13.10.2026, 13:17 ✶
Przez moment obracała jeszcze w dłoniach jedną z haftowanych poszewek, przesuwając kciukiem po wypukłym wzorze, lecz jej myśli zajmowały już sprawy znacznie poważniejsze od doboru odpowiedniego wyposażenia mieszkania. W słowach Deirdre pobrzmiewała bowiem rezygnacja tak naturalna, jak gdyby perspektywa oddania własnej przyszłości w ręce matki nie wymagała nawet głębszego zastanowienia. Nie zamierzała kwestionować dobrych intencji pani Malfoy. Znała przecież podobne matczyne ambicje i wiedziała, że za pozornie bezdusznym rozważaniem rodowodów często kryła się autentyczna troska o przyszłość córki. Zresztą sama została tak wychowana. Od najmłodszych lat wpajano jej, że przywileje wynikające z noszenia szlachetnego nazwiska nieodłącznie wiążą się z obowiązkami, a wybór przyszłego małżonka bywał zbyt doniosłą kwestią, by pozostawiać go wyłącznie młodzieńczym upodobaniom. Czy zawsze jej się to podobało? Oczywiście, że nie. Nie była jednak na tyle naiwna, aby oczekiwać, że świat podporządkuje się jej osobistym pragnieniom.
- Nie martw się tym zawczasu, Dei. Być może znajdzie ci kogoś, z kim naprawdę dobrze się porozumiesz. Nie wszystkie aranżowane małżeństwa muszą być nieszczęśliwe - powiedziała łagodnie, obdarzając przyjaciółkę pokrzepiającym uśmiechem. - Jesteś młoda, dobrze wychowana, pochodzisz ze znakomitej rodziny i masz przed sobą obiecującą przyszłość w Mungu - wyliczyła z pogodnym przekonaniem. - Nie sądzę, żeby twoja matka miała szczególne trudności ze znalezieniem odpowiedniego kandydata. - Uśmiechnęła się odrobinę szerzej. - A kto wie, może sama na kogoś trafisz.
Tymczasem odstąpiła nieco na bok, pozwalając przyjaciółce uregulować należność. Sama tymczasem przyjrzała się jeszcze kilku wyrobom, zatrzymując wzrok na gobelinie przedstawiającym jesienny sad. Był całkiem przyzwoity, choć wprawne oko natychmiast wychwyciło pewną niedbałość w prowadzeniu złotej nici. Zastanowiła się przelotnie, czy twórca celowo pozostawił nierówności, czy też zabrakło mu cierpliwości do wykończenia szczegółów. W obu przypadkach cena wydawała się nieco wygórowana. Wróciła natomiast do straganu ze słodkościami, żeby kupić trochę owoców ususzonych w popiele. Gdy wróciła do Dei, kontynuowały spacer.
- Na razie nie. I przyznam, że wcale mi się do tego nie spieszy. Mam za dużo pracy - odpowiedziała odnośnie jej perspektyw matrymonialnych. - Rodzice dali mi trochę wytchnienia. Sądzę, że sami uznali, iż byłoby niestosowne tak szybko rozpoczynać kolejne poszukiwania. Chociaż co jakiś czas mama wspomina o Renigaldzie - rzuciła jej przy tym ukradkowe spojrzenie, ciekawa reakcji na swatanie z jej kuzynem. Niemniej teraz, kiedy tragiczna śmierć narzeczonego odsunęła od niej widmo rychłego ślubu, mogła pozwolić sobie na odrobinę swobody. Nie cieszyła się z okoliczności, które jej tę swobodę zapewniły. Wspomnienie mężczyzny, którego życie zakończyło się w tak nieszczęśliwy sposób, nadal budziło w niej szczery żal. Wydawał się przecież człowiekiem dobrym, a przynajmniej na tyle przyzwoitym, by mogła wyobrazić sobie u jego boku spokojną przyszłość. Aktualnie jej rodzina, uszanowawszy okres żałoby, na razie nie podejmowała kolejnych prób rozporządzania jej ręką. Jak długo miało to potrwać? Tego nie wiedziała.
- Och, Dei, nie opowiadaj głupstw - odparła natychmiast, pozwalając, by wysoka czarownica ponownie ujęła ją pod ramię. - Od czego ma się przyjaciół, jeśli nie od tego, żeby czasem ponarzekać na własne nieszczęścia?
