• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[08.10.1972] Nie nosił znaku, bo sam był znakiem

[08.10.1972] Nie nosił znaku, bo sam był znakiem
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
21.10.2026, 14:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2026, 14:05 przez Alexander Mulciber.)  
— Robactwo, Helloise. — Alexander chodził w kółko po izbie, mimowolnie odtwarzając ślady, które jeszcze nie tak dawno pokrywały drewniane klepisko. Oto są twoi bogowie, Helloise, powiedział jej wtedy.
Bogowie okazali się pędrakami.
— Las mówi z sobą w ziemi, a robactwo zalęgło się w lesie, zalęgło się w ziemi. Gnieździ się w ciemnych jarach. Wije się groźnie wśród korzeni porastających Knieję drzew… Ziemia rozbrzmiewa pieśnią pogrzebanych w niej larw.

Dawno już zrzucił z siebie szatę wierzchnią. Leżała zwinięta niedbale na podłodze, tuż obok rozległej mapy myśli, która miała im pomóc połączyć wszystkie wątki tajemnicy. Tym razem to Alexander krążył pośród rozpiętych na gwoździach pętach kolorowej włóczki, ćmiąc papierosa w drżących dłoniach. Oto rozciągał się przed nim obraz obsesji ostatnich tygodni.

— Longbottom mówi, że były w tej ziemi zawsze. Ziemia zawsze była nimi skażona. Larwy mówiły ze sobą w ziemi. Wieśniacy z Doliny Godryka mówią, że były wówczas larwami, a teraz dokonują swego przepoczwarzenia. Larwy nie wychodziły z ziemi dostatecznie często, żeby być problemem. A teraz są problemem Vablatsky'ego. Wyszły spod ziemi i zaczęły mówić do ludzi. Mówiły do Morpheusa głosem jego zmarłego brata. Ciekawe, czyim głosem przemówiłyby na mój widok. Ja też mam przecież brata. A ty, masz braci, Helloise? — Wiedział, że ma, a jednak wydawał się mówić tonem dziwnie odległym, jak gdyby nie mógł umiejscowić żadnego imienia. Przez chwilę po prostu milczał, pozwalając żeby dogasający papieros poparzył mu palce. Wtedy dopiero zdołał się ocknąć ze swego stuporu. — Mówili, że jakiś Rowle wysłał ekspedycje w las, żeby badać Widma — wydusił z siebie w końcu.

Coś go męczyło. Nie wiedział, co. Przeczucie. Dziwne przeczucie. Nie mógł pozbyć się go z głowy. Drążyło mu czaszkę, jak na Polanie Ognisk.
Czuł się tak, jak gdyby zapomniał o czymś ważnym.
To był długi dzień.

— Wiedzą jak wabić ludzi. Być może mogą podszywać się pod nich, przybierać obcą tożsamość na drodze mimikry… Czy dopiero po przejęciu ich energii życiowej, czy przez wykorzystanie energii osoby z nimi związanej? Nie wiem. Żywią się energią nie tylko ludzi, ale również przedmiotów z nimi powiązanych. Możliwie też drzew, magicznych drzew. Drzew Greengrassów… — Machnął niecierpliwie ręką, chociaż minę miał poważną: trudno powiedzieć, czy próbował swoimi rozważaniami uspokoić Helloise czy samego siebie. — …Ale skoro były w Kniei od zawsze, nie mogą być pasożytem wyłącznie, prawda? Muszą mieć swoją funkcję, inaczej nie wyżyłyby w ogóle. Wbudowane pozostały w struktury leśnych zależności, stanowiąc integralną część systemu. Być może przesuwa to więc środek ciężkości problemu. Problemem nie są Widma same w sobie, ale to, co sprawiło, że populacja ich wyrwała się spod kontroli naturalnych mechanizmów autoregulacji.
Wcześniej już podzielił się z Helloise swymi przypuszczeniami, jakoby Widma miały być podmiotem Limbo: produktem odległych koniunkcji sfer, które przeniknęły do świata czarodziejów, gdy wzrok wszystkich skupiony był na Zimnych. To, że ich moce uległy amplifikacji właśnie po zamachu na Beltane, było jednak zagadnieniem bardziej złożonym, niż się początkowo spodziewał.
— Drzewo… Drzewo z Polany Ognisk. — Pośrodku wyrysowanej na podłodze mapy myśli postawił wcześniej wazon z kwiatami zdjęty z jednego z parapetów. — Zdaje się, że ono jest rozwiązaniem, a może też i przyczyną wszystkich problemów zarazem.

