• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here

[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
21.10.2026, 19:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2026, 20:05 przez Alexander Mulciber.)  
To, co Lorien pozostawiła niewypowiedzianym, zraniło Alexandra bardziej, niż wszystko to, co powiedziała na głos. Tak przynajmniej myślał, gdy przesunęła po jego ustach opuszkami pokaleczonych palców. Tych samych, którymi przed chwilą ujęła dłoń trupa, aby złożyć na niej pocałunek. Zastygł w bezruchu, mimowolnie wstrzymując oddech. Brudny. Nazywała go brudnym, a sama dotknęła go tymi samymi rękoma, którymi dotykała przed chwilą… Alexander wciągnął gwałtownie powietrze do płuc. Czy on nazywał ją brudną? Czy odsuwał się od niej, czy brzydził się jej dotykiem, chociaż dopuściła się marime? Nie, nie zrobił tego! Nie zrobił tego, chociaż niczego nie brzydził się tak, jak brzydził się rytualnego skalania przez mullo. Nie zrobił tego, gdy wyznała mu prawdę na temat amortencji, chociaż w głowie wciąż odtwarzał dzień, kiedy dowiedział się, ze ojciec podaje ją matce. Przez chwilę po prostu stał, nie był bowiem w stanie się poruszyć. Czuł się jednocześnie zbyt słabym, a jednocześnie zbyt silnym, tak jak wtedy, gdy ostatnio stał w tej kaplicy z Donaldem: jak gdyby jednym poruszeniem był w stanie złamać jej kark.
Przeszła mu nagle przez głowę bardzo okrutna myśl, że Lorien zasługiwała, żeby dostać wszystko to, czego chciała.
Zasługiwała na rodzinę Mulciber, na szaleństwo, jakie płynęło w ich żyłach. Gdyby zmieszali swoją krew, otrzymaliby wówczas doskonały destylat spierdolenia: oto byłaby klątwa, przy której złowieszcze modły Seliny Ayers jawiłyby się błogosławieństwem. Zasługiwała na to dziedzictwo, na pochowanie na cmentarzysku portretów w rodzinnej galerii, zasługiwała na dom, w którym miłość była gwałtem. Wreszcie, zasługiwała na Donalda.
"Mam nadzieję, że wybrałaś właściwego brata. Ciesz się nim."
Oto była najokrutniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek jej powiedział. Ale ona była wtedy tak przejęta tym, że bez walki oddał w jej ręce opiekę nad zamkniętym w Lecznicy Dusz bratem, że nigdy nie pojęła głębi jego okrucieństwa. Nawet nie winił jej za to, że podjęła swój żałosny plan trucia nieprzytomnego Donalda amortencją. Dzięki temu wiedział przynajmniej, że Lorien nie była tak do końca ślepą na to, jakim człowiekiem był jego brat. A jednak wciąż żałował tych słów. Żałował ich, gdy wyjeżdżał do Francji, gdzie chlając, próbował zapomnieć, że istnieje. Jeżeli kiedykolwiek gryzło go sumienie, to wtedy. Alexander Mulciber żałował. Żałował nie dlatego, że Lorien wystawała potem nad łóżkiem Donalda, zalewając go uczuciem. Żałował nie dlatego, że całowała jego dłonie, że czytała mu, gdy leżał nieprzytomny.
Żałował, bo co mogło być okrutniejszym niż wydanie pozwolenia na to, żeby Donald ją zniszczył. Nie miało znaczenia, że nie miał już takiej mocy. Nie miało znaczenia, że Donald nie był już tak naprawdę Donaldem. Alexander nigdy nie wybaczył sobie tego, że w swojej wściekłości wobec jej żądań, wobec jej poniżającej służalczości wobec tego jebanego potwora, który dostał dokładnie to, na co sobie zasłużył… Pozwolił jej myśleć, że jego okrucieństwo jest aktem łaski.
Ciesz się nim.
Alexander patrzył na Lorien pustymi oczyma, szukając odpowiednich słów. Nie rozumiał, jak mogła tego nie rozumieć. Bo przecież miała teraz niemal wszystko, czego chciała, a jednak wciąż nie była szczęśliwa. Nie była szczęśliwa z nazwiskiem. Nie była szczęśliwa z domem. Nie była szczęśliwa z portretem.
Nie była już nawet szczęśliwa z nim.

