12.10.2026, 08:33 ✶
Skinął tylko głową z brwiami ściągniętymi głęboką zadumą, milczący jak zawsze, milczący bardziej niż niektóre drzewa w Kniei.
Dom był celem. Celem również było wytropienie straszliwej bestii, która zabiła przodka Rosę na ich oczach, wysysając z niej życiową energię. Celem było również…
Odetchnął głęboko. Patrzenie w dal wychodziło mu najlepiej, gdy jego ciało było o wiele mniejsze, a skórę pokrywały pióra. Teraz jego celem było kopanie, więc kopał. W przeciwieństwie do Helloise nie potrzebował tylu przerw. Był młody i silny, był nawykły do długiej pracy bez chwili wytchnienia i to kobieta musiała przypominać mu o konieczności jedzenia czy picia. W palcach obracał kasztanową różdżką, gdy z rozmysłem transformował swoją łopatę w narzędzie, którego potrzebował na ten moment bardziej. Widły, haczyka, ale też pług czy dłubak właściwszy pracy z drewnem niż glebą. Raz gdy załapał kształt i głębokość, które odpowiadały rzemieślniczce, nie było przed nim przestrzeni niemożliwej do oczyszczenia. Może nieco więcej czasu zajęło mu okopanie głaziku, który zapodział się pod trawiastą darnią. Siła jego magicznego potencjału współgrała z magicznym. Przeszkoda okazała się chwilowa.
Belka była ciężka, podobnie jak cały wzór, którym zamierzała naznaczyć ziemię. Miał przygotowane pasy wspierające przenoszenie bali, w zapasie pod ręką czekała różdżka, jeśli w ich zmęczonych pracą ciałach nie starczyłoby sił.
– Na Twój znak – powiedział gładko, skupiony na kolejnym zadaniu, kolejnym celu, który nie był hen daleko, a tu, zaraz pod nosem.
Dom był celem. Celem również było wytropienie straszliwej bestii, która zabiła przodka Rosę na ich oczach, wysysając z niej życiową energię. Celem było również…
Odetchnął głęboko. Patrzenie w dal wychodziło mu najlepiej, gdy jego ciało było o wiele mniejsze, a skórę pokrywały pióra. Teraz jego celem było kopanie, więc kopał. W przeciwieństwie do Helloise nie potrzebował tylu przerw. Był młody i silny, był nawykły do długiej pracy bez chwili wytchnienia i to kobieta musiała przypominać mu o konieczności jedzenia czy picia. W palcach obracał kasztanową różdżką, gdy z rozmysłem transformował swoją łopatę w narzędzie, którego potrzebował na ten moment bardziej. Widły, haczyka, ale też pług czy dłubak właściwszy pracy z drewnem niż glebą. Raz gdy załapał kształt i głębokość, które odpowiadały rzemieślniczce, nie było przed nim przestrzeni niemożliwej do oczyszczenia. Może nieco więcej czasu zajęło mu okopanie głaziku, który zapodział się pod trawiastą darnią. Siła jego magicznego potencjału współgrała z magicznym. Przeszkoda okazała się chwilowa.
Belka była ciężka, podobnie jak cały wzór, którym zamierzała naznaczyć ziemię. Miał przygotowane pasy wspierające przenoszenie bali, w zapasie pod ręką czekała różdżka, jeśli w ich zmęczonych pracą ciałach nie starczyłoby sił.
– Na Twój znak – powiedział gładko, skupiony na kolejnym zadaniu, kolejnym celu, który nie był hen daleko, a tu, zaraz pod nosem.