Po raz pierwszy w głosie Alexandra wybrzmiało coś na kształt fascynacji. Nie potrafił ukryć, że widok anomalii był ekscytującym.

— Leżący do góry nogami dąb otoczony kręgiem kamieni. Wszystko w nim było na opak. Korzenie sięgały ku niebu, wijąc się ku górze. Korona zagłębiała się w dół, drążąc konarami ziemię. Wokół natomiast bujała roślinność, tym bujniejsza, i tym żywsza, im bliżej drzewa mogła się znaleźć. Wszystko w tym było tak nienaturalne. Tak boleśnie żywe, że aż wrzeszczało. Wrzask nowo rodzącego się świata w mojej głowie rozsadzał mi czaszkę. Wszystko było w nim nienaturalne. Krzyk. Śmiech. Dźwięki kroków. Bębny. Dudnienie bębnów. Ziemia zdawała się pulsować. To było… — Nie umiał tego ująć słowami, ale wyglądał tak, jak gdyby rozpaczliwie próbował schwycić jakieś uczucie, które było jednak zbyt ulotnym, aby przetrwać dotyk jego drżących dłoni. Najbliższym byłoby porównać ją do obchodów cygańskich świąt. Do ognisk, do tańców, do muzyki, do tłumów ludzi śpiewających stare pieśni. Alexander posiadał aparat pojęciowy badacza, mógł więc mówić o rytuałach umacniających poczucie tożsamości zbiorowej, o antropologii religii pierwotnych, a nawet o psychologii tłumu, ale nie potrafił tak po prostu przyznać, że było coś poruszającego w doświadczeniu wspólnotowości, nawet z perspektywy kogoś takiego, jak on.
Bo Alexander nie bywał na sabatach. Nie wierzył w żadnych bogów. Wreszcie, Alexander nie lubił ludzi. A jednak mimo oczywistej frustracji, że nie jest w stanie przejrzeć intencji Niewymownych zgromadzonych na Polanie Ognisk, czuł też… Fascynację.
— To było całkowicie nienaturalnym — dokończył niezgrabnie, przykucnąwszy na podłodze, aby poprowadzić nową nić z włóczki w stronę środka. — Być może właśnie z tego powodu jakiś kapłan z kowenu, którego zaprosili na Polanę Ognisk, orzekł, że drzewo należy spalić. Myślę, że wiesz, jakie mam zdanie na temat tejże ekspertyzy.

Być może był w tym wszystkim hipokrytą, bo nienawidził przecież odstępstwa od naturalnego porządku, jakim była nekromancja, z obrzydzeniem patrząc na wszystkie żywe trupy, od ghouli począwszy, a na wampirach skończywszy. Zbyt silnie zakorzenionymi były w nim cygańskie przesądy, wiara w konieczność utrzymania granicy między życiem a śmiercią. Ale przecież drzewo było żywym. Nie ożywionym, lecz żywym.