— Uzależnienie to dziwna rzecz — powiedział w końcu, z trudem dobywając z siebie głos. — Nie myślisz, że jesteś uzależniona. Myślisz, że ta jedna, jedyna rzecz na świecie jest w stanie przynieść ci ulgę. Jest w stanie przynieść ci szczęście, myślisz. Nigdy go nie osiągasz. Nie tak do końca. — Próbował ująć jej dłonie, sprawić, żeby zrozumiała. — A jednak wystarczy, żebyś przez chwilę przynajmniej poczuła, że ulga jest tuż na wyciągnięcie ręki. Wychylasz się więc, coraz dalej, i dalej… Ufnie wierząc, że schwyci twoją dłoń, gdy będziesz upadać. W końcu dochodzisz do wniosku, że przestałaś przejmować się swym upadkiem. Zaczynasz wątpić, że kiedykolwiek się nim przejmowałaś, gdy wiesz, że wystarczy ta jedna rzecz, żebyś znowu poczuła ulgę. Co z tego, że niszczysz przy tym siebie? Uczysz się kochać to uczucie, a prawdziwa miłość wymaga przecież poświęceń. Ile siebie jesteś w stanie poświęcić, zanim zdasz sobie sprawę, że wszystko to było oszustwem? Że osiągnięcie upragnionej ulgi wymaga od ciebie coraz więcej ofiar, ale nieważne, ile poświęcisz, nie jesteś w stanie osiągnąć obiecanego szczęścia?
W gruncie rzeczy, wszystko było uzależnieniem. A może to tylko jego przeżarty opioidami mózg nie był w stanie wyjść poza przestrzeń mentalnego toksydromu. Nie mówił jednak o narkorykach. Narkotyk wpuszczany w żyłę przeciwstawiał natychmiast osobie. Miłość była bowiem bardziej uzależniającą od heroiny. Poczucie przynależności dawało lepszy haj. Bliskość stawała się potrzebą, która napędzała samą siebie nieustannym "bliżej".
Co jednak, gdy miłością zaczynało się usprawiedliwiać krzywdę i okrucieństwo? Gdy poczucie przynależności stawało się narzędziem manipulacji i wykluczenia. Gdy bliskość traktowało się jako towar, reglementowany według potrzeb.
Ale być może tym się właśnie różnili. Dla Lorien dom zawsze oznaczał prawo do pozostania, dla Alexandra — możliwość powrotu.
— Chcesz przestać. Nie potrafisz już przestać. A może tak naprawdę wcale nie chcesz przestać, bo wciąż tęsknisz za błogim uczuciem ulgi, którego nie mogłaś znaleźć nigdzie indziej. Są takie dni, gdy tylko jej wspomnienie trzyma cię przy życiu. Kiedyś byłam szczęśliwa. Kiedyś byłam szczęśliwa, myślisz. Ale sama myśl o szczęściu staje się na tyle nieznośną, że potrzebujesz sobie czymś ulżyć. Bo byłaś przecież tak blisko.

Miała rację, nie rozumiał. Alexander nigdy nie był w stanie zrozumieć jej chorobliwego przywiązania do rzeczy materialnych. Jakie znaczenie miał portret, jeżeli kiedyś zapadnie w wieczny sen, tak samo jak inne. Oto złuszczy się farba, zgnije płótno, jakie pokryła. Spróchnieje nawet rama, w której zamknięto obraz. Jakie znaczenie miał dom, który popadał w coraz to większą ruinę. Jakie znaczenie miał grób, gdy spoczywające w nim kości obrócą się w końcu w proch, a napisy na płycie wytrze wiatr? Nie za rok, nie za dwa, nawet nie za sto lat, ale za dwieście, za trzysta, wszystko to przeminie. Ale Lorien nie musiała się martwić o swoje dziedzictwo. Nie gdy mogła przeżyć nie jedno życie, lecz dwa. Nie gdy stawała się ptakiem, który był najbardziej wolnym ze stworzeń. Jakie wspanialsze można było dostać dziedzictwo, niż błękit nieboskłonu? Każde inne zdawało ciężarem, gdy miało się skrzydła, na których można było polecieć gdzie się tylko chciało.

— Spójrz na siebie, Lorien. Przychodzisz do niego jak ćpunka na głodzie, licząc, że odwzajemni uczucie, do którego nigdy nie był zdolny. Pozwalasz babce wmawiać sobie rzeczy, bo spragniona jesteś jej słów jak szprycy w żyle. Mówisz wciąż o tym domu, nawet teraz, gdy należy do ciebie tak samo, jak należy do mnie! Bo my tu wciąż wracamy, Lorien. Po tylu latach my wciąż nie nauczyliśmy się, że to dom zawsze wygrywa. Wciąż i wciąż szukamy ulgi pośród pustych pokoi i śpiących portretów. Jak nazwać obsesję, która każe nam szukać ulgi w tym przeklętym domu, w tej przeklętej rodzinie? Nazwij ją obowiązkiem, nazwij ją powinnością: ja nazywam ją chorobą. Nazywam ją uzależnieniem. A jednak wracam. Wracam tu wraz z tobą, żeby znowu poczuć się choć trochę szczęśliwym. Bo z tobą byłem tu szczęśliwy. Z tobą wciąż jeszcze… — Nie dokończył. Nie umiał. Nie znalazłby słów, które byłyby wystarczającymi.

Zamiast tego po prostu ją przytulił.

Trochę tak jak wtedy, gdy byli dziećmi. Tak jak wtedy, gdy obudziła się wreszcie w skrzydle szpitalnym, po tym, jak prawie utonęła w ptasiej postaci. Była w tym dziwna desperacja, czułość, do której nie był nienawykły. "Spójrz na siebie, Alexandrze. Spójrz na nas." Nie patrzył. Zacisnął mocno powieki i trzymał ją w objęciach.
Przez chwilę miał ochotę jej wygarnąć, że jest ślepą, nie mogąc dłużej znieść dyskusji o prawach i obyczajach. Chcesz wiedzieć, jak to jest, żyć podług prawa i obyczaju Seliny Mulciber, spytałby. Seliny Mulciber, która czasem nawet nie reagowała, gdy nazywało się ją Seliną Mulciber. Selina Ayers przekonana była, że jej łono powinno rodzić proroctwa, nie synów. Kochała tego, który odziedziczył po niej dar widzenia tylko dlatego, że widziała w nim samą siebie. Dar. Nic innego nie miało znaczenia. Dziecko pozbawione niezwykłości było dla niej balastem. Selina od razu dostrzegła, że Lorien jest niezwykłą. Nigdy nie rozumiała bólu, z jakim Adeline patrzyła na swoją jedyną córkę, desperacji, z jaką szukała lekarstwa na jej klątwę. To nie klątwa, to dar, myślała wówczas niezadowolona. Wiele kobiet z jej rodu umiało przemieniać się w ptaki, ona sama za zwierzę totemiczne miała orła, nigdy wcześniej nie widziała jednak maledictusa. Kochała Lorien, owszem, czasem może nawet łatwiej było jej kochać dziewczynkę, niż chłopca, którego powiła. Być może była zazdrosną, że jemu sama przepowiedziała koniec, a koniec Lorien już dawno był przesądzonym przez coś większego niż cygańską prorokinię. O tym Alexander mógł tylko gdybać: nawet gdyby chciał, nie umiałby nazwać skomplikowanych emocji, jakie czuł w stosunku do matki. Wiedział jedynie, że Lorien, nie miała pojęcia o życiu podług praw i obyczajów jego matki, bo te stały w zupełnej opozycji wobec praw i obyczajów jego ojca. Kochała jego ojca i matkę, a oni kochali ją. Może dlatego ojciec nigdy nie naciskał na małżeństwo: Duncan Mulciber po prostu wiedział lepiej. Gdyby Selina znała jej pragnienie, żeby poślubić Donalda, zapewne wybuchnęłaby okrutnym śmiechem. Jak tu bowiem nie śmiać się z ptaka, który śpiewa, że kochałby klatkę. A może byłaby gniewną? Gniewną, że zamiast cieszyć się wolnością, próbuje uwić gniazdo w miejscu, które cygańskiej prorokini złamało skrzydła. A może wreszcie spojrzałaby z czułością na Donalda, pierworodnego syna, którym zawsze gardziła, gdyby ukręcił łeb ślicznej ptaszynie. Niech już zawsze śpiewa pośród korytarzy Mulciber Manor.

Nie było nigdy miłości w tym domu.

A jednak Alexander nie chciał wypuścił Lorien z objęć. Nawet gdy to w końcu zrobił, pozostał blisko. Na tyle blisko, żeby mogła usłyszeć jego szept.

— Ja zawsze wiedziałem, że jestem brudny. A ty wciąż oszukujesz samą siebie, że to, czego chcesz, może być kiedykolwiek czystym — powiedział cicho, delikatnie wyciągając dłonie, aby otrzeć łzy z policzków. — Cały ten dom jest brudny. Cała ta rodzina jest brudna. Ale ty, moja miła Lorien… Ty jesteś czysta jak ta łza. Jak miałbym prosić, żebyś nie cierpiała, kiedy twoje łzy obmywają brudne ciało tego… tego… Kiedy twoje łzy mają moc choć tego jednego uczynić czystym.

Alexander mógł mieć tylko nadzieję, że Lorien przeżyje swój ból. Że przestanie szukać od niego wytchnienia, kiedy zazna ulgi, jaką daje konfrontacja z ostatecznym.

Bo Donald nie żył.

Donald nie żył.

Nie chciał chyba burzyć jej iluzji na temat tego, czym był, a czym nie był jego brat. Byłoby to zbyt okrutnym, bo Alexander za dobrze wiedział, do czego był zdolny Donald. Nagle uświadomił sobie, że cieszy się, że zdechł. Cieszył się, że jego brat zdechł, nawet jeżeli oznaczało to, że jako bratobójcy przyjdzie mu się błąkać po śmierci po świecie jako mara pośród cieni: taki był los wszystkich dusz, które dopuściły się zbrodni niewybaczalnych. Cieszył się, że Diana uciekła. Cieszył się, że jest wolna, tak samo jak Lorien była wolna… Nawet jeżeli jeszcze nie zdawała sobie z tego w pełni sprawy.
Alexander natomiast zdawał sobie sprawę z tego, że po pogrzebie Donalda już nigdy nic nie będzie między nimi takie samo. Przecież wysłuchał wyrzutów Lorien, wysłuchał ich wszystkich bardzo uważnie.
Mógł już tylko dać jej zasłużony spokój i upewnić, że… Że…
Kiedyś, kiedy miał wyjątkowo ciężki okres, przez jakiś czas brał metadon zamiast morfiny i heroiny. Był to nowy rodzaj opioidu, którego substytucja znosiła objawy narkotykowego głodu, a jednocześnie nie dawała charakterystycznych dla nich sensacji. Łatwiej było zachować abstynencję. Wtedy wytrzymał prawie rok w czystości, choć terapia trwała kilka tygodni.
Miał nadzieję, że Lorien łatwiej przyjdzie wyjść ze swojego uzależnienia, zwłaszcza, że Alexander nie wiedział, co może być substytutem domu.

— A jednak powinienem ci podziękować — powiedział nagle, z trudem cedząc kolejne słowa. Nie patrzył jej w oczy. Patrzył na swoje ręce, które coraz bardziej drżały. — Za to, że go mimo wszystko kochałaś. W ten popaprany, chory sposób, w jaki tylko ty kochać potrafisz. Bo jeżeli dzięki tobie mój brat zaznał smaku miłości, jakkolwiek artyficjalnym by nie był, z pewnością byłby to pierwszy raz, gdy ktoś zmusił go do wzajemności. Powinniśmy się chyba pomodlić, aby to wystarczyło. Aby to ocaliło go od potępienia…

Opuścił dłonie.

— …Choć obawiam się, że nie znam żadnych modlitw.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (3701), Lorien Mulciber (2663)




Wiadomości w tym wątku
[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here - przez Lorien Mulciber - 30.06.2026, 12:42
RE: [12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here - przez Alexander Mulciber - 02.10.2026, 09:10
RE: [12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here - przez Lorien Mulciber - 18.10.2026, 18:46
RE: [12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here - przez Alexander Mulciber - 21.10.2026, 19:55

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa