11.10.2026, 08:26 ✶
Samuel wolał tak na prawdę sam być wielką futrzastą kanapą podczas snu, bo w żadnej postaci nie spało mu się tak dobrze jak w niedźwiedziej. Przyjął jednak jej zaproszenie jako instrukcję i tak też się stało, że złożył swoje zmęczone ciało na nieco za krótkim meblu, rozmyślając przed snem, że gdy to całe szaleństwo się skończy, to zrobi Helloise większą, rozkładaną sofę, jaką podejrzał w jednym mugolackim domu, nie wdając się w szczegóły skąd obmyślił mechanizm składania i rozkładania legowiska.
Tymczasem przyszedł dzień następny i mężczyzna bynajmniej nie próżnował, z jego ust nie poszło też słowo skargi na temat nieoczekiwanego obowiązku. Pomaganie innym leżało w jego naturze, a pomaganie wiedźmie z kniei było podyktowane podstawową potrzebą porównywalną do oddychania czy jedzenia.
Dlatego jeszcze żując pajdę chleba, zatarł ręce i chwycił łopatę w ręce i ruszył do pracy w przekonaniu, że nikt i nic nie będzie w stanie mu przerwać. W głowie już obmyślił plan dzielący całą figurę na mniejsze części, etapy pracy, szacując ile dnia zajmie mu które ramię.
Ale słowa Helloise wybiły go z rytmu. Już miał jej odpowiedzieć, że nie wnika w jej myśl, w jej kaprys, w jej szaloną ideę rozpięcia opiekuńczych ramion martwych drzew na jej ziemi, gdy padła ta kluczowa obietnica. Zatrzymał się w połowie ruchu, obracając się do kobiety i przylepiając do niej niebieskie przejęte ślepia. Z jego twarzy można było czytać jak z otwartej księgi dla dzieci. Nadzieja, niedowierzanie, szok.
– Dom? – Poczuł jak kręci mu się w głowie, bo nie było nic, czego nie pragnąłby bardziej. W tamtej chwili, w tamtym momencie nie zastanawiał się, że taka przeprowadzka mocno naruszyłaby jego obowiązki wobec warsztatu, czy regularność spotkań z Mabel. Być może za nimi zatęskniłby potwornie, gdy jego stopy dotknęłyby klepiska leśniczówki, gdy stwardniałe opuszki palców dotknęłyby porzuconych szafek i sprzętów. Dom. To brzmiało jak sen, w którym do końca śniący nie wie, czy to marzenie czy koszmar.
Tymczasem przyszedł dzień następny i mężczyzna bynajmniej nie próżnował, z jego ust nie poszło też słowo skargi na temat nieoczekiwanego obowiązku. Pomaganie innym leżało w jego naturze, a pomaganie wiedźmie z kniei było podyktowane podstawową potrzebą porównywalną do oddychania czy jedzenia.
Dlatego jeszcze żując pajdę chleba, zatarł ręce i chwycił łopatę w ręce i ruszył do pracy w przekonaniu, że nikt i nic nie będzie w stanie mu przerwać. W głowie już obmyślił plan dzielący całą figurę na mniejsze części, etapy pracy, szacując ile dnia zajmie mu które ramię.
Ale słowa Helloise wybiły go z rytmu. Już miał jej odpowiedzieć, że nie wnika w jej myśl, w jej kaprys, w jej szaloną ideę rozpięcia opiekuńczych ramion martwych drzew na jej ziemi, gdy padła ta kluczowa obietnica. Zatrzymał się w połowie ruchu, obracając się do kobiety i przylepiając do niej niebieskie przejęte ślepia. Z jego twarzy można było czytać jak z otwartej księgi dla dzieci. Nadzieja, niedowierzanie, szok.
– Dom? – Poczuł jak kręci mu się w głowie, bo nie było nic, czego nie pragnąłby bardziej. W tamtej chwili, w tamtym momencie nie zastanawiał się, że taka przeprowadzka mocno naruszyłaby jego obowiązki wobec warsztatu, czy regularność spotkań z Mabel. Być może za nimi zatęskniłby potwornie, gdy jego stopy dotknęłyby klepiska leśniczówki, gdy stwardniałe opuszki palców dotknęłyby porzuconych szafek i sprzętów. Dom. To brzmiało jak sen, w którym do końca śniący nie wie, czy to marzenie czy koszmar.