13.10.2026, 01:49 ✶
Diana przyjęła uwagi Mulcibera bez słowa sprzeciwu, choć jego polecenie, by się uspokoiła, wywołało w niej krótkie ukłucie irytacji. Jakby nie próbowała! Jakby od kilkunastu minut nie robiła wszystkiego, co w jej mocy, żeby nie myśleć o płonących ulicach, krzykach i ludziach, których pozostawiła za sobą. Miała ochotę odpowiedzieć, że przecież doskonale zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, ale ugryzła się w język. Nie potrzebowała teraz dyskusji, a już na pewno nie z człowiekiem, którego doświadczenie wielokrotnie przewyższało jej własne. Zamiast tego wyprostowała plecy, odgarnęła z czoła kosmyk włosów i przybrała skupiony, niemal surowy wyraz twarzy. Skoro nie potrafiła zapanować nad tym, co działo się w jej głowie, mogła przynajmniej zapanować nad własnym zachowaniem.
- Tak, panie Mulciber. Przepraszam. Już się biorę w garść - zapewniła, starając się, by jej głos zabrzmiał pewniej, niż wskazywałyby na to drżące dłonie.
Nieznajomy mężczyzna, który postanowił przerwać uzdrowicielowi badanie, początkowo wzbudził w niej odruchowe współczucie. Zerknęła na niego z niepokojem, zastanawiając się, czy rzeczywiście zaraz nie osunie się na posadzkę. Dopiero po chwili dostrzegła pewną przesadę w jego zachowaniu, szczególnie kiedy demonstracyjnie odchrząknął, wyraźnie niezadowolony z otrzymanej odpowiedzi. W innych okolicznościach być może podeszłaby do niego sama, zaproponowała pomoc albo przynajmniej kilka słów otuchy. Teraz jednak na noszach leżał człowiek, którego życie mogło zależeć od każdej kolejnej minuty.
- Rozumiem. Dopilnuję tego - odpowiedziała rzeczowo, skinąwszy głową. Nie była pełnoprawną uzdrowicielką. Jeszcze nie. Wiedziała o tym aż nazbyt dobrze, szczególnie kiedy spoglądała na mężczyznę leżącego na noszach, którego życie mogło zależeć od decyzji podejmowanych w ciągu najbliższych minut. Znała teorię, potrafiła rozpoznać podstawowe objawy, przygotować opatrunek czy asystować przy zabiegu, ale świadomość, że mogłaby przeoczyć coś istotnego, nie dawała jej spokoju.
Ledwie jednak uzdrowiciel odwrócił się na pięcie i zniknął wśród szpitalnego rozgardiaszu, Diana usłyszała za plecami przeciągłe, demonstracyjne chrząknięcie.
- Pani uzdrowicielko! A co ze mną?
Odwróciła głowę i z pewnym niedowierzaniem rozpoznała tego samego mężczyznę, którego Émile przed chwilą odesłał po kubek wody. Najwyraźniej nie zamierzał zastosować się do jego zaleceń, ponieważ zamiast udać się do poczekalni, podszedł prosto do niej, z miną człowieka dotkniętego wyjątkową niesprawiedliwością.
- Proszę pana, uzdrowiciel polecił panu zaczekać - przypomniała, starając się zachować spokój. - W tej chwili muszę zająć się ciężko rannym pacjentem.
- Ale ja też jestem ranny! Proszę spojrzeć, tutaj! - Mężczyzna podwinął rękaw i podsunął jej przedramię pod nos. - Widzi pani? Niech pani dotknie tej skóry, jest gorąca jak diabli! To na pewno oparzenie!
Diana zacisnęła usta. Na odsłoniętej skórze nie dostrzegła niczego niepokojącego, ale mimo wszystko poświęciła chwilę, by obejrzeć wskazywane miejsce. Nie chciała zlekceważyć prawdziwego urazu tylko dlatego, że zachowanie mężczyzny wydawało jej się przesadne. Nie zauważyła jednak ani zaczerwienienia, ani innych widocznych oznak oparzenia.
- Nie widzę żadnych zmian na skórze - oznajmiła ostrożnie. - Czy miał pan kontakt z ogniem albo został trafiony zaklęciem?
Zamiast konkretnej odpowiedzi usłyszała kolejną serię kaszlnięć, tak gwałtownych i demonstracyjnych, że aż uniosła brwi. Mężczyzna zaraz potem zaczął skarżyć się na zawroty głowy, nieznośne pieczenie skóry i bliżej nieokreślone osłabienie, najwyraźniej oczekując, że Diana natychmiast porzuci wszystkie obowiązki.
- Przepraszam, ale muszę teraz zająć się pacjentem, proszę poczekać na wolnego medyka - powiedziała stanowczo, po czym zaczepiła przechodzącą pielęgniarkę i poprosiła ją o pomoc, po czym wspólnie przetransportowały pacjenta do jednej z wolnych sal. Kiedy znalazły się na miejscu, pomogła ostrożnie przełożyć mężczyznę na łóżko, dbając o unieruchomioną kończynę i zabezpieczone wcześniej obrażenia. Następnie przez chwilę obserwowała ruchy klatki piersiowej, licząc oddechy i zwracając uwagę na ich głębokość oraz regularność. Wszystkie spostrzeżenia zapisywała na karcie pacjenta, nie chcąc polegać wyłącznie na własnej pamięci.
- Jest pan już bezpieczny - odezwała się łagodnie, pochylając się nieco nad mężczyzną. - Znajduje się pan w Szpitalu Świętego Munga. Pan uzdrowiciel zaraz wróci i zajmiemy się wszystkimi obrażeniami. Proszę tylko spróbować spokojnie oddychać, dobrze?
