— O, masz moje pełne zainteresowanie — rzucił, bo po prawdzie to nie spodziewał się, że mogłoby to wydarzyć się aż tak szybko. Uśmiechnął się nawet, wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw i co więcej, zamierzał dopilnować by kuzyn swoją obietnicę spełnił. — Mabon, wesele… mały pikuś — wzruszył ramionami. — Rodzinny obiad nie wydaje się najgorszym możliwym sposobem spędzania czasu. A wesele? Już nie mogę się doczekać, żeby się napić bimbru Yaxleya — na jego twarzy pojawił się specyficzny uśmiech, jakby była to jedna z niewielu rzeczy, które faktycznie mogły mu na tym zbiegowisku sprawić przyjemność. Czy miał zamiar narąbać się w trzy dupy, to akurat jeszcze poddawał pod rozwagę.
Dla Atreusa kompot robiło się z owoców i to był koniec całej filozofii. Jakie to były owoce? Po co to wiedzieć. Czy były wcześniej specjalnie przyrządzone? A to też w sumie średnio ważne. Według niego wystarczyło wszystko wsypać do garnka, zalać wodą, może posłodzić i samo się robiło. Na tym cała filozofia się kończyła. Czy natomiast zaprezentowane im owoce były w stanie ukoić sny? Babcia wyglądała, jakby nie kłamała, a on cierpiąc na swoją bezsenność, chętnie był w stanie podjąć ryzyko. W najgorszym wypadku nie zadziała. W najlepszym się wyśpi.
— Transmutujcie sobie te eliksiry w coś. Albo niech ci cukiernik zrobi słodycze nimi nadziane. W końcu można amortencje dodać do czekoladek, albo coś co ci zmienia kolor włosów? Pewnie z takimi leczniczymi można zrobić coś podobnego — rzucił i im więcej słów w tym temacie wypowiadał, tym bardziej rozświetlała się jego twarz, jakby właśnie opracował wiekopomny projekt. — Rozglądałem się jak szliśmy i w sumie nie widziałem więcej ciekawych rzeczy. Ten sam szmelc co zawsze. A może tobie potrzeba czegoś konkretnego oprócz tych owocków?