciele płynęła jego energia. Nie mógłby jej odmówić.
Przemieniony w człowieka wyciągnął siekierę i piłę, z wprawą ustalił gdzie i jak należy przyłożyć narzędzia, by lata utkane w kręgach runęły na ziemię. Miejsce było opustoszałe, pozbawione świadków, prócz lasu, który będzie musiał to ścierpieć. McGongall się starał, wiedział które drzewo wybrać by cały organizm bez problemu przetrwał tę stratę. Gruchnięcie było głośne i płoszące, a słońce już wisiało nad głową. Rozważał pozostawienie pnia i zebranie wszystkich na raz, gdy uda mu się zebrać komplet, ale w gruncie rzeczy nie chciał zwlekać, skoro Helloise mogłaby przygotować surowiec pod cokolwiek planowała. W skupieniu i po kilkrotnych próbach gruby ciężki pień transmutował w rónie długą, lecz cienką i zdecydowanie lżejszą linę. Zwinął ją rękami nawykłymi do pracy i…
… teleportował się prosto do znajomo pachnącej chaty. Wychynął chwilę potem ze zdobyczą w ręku. Nie był świadom co właściwie mają robić, podejrzewał, że gdy wiedźma uzna to za stosowne to mu powie.
– Możesz rozwinąć ją, gdzie trzeba, ten pniak będzie najdłuższy. – Przekazał Helloise "linę" i zniknął po więcej, zapominając, że miał w tej przerwie coś przegryźć. Po głowie chodziło mu tylko, że słońce jest zbyt wysoko, a doba zbyt krótka by pozwolić sobie na luksus odpoczynku.
Tak zdarzyło się jeszcze kilka razy, nim przyszedł czas, w końcu czas by opaść z butelczyną cydru i przypatrując się efektowi ich dotychczasowej pracy.
– Jeśli nie masz dwóch łopat to mogę transmutować łyżkę – zaproponował.
Robił to od świtu, bynajmniej przecież nie w Kniei Godryka. Wybrał mugolskie lasy, choć tych było tak mało. Miał wprawę w ocenie drzew z wysokości, urodził się w lesie, dzięki temu przetrwał dziesięć lat wyrzeczeń, gdy tylko udało mu się obrosnąć pierzem. To lądował, to znów startował, gdy ostrożnie i skrupulatnie oceniał pieńki.
W końcu wyznaczył ilość, która była jej potrzebna. Było tego sporo i bał się natłokiem nieoczezkiwanej roboty, tym bardziej że rychło zaczną się przygotowania do Samhain i na gwałt i rety wszyscy zaczną zamawiać skrzynki do popiołu, jak uprzedził go Pan Ollivander. Miał szykować półprodukty, heblować cienkie deseczki, które później zostaną zabezpieczone odpowiednim olejem. Ale zniknął z zakładu, gdy tylko dostałwiadomość, obiecując że wróci najszybciej jak się da. Helloise była dlań przecież jak rodzina, w jego ciele płynęła jego energia. Nie mógłby jej odmówić.
Przemieniony w człowieka wyciągnął siekierę i piłę, z wprawą ustalił gdzie i jak należy przyłożyć narzędzia, by lata utkane w kręgach runęły na ziemię. Miejsce było opustoszałe, pozbawione świadków, prócz lasu, który będzie musiał to ścierpieć. McGongall się starał, wiedział które drzewo wybrać by cały organizm bez problemu przetrwał tę stratę. Gruchnięcie było głośne i płoszące, a słońce już wisiało nad głową. Rozważał pozostawienie pnia i zebranie wszystkich na raz, gdy uda mu się zebrać komplet, ale w gruncie rzeczy nie chciał zwlekać, skoro Helloise mogłaby przygotować surowiec pod cokolwiek planowała. W skupieniu i po kilkrotnych próbach gruby ciężki pień transmutował w rónie długą, lecz cienką i zdecydowanie lżejszą linę. Zwinął ją rękami nawykłymi do pracy i…
… teleportował się prosto do znajomo pachnącej chaty. Wychynął chwilę potem ze zdobyczą w ręku. Nie był świadom co właściwie mają robić, podejrzewał, że gdy wiedźma uzna to za stosowne to mu powie.
– Możesz rozwinąć ją, gdzie trzeba, ten pniak będzie najdłuższy. – Przekazał Helloise "linę" i zniknął po więcej, zapominając, że miał w tej przerwie coś przegryźć. Po głowie chodziło mu tylko, że słońce jest zbyt wysoko, a doba zbyt krótka by pozwolić sobie na luksus odpoczynku.
Tak zdarzyło się jeszcze kilka razy, nim przyszedł czas, w końcu czas by opaść z butelczyną cydru i przypatrując się efektowi ich dotychczasowej pracy.
– Jeśli nie masz dwóch łopat to mogę transmutować łyżkę – zaproponował.