— Jakimż marnotrawstwem byłoby je zniszczyć — odrzekł, już łagodniej. — Nawet jeżeli podejrzewa się, że Widma mogły przyjść do Kniei zwabione jego mocą, albo obudzić się, ewoluować, po ekspozycji na energię drzewa. Powinnaś posłuchać Shafiqa. "Nikt nie chce z niego rezygnować. Najtęższe umysły w kraju uległy jego mocy!" — Alexander prychnął pod nosem, nie było w tym jednak kpiny. Sam przecież uległ zauroczeniu sprawą, i siedział teraz na podłodze chaty Helloise, dopasowując kolejne elementy układanki, nie umiejąc tak po prostu odpuścić.
— Nigdy nie słyszałem czegoś takiego. Oto pośród analiz i pomiarów, pojawiła się wątpliwość natury nie metodologicznej, lecz etycznej. Czy drzewo czuje? Czy drzewo myśli? — Alexander machnął różdzką, sprawiając, że dotychczas stojący na połodze wazon zaczął lewitować, delikatnie obracając się w powietrzu. — Niewątpliwie przejawia oznaki inteligencji. Radzi sobie z rozwiązywaniem zagadek, konstruuje mechanizmy. Manipuluje środowiskiem, kontrolując wzrost roślinności. Potrafi nawet replikować przedmioty. Uczy się od nas, pytanie tylko, czy my możemy nauczyć się czegoś od niej. Bo niewątpliwie, mamy do czynienia z istotą zdolną do abstrakcyjnego myślenia, rozwiązywania kompleksowych problemów. Z istotą, na swój sposób, świadomą, w sposobie reagowania wskazującą się czymś więcej niż tropizmem jedynie. A przynajmniej tak to rozumiem. Próbowałem… — Nagle wydało mu się to nieco głupie. — Próbowałem odczytać jego intencje. Drzewa, mam na myśli. — Pozwolił wazonowi z kwiatami opaść lekko z powrotem na ziemię. — Być może za bardzo poddałem się podszeptom obsesji, która wydaje się przyciągać do Polany Ognisk. Wszyscy tylko narzekają, że mnożą się pytania, na które brakuje odpowiedzi, że na każdym kroku natrafiają na kolejne niewiadome. Wiem, że czują strach, niemożliwy do opanowania strach, bo widzę to po posiwiałych włosach, zmarszczkach na twarzy, w sposobie, jaki stawiają kroki na ścieżce prowadzącej przez Knieję. A jednak wciąż tam wracają. Jeden z aurorów, Weasley, wytyczył ścieżkę, Helloise: należy iść po leżącej na ziemi czerwonej wstążce, i nie zatrzymywać się. Nie patrzeć na boki, tylko prosto przed siebie. Ale jak można tak po prostu nie patrzeć? — zirytował się nagle Alexander, zapalając kolejnego papierosa. Co z tego, że kierowały aurorami względy bezpieczeństwa. Nie znosił, gdy coś umykało jego oczom, zwłaszcza, gdy ukrywało się to pod chamską iluzją. — Rzucili nawet czary na drzewa, nie pozwalając na zbyt długie skupianie się na otoczeniu. Obwieszono je amuletami, broniąc podróżnych przed tym, co czai się w gęstwinie. A jednak amulety nie zdołałyby nas obronić, gdybyśmy się zatrzymali na ścieżce. Dziwny chłód próbował sięgać nas spomiędzy dębów. Kątem oka zauważyłem między drzewami postaci w długich, ciemnych płaszczach, ale to był tylko ministerialny straszak. Iluzja. Postaci poruszały się zbyt nienaturalnie, żeby nie być iluzją. — Alexander wzruszył lekko ramionami, jak gdyby z tego wszystkiego, była to najbardziej normalna rzecz, jakiej doświadczył tego dnia. Być może tak właśnie było: wyostrzona percepcja pozwalała mu często przejrzeć przez takie podpuchy, a i lata spędzone na poszukiwaniu magicznych artefaktów w bardzo dziwnych miejscach nauczyły go sporo na temat najczęściej stosowanych zaklęć ochronnych. — Straszakiem nie są natomiast Widma, których obecność wciąż napawa badaczy zgrozą. Może dlatego, że nie szukają wcale drogi na Polanę Ognisk, nie próbują dotrzeć do obozu na około, nie, one tylko… One tylko czekają. Na co? — Alexander znowu wzruszył ramionami. — Na to co stanie się w Samhain, zapewne. "Zdarzenie, które może wykraczać poza nasze pojmowanie rzeczywistości", jak to zostało, hm, zgrabnie ujęte. — Wydawał się nieco zniesmaczony przywołanym sformułowaniem, jak gdyby zbyt długo przeżuwał słowa Tuileflaith: wciąż nie potrafił mimo wszystko przełknąć, że są zjawiska, których nie da się wyjaśnić naukowo. Wszystko dało się wyjaśnić. A jeżeli się nie dało, nie znaleziono jeszcze być może języka, żeby to zrobić. — Tuileflaith zamówiła nam już szaty stagnacji, oczekując starcia, wciąż nie zapadły jednak żadne konkretne decyzje. Nie ma wytyczonej drogi ucieczki, bo przecież z Polany Ognisk nie da się teleportować. Nikt nie chce ryzykować żadnego magicznego sposobu, grożącego rozszczepieniem… Ale nikt też nie chce porzucić drzewa. Ani czarodzieje, ani Widma. — Nagle Alexander uśmiechnął się, chociaż nie był to miły uśmiech: było w nim coś drapieżnego, jak zawsze, gdy rozbawiło go coś niewłaściwego, coś, co większość ludzi napełniłoby raczej zgrozą. — Powinniśmy być im wdzięczni, wiesz? Widmom. Jak lepiej odstraszyć ciekawskich od Kniei, niż naturalną bronią biologiczną, gotową wyssać życie z każdego śmiałka, który zagłębi się między drzewa. Być może znaleźliśmy powód, dla którego robaki dokonały przepoczwarzenia. W równym stopniu chcą niszczyć, co chronić drzewo, żeby nikt inny nie byl w stanie z niego zaczerpnąć, gdy dojdzie do destabilizacji energetycznej. Niestety, nie umiemy wciąż zbalansować strat i korzyści płynących z ich obecności. Jeżeli natura tych istot rzeczywiście niewiele różni się od natury dementorów, Ministerstwo mogłoby wysłać je do Azkabanu, i zapewne takie właśnie miało plany… Ale czym jest paskudna, pokaleczona dusza skazańca wobec przepysznej potęgi drzewa z Polany Ognisk?