Nie wiedziała, czy jej słowa przyniosły mu jakąkolwiek ulgę. Miała jednak nadzieję, że znajomy, ludzki głos pomoże mu choć odrobinę odnaleźć się w tym wszystkim. W tym samym momencie do sali wpadł pacjent-hipochondryk i domagał się natychmiastowej pomocy.
- Tak, panie Mulciber. Przepraszam. Już się biorę w garść - zapewniła, starając się, by jej głos zabrzmiał pewniej, niż wskazywałyby na to drżące dłonie.
Nieznajomy mężczyzna, który postanowił przerwać uzdrowicielowi badanie, początkowo wzbudził w niej odruchowe współczucie. Zerknęła na niego z niepokojem, zastanawiając się, czy rzeczywiście zaraz nie osunie się na posadzkę. Dopiero po chwili dostrzegła pewną przesadę w jego zachowaniu, szczególnie kiedy demonstracyjnie odchrząknął, wyraźnie niezadowolony z otrzymanej odpowiedzi. W innych okolicznościach być może podeszłaby do niego sama, zaproponowała pomoc albo przynajmniej kilka słów otuchy. Teraz jednak na noszach leżał człowiek, którego życie mogło zależeć od każdej kolejnej minuty.
- Rozumiem. Dopilnuję tego - odpowiedziała rzeczowo, skinąwszy głową. Nie była pełnoprawną uzdrowicielką. Jeszcze nie. Wiedziała o tym aż nazbyt dobrze, szczególnie kiedy spoglądała na mężczyznę leżącego na noszach, którego życie mogło zależeć od decyzji podejmowanych w ciągu najbliższych minut. Znała teorię, potrafiła rozpoznać podstawowe objawy, przygotować opatrunek czy asystować przy zabiegu, ale świadomość, że mogłaby przeoczyć coś istotnego, nie dawała jej spokoju.
Ledwie jednak uzdrowiciel odwrócił się na pięcie i zniknął wśród szpitalnego rozgardiaszu, Diana usłyszała za plecami przeciągłe, demonstracyjne chrząknięcie.
- Pani uzdrowicielko! A co ze mną?
Odwróciła głowę i z pewnym niedowierzaniem rozpoznała tego samego mężczyznę, którego Émile przed chwilą odesłał po kubek wody. Najwyraźniej nie zamierzał zastosować się do jego zaleceń, ponieważ zamiast udać się do poczekalni, podszedł prosto do niej, z miną człowieka dotkniętego wyjątkową niesprawiedliwością.
- Proszę pana, uzdrowiciel polecił panu zaczekać - przypomniała, starając się zachować spokój. - W tej chwili muszę zająć się ciężko rannym pacjentem.
- Ale ja też jestem ranny! Proszę spojrzeć, tutaj! - Mężczyzna podwinął rękaw i podsunął jej przedramię pod nos. - Widzi pani? Niech pani dotknie tej skóry, jest gorąca jak diabli! To na pewno oparzenie!
Diana zacisnęła usta. Na odsłoniętej skórze nie dostrzegła niczego niepokojącego, ale mimo wszystko poświęciła chwilę, by obejrzeć wskazywane miejsce. Nie chciała zlekceważyć prawdziwego urazu tylko dlatego, że zachowanie mężczyzny wydawało jej się przesadne. Nie zauważyła jednak ani zaczerwienienia, ani innych widocznych oznak oparzenia.
- Nie widzę żadnych zmian na skórze - oznajmiła ostrożnie. - Czy miał pan kontakt z ogniem albo został trafiony zaklęciem?
Zamiast konkretnej odpowiedzi usłyszała kolejną serię kaszlnięć, tak gwałtownych i demonstracyjnych, że aż uniosła brwi. Mężczyzna zaraz potem zaczął skarżyć się na zawroty głowy, nieznośne pieczenie skóry i bliżej nieokreślone osłabienie, najwyraźniej oczekując, że Diana natychmiast porzuci wszystkie obowiązki.
- Przepraszam, ale muszę teraz zająć się pacjentem, proszę poczekać na wolnego medyka - powiedziała stanowczo, po czym zaczepiła przechodzącą pielęgniarkę i poprosiła ją o pomoc, po czym wspólnie przetransportowały pacjenta do jednej z wolnych sal. Kiedy znalazły się na miejscu, pomogła ostrożnie przełożyć mężczyznę na łóżko, dbając o unieruchomioną kończynę i zabezpieczone wcześniej obrażenia. Następnie przez chwilę obserwowała ruchy klatki piersiowej, licząc oddechy i zwracając uwagę na ich głębokość oraz regularność. Wszystkie spostrzeżenia zapisywała na karcie pacjenta, nie chcąc polegać wyłącznie na własnej pamięci.
- Jest pan już bezpieczny - odezwała się łagodnie, pochylając się nieco nad mężczyzną. - Znajduje się pan w Szpitalu Świętego Munga. Pan uzdrowiciel zaraz wróci i zajmiemy się wszystkimi obrażeniami. Proszę tylko spróbować spokojnie oddychać, dobrze?
Nie wiedziała, czy jej słowa przyniosły mu jakąkolwiek ulgę. Miała jednak nadzieję, że znajomy, ludzki głos pomoże mu choć odrobinę odnaleźć się w tym wszystkim. W tym samym momencie do sali wpadł pacjent-hipochondryk i domagał się natychmiastowej pomocy.