Uśmiechnęła się ciepło i lekko ścisnęła jej przedramię. Dalej zatrzymały się przy straganie z płaszczami, jej uwagę przyciągnęła kasztanowa peleryna.
- Całkiem ładna, prawda? - pokazała przyjaciółce, po czym obejrzała okrycie z właściwą sobie skrupulatnością, sprawdzając jakość materiału, staranność szwów oraz sposób, w jaki tkanina układała się w miękkie fałdy. Uznawszy, że będzie stanowiła nader wdzięczne uzupełnienie jej jesiennej garderoby, bez dłuższego namysłu uiściła należność.
/przewaga Bogacz
- Nie martw się tym zawczasu, Dei. Być może znajdzie ci kogoś, z kim naprawdę dobrze się porozumiesz. Nie wszystkie aranżowane małżeństwa muszą być nieszczęśliwe - powiedziała łagodnie, obdarzając przyjaciółkę pokrzepiającym uśmiechem. - Jesteś młoda, dobrze wychowana, pochodzisz ze znakomitej rodziny i masz przed sobą obiecującą przyszłość w Mungu - wyliczyła z pogodnym przekonaniem. - Nie sądzę, żeby twoja matka miała szczególne trudności ze znalezieniem odpowiedniego kandydata. - Uśmiechnęła się odrobinę szerzej. - A kto wie, może sama na kogoś trafisz.
Tymczasem odstąpiła nieco na bok, pozwalając przyjaciółce uregulować należność. Sama tymczasem przyjrzała się jeszcze kilku wyrobom, zatrzymując wzrok na gobelinie przedstawiającym jesienny sad. Był całkiem przyzwoity, choć wprawne oko natychmiast wychwyciło pewną niedbałość w prowadzeniu złotej nici. Zastanowiła się przelotnie, czy twórca celowo pozostawił nierówności, czy też zabrakło mu cierpliwości do wykończenia szczegółów. W obu przypadkach cena wydawała się nieco wygórowana. Wróciła natomiast do straganu ze słodkościami, żeby kupić trochę owoców ususzonych w popiele. Gdy wróciła do Dei, kontynuowały spacer.
- Na razie nie. I przyznam, że wcale mi się do tego nie spieszy. Mam za dużo pracy - odpowiedziała odnośnie jej perspektyw matrymonialnych. - Rodzice dali mi trochę wytchnienia. Sądzę, że sami uznali, iż byłoby niestosowne tak szybko rozpoczynać kolejne poszukiwania. Chociaż co jakiś czas mama wspomina o Renigaldzie - rzuciła jej przy tym ukradkowe spojrzenie, ciekawa reakcji na swatanie z jej kuzynem. Niemniej teraz, kiedy tragiczna śmierć narzeczonego odsunęła od niej widmo rychłego ślubu, mogła pozwolić sobie na odrobinę swobody. Nie cieszyła się z okoliczności, które jej tę swobodę zapewniły. Wspomnienie mężczyzny, którego życie zakończyło się w tak nieszczęśliwy sposób, nadal budziło w niej szczery żal. Wydawał się przecież człowiekiem dobrym, a przynajmniej na tyle przyzwoitym, by mogła wyobrazić sobie u jego boku spokojną przyszłość. Aktualnie jej rodzina, uszanowawszy okres żałoby, na razie nie podejmowała kolejnych prób rozporządzania jej ręką. Jak długo miało to potrwać? Tego nie wiedziała.
- Och, Dei, nie opowiadaj głupstw - odparła natychmiast, pozwalając, by wysoka czarownica ponownie ujęła ją pod ramię. - Od czego ma się przyjaciół, jeśli nie od tego, żeby czasem ponarzekać na własne nieszczęścia?
Uśmiechnęła się ciepło i lekko ścisnęła jej przedramię. Dalej zatrzymały się przy straganie z płaszczami, jej uwagę przyciągnęła kasztanowa peleryna.
- Całkiem ładna, prawda? - pokazała przyjaciółce, po czym obejrzała okrycie z właściwą sobie skrupulatnością, sprawdzając jakość materiału, staranność szwów oraz sposób, w jaki tkanina układała się w miękkie fałdy. Uznawszy, że będzie stanowiła nader wdzięczne uzupełnienie jej jesiennej garderoby, bez dłuższego namysłu uiściła należność.
/przewaga Bogacz
learn the rules
then break some
then break some