Alexander wsadził papieros między zęby, po czym skinął na Helloise w niemym żądaniu.
Chodź bliżej.
Bezceremonialnie ujął dłoń, w której trzymała różdżkę, współ z nią pochylając się nad kreślonymi na podłodze symbolami.
Prowadził ją powoli, dokładnie, w cichym skupieniu ucząc Helloise wyrysowywać runę Ægishjalmur, którą podzielił się z nim Morpheus.

— Dawno, dawno temu była sobie bestia — wymruczał pod nosem, nie odrywając wzroku od runy. — Bestia ta miała swe leże głęboko w otchłani rozpościerającej się pod wrzosowiskami Gnitaheiði. A imię bestii było Fafnir. Ten, który patrzy w głąb. Runę Ægishjalmur, zwaną Hełmem Trwogi, nosił na swym czole, wywołując lęk wśród śmiałków, którzy próbowali go zgładzić. W większości mitów Fafnir był gadem. Pozbawionym skrzydeł smokiem, którego cielsko zdegenerowało w ciemnościach podziemnych korytarzy. W niektórych wersjach był wielkim wężem. A w niektórych… — Delikatnie wypuścił z objęć Helloise, żeby wyjąć spomiędzy zębów dogasającego papierosa. — W niektórych był po prostu robakiem. Longbottom mówi, że Ægishjalmur może ochronić przed Widmami. Więc mamy coś jeszcze poza zaklęciem patronusa — skrzywił się lekko na samo wspomnienie — co na nie działa. Wciąż lepsze to niż nic. Chociaż na spotkaniu Vablatsky ściskał w łapach taką samą czarną różę… — Nie odwracając spojrzenia od twarzy Helloise skinął w stronę wazonu, w którym stały róże o nienaturalnej barwie płatków — …jak gdyby był to jaki magiczny amulet. Więc może jest coś, o czym nie wiem, i widok kwietnych wianków sprawi, że Widma zaczną wskakiwać na pale jak chłopy na Beltane.

Alexander zapalił trzeciego papierosa.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (1891)




Wiadomości w tym wątku
[08.10.1972] Nie nosił znaku, bo sam był znakiem - przez Alexander Mulciber - 21.10.2026, 14:04

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa