23.10.2026, 19:33 ✶
Kiedy drzwi chaty puściły go do środka razem z pędem wiatru i garścią zgniłych liści, to pierwsze, co Gareth przy stole zobaczył, to pochylona nad miską nieznajoma blondynka w sukni jego siostry.
— Nie za elegancko?
Gareth był skonfliktowany i nie wiedział jak z tym całym przedsięwzięciem ma się czuć. Po ostatnich wydarzeniach i wyznaniach Helloise, czuł pod obojczykiem zalegający ciężar, taki jaki zazwyczaj towarzyszył mu przy sroższych przewinieniach. Z siostrą nie wiedział co miał począć. Była jak perfidna drzazga, która podstępnie weszła pod miąższ skóry, drzazga blada, ale za głęboko siedząca aby wyjąć, za płytko siedząca żeby się wchłonąć. Pozbyć się jej oznaczało pozbycie się własnego palca, albo całej łapy.
— Obrzydliwe. Ale mnie zachęcasz — mruknął ponuro, zdejmując płaszcz i siadając okrakiem na ławie naprzeciwko. — no ale w sumie to bym coś lekko przekąsił…
Podrapał się po głowie, niby to w głębokim zawahaniu i zwięzłych oględzinach, czy aby nic lepszego na wierzchu nie ma, ale przecież skoro już potrawka przed nim tu czekała, to czemu miałaby się zmarnować?
— Tylko nie rzygaj, bo może przestać działać. Albo skrócić czas działania.
Sam zaczął jeść łapczywie, wybierając łyżką nóżki z sosu, jakby to była zwykła baranina z podrzędnego jarmarku w Caernarfon. Wytarł dokładnie miskę kawałkiem chleba do czysta i dopiero wtedy przysunął sobie fiolkę. — Wypiję przed wyjściem.
Gareth słuchał potem o runach, o Longbottomach, o Brennie, która trzyma swoje sekrety pod spódnicą, i kiwał z wyraźnym zniechęceniem. Przy słowach o śmierciożerczym duchu opiekuńczym przestał kiwać.
Kurwa, szkoda, że nie było z nimi Seisylla.
Wpatrywał się na nią przez stół długo, wodnistymi oczami, szukając w nieznanej twarzy czegokolwiek, co należało jeszcze do jego siostry. Czy ten błysk był jeszcze jej, czy po prostu sobie wmówił?
— Znajomy — powtórzył za nią tylko, ważąc słowo w ustach jak podejrzaną monetę — i jak bardzo mu ufasz?
Odsunął pustą miskę i oparł łokcie na blacie, przekrzywiając głowę ku drzwiom. Podkurwienie już mu się udzielało, więc od razu poczuł, że mu zasycha w gardle. Dobrze, że wziął ze sobą piersiówkę.
— Zaoferował się? O la la — zagwizdał zgrywnie, choć minę miał wyraźnie cierpką. Czy był to ktoś komu miał obetrzeć nos jeszcze przed wyjściem na Polanę?
O wilku była mowa, bo facet zjawił się chwilę później. Ciężko Garemu było zesłać na usta grymas, który nie sugerowałby nienaturalnych wręcz nakładów powściągliwości. Krótko ścięty, ubrany jak bezdomny. Gary na dodatek doskonale znał jego zapach. Znajomy Helloise cuchnął zmokłym psem. Więc to z takimi typami ganiała się po łąkach udając leśną nimfę.
Podrapał się po zaroście, taksując typa od góry do dołu.
— Umiesz się napierdalać?
Więcej go na ten moment nie obchodziło. Miał tylko nadzieję, że jeśli miała co do niego jakiekolwiek wątpliwości, to że nie brałaby go ze sobą do wylęgarni mątw z Ministerstwa.
O widmach słuchał tak, jak słuchał weterynarzy z Norwegii, kiedy opowiadali o pladze pasożytów, której nikt jeszcze nie widział pod szkłem. Zimno, lęk, kradzione lata. Dopiero przy drzewach coś mu się w szczęce napięło, bo Hela wypluła to słowo tak, jak wypluwa się zgniły ząb, i nawet przy tej obcej facjacie było widać, ile ją to kosztowało.
— Tajemnicze drzewo, które ma rozum i duszę… niesłychane — pokręcił głową, odpalając z nerwów szluga — pierdolone Ministerstwo chce to wykorzystać na własny użytek. A ciemnogród kowenu chce to zniszczyć, zanim w ogóle zostanie poznane. Wybitnie. Nic dziwnego, że wszystko zeszło na psy. Kiedyś ludzie mieli mniej, lecz byli bliżej siebie
Splunąłby pogardliwie pod buty, ale z szacunku do domostwa siostry, tylko charknął przestarzałą flegmą. Ministerstwu nie ufał nigdy, więc słuchanie, jak jedna po drugiej sprawdzają się wszystkie jego teorie spiskowe, przyniosło mu coś w rodzaju katharsis. Albo przynajmniej przyjemną zgagę.
— Skoro mają teraz ciało, to jakieś zaklęcia je w ogóle ruszają? Czy tylko te twoje patronusy? — wycedził, ewidentnie mało zadowolony ze strategii na jaką byli skazani — wiadomo czy reagują na żywioły? Topią się? Albo płoną?
Gary teraz zaczął się zastanawiać, czy jeśli przyjęły ciało, to czy podchodziły pod zwierzęcia i stwory? Krwawiły? Zostawiały ślady? W magizoologii siedział od dziecka, więc z nowym gatunkiem stwora dałby sobie radę. Ale wszystko co im opowiadała, zdawało się być teorią. Helloise posiadała informacje z drugiej, trzeciej ręki.
Mapę wziął do ręki i obracał ją w paluchach dłużej niż trzeba, wodząc paznokciem po czerwonej wstędze, po kręgu, po polu bitwy, zapamiętując zarówno nazwy jak i odległości. Amulet zawiesił na szyi bez słowa, chowając go pod koszulę, gdzie drewno od razu nagrzało się od cudzej skóry.
Przy maskach się zatrzymał. Przesunął kciukiem po krawędzi otworów na oczy, sprawdzając, czy nie przetrą mu skroni.
— Podejrzewałem, że prędzej czy później wyląduję w czyjejś armii. Ale…nigdy, przenigdy nie spodziewałbym się, że moim dowódcą będzie moja własna siostra — pokpił, posyłając jej nieokreślone spojrzenie.
Czas było na eliksir. Czapkę z włosem zabrał wczoraj. Wełnianą, sfilcowaną od deszczu, ściągniętą z wieszaka w jednym z londyńskich lokal przy Pokątnej, gdzie płaszcze i nakrycia głów wisiały na jednym stojaku tak gęsto, że jedne przerastały drugie jak huby na pniu. Wziął pierwszą z brzegu, bo leżała najbliżej ręki, a ręka akurat nie miała nic lepszego do roboty. Do kogo należała, nie miał bladego pojęcia. Przy barze siedziało ich wtedy kilku, wszyscy tyłem, wszyscy jednakowo przygarbieni nad kuflami, i każdy mógł być właścicielem.
— Na zdrowie — ogłosił jak na stypie i wypił zawartość duszkiem.
Najpierw szarpnęło go w trzewiach, jakby ktoś przekręcił je od środka o pół obrotu, a gorąca fala wezbrała się w górę, rozlewając się po żebrach. Ramiona wypełniły mu się pod płaszczem, brzuch przedziwnie stwardniał, a szczęka wysunęła się kanciasto do przodu, aż zabolały go zęby. Piegi zeszły mu z policzków niczym strzepnięty popiół, a rude kudły pojaśniały od nasady w miękkie, złote fale.
Złapał się krawędzi stołu, aż przestało go mdlić, i zerknął w miedziany rondel nad paleniskiem. Patrzył z niego piękniś, którego nie podejrzewałby o przesiadywanie w londyńskich spelunach przesiąkniętych wonią bankructwa i desperacji. A może Garemu wcale się wtedy nie poszczęściło, może doskonale wiedział do kogo czapka należy i czyją szczękę chce na siebie przywdziać? Nawet gdyby było to prawdą, to nigdy nikomu by się do tego nie przyznał.
Popatrzył na swoje nowe dłonie. Oparzenia na przedramieniu zniknęły bez śladu. Cudze ciało i to takie, które nigdy nie trzymało smoka za łeb.
— No to od teraz wołajcie na mnie…Pullus.
— Nie za elegancko?
Gareth był skonfliktowany i nie wiedział jak z tym całym przedsięwzięciem ma się czuć. Po ostatnich wydarzeniach i wyznaniach Helloise, czuł pod obojczykiem zalegający ciężar, taki jaki zazwyczaj towarzyszył mu przy sroższych przewinieniach. Z siostrą nie wiedział co miał począć. Była jak perfidna drzazga, która podstępnie weszła pod miąższ skóry, drzazga blada, ale za głęboko siedząca aby wyjąć, za płytko siedząca żeby się wchłonąć. Pozbyć się jej oznaczało pozbycie się własnego palca, albo całej łapy.
— Obrzydliwe. Ale mnie zachęcasz — mruknął ponuro, zdejmując płaszcz i siadając okrakiem na ławie naprzeciwko. — no ale w sumie to bym coś lekko przekąsił…
Podrapał się po głowie, niby to w głębokim zawahaniu i zwięzłych oględzinach, czy aby nic lepszego na wierzchu nie ma, ale przecież skoro już potrawka przed nim tu czekała, to czemu miałaby się zmarnować?
— Tylko nie rzygaj, bo może przestać działać. Albo skrócić czas działania.
Sam zaczął jeść łapczywie, wybierając łyżką nóżki z sosu, jakby to była zwykła baranina z podrzędnego jarmarku w Caernarfon. Wytarł dokładnie miskę kawałkiem chleba do czysta i dopiero wtedy przysunął sobie fiolkę. — Wypiję przed wyjściem.
Gareth słuchał potem o runach, o Longbottomach, o Brennie, która trzyma swoje sekrety pod spódnicą, i kiwał z wyraźnym zniechęceniem. Przy słowach o śmierciożerczym duchu opiekuńczym przestał kiwać.
Kurwa, szkoda, że nie było z nimi Seisylla.
Wpatrywał się na nią przez stół długo, wodnistymi oczami, szukając w nieznanej twarzy czegokolwiek, co należało jeszcze do jego siostry. Czy ten błysk był jeszcze jej, czy po prostu sobie wmówił?
— Znajomy — powtórzył za nią tylko, ważąc słowo w ustach jak podejrzaną monetę — i jak bardzo mu ufasz?
Odsunął pustą miskę i oparł łokcie na blacie, przekrzywiając głowę ku drzwiom. Podkurwienie już mu się udzielało, więc od razu poczuł, że mu zasycha w gardle. Dobrze, że wziął ze sobą piersiówkę.
— Zaoferował się? O la la — zagwizdał zgrywnie, choć minę miał wyraźnie cierpką. Czy był to ktoś komu miał obetrzeć nos jeszcze przed wyjściem na Polanę?
O wilku była mowa, bo facet zjawił się chwilę później. Ciężko Garemu było zesłać na usta grymas, który nie sugerowałby nienaturalnych wręcz nakładów powściągliwości. Krótko ścięty, ubrany jak bezdomny. Gary na dodatek doskonale znał jego zapach. Znajomy Helloise cuchnął zmokłym psem. Więc to z takimi typami ganiała się po łąkach udając leśną nimfę.
Podrapał się po zaroście, taksując typa od góry do dołu.
— Umiesz się napierdalać?
Więcej go na ten moment nie obchodziło. Miał tylko nadzieję, że jeśli miała co do niego jakiekolwiek wątpliwości, to że nie brałaby go ze sobą do wylęgarni mątw z Ministerstwa.
O widmach słuchał tak, jak słuchał weterynarzy z Norwegii, kiedy opowiadali o pladze pasożytów, której nikt jeszcze nie widział pod szkłem. Zimno, lęk, kradzione lata. Dopiero przy drzewach coś mu się w szczęce napięło, bo Hela wypluła to słowo tak, jak wypluwa się zgniły ząb, i nawet przy tej obcej facjacie było widać, ile ją to kosztowało.
— Tajemnicze drzewo, które ma rozum i duszę… niesłychane — pokręcił głową, odpalając z nerwów szluga — pierdolone Ministerstwo chce to wykorzystać na własny użytek. A ciemnogród kowenu chce to zniszczyć, zanim w ogóle zostanie poznane. Wybitnie. Nic dziwnego, że wszystko zeszło na psy. Kiedyś ludzie mieli mniej, lecz byli bliżej siebie
Splunąłby pogardliwie pod buty, ale z szacunku do domostwa siostry, tylko charknął przestarzałą flegmą. Ministerstwu nie ufał nigdy, więc słuchanie, jak jedna po drugiej sprawdzają się wszystkie jego teorie spiskowe, przyniosło mu coś w rodzaju katharsis. Albo przynajmniej przyjemną zgagę.
— Skoro mają teraz ciało, to jakieś zaklęcia je w ogóle ruszają? Czy tylko te twoje patronusy? — wycedził, ewidentnie mało zadowolony ze strategii na jaką byli skazani — wiadomo czy reagują na żywioły? Topią się? Albo płoną?
Gary teraz zaczął się zastanawiać, czy jeśli przyjęły ciało, to czy podchodziły pod zwierzęcia i stwory? Krwawiły? Zostawiały ślady? W magizoologii siedział od dziecka, więc z nowym gatunkiem stwora dałby sobie radę. Ale wszystko co im opowiadała, zdawało się być teorią. Helloise posiadała informacje z drugiej, trzeciej ręki.
Mapę wziął do ręki i obracał ją w paluchach dłużej niż trzeba, wodząc paznokciem po czerwonej wstędze, po kręgu, po polu bitwy, zapamiętując zarówno nazwy jak i odległości. Amulet zawiesił na szyi bez słowa, chowając go pod koszulę, gdzie drewno od razu nagrzało się od cudzej skóry.
Przy maskach się zatrzymał. Przesunął kciukiem po krawędzi otworów na oczy, sprawdzając, czy nie przetrą mu skroni.
— Podejrzewałem, że prędzej czy później wyląduję w czyjejś armii. Ale…nigdy, przenigdy nie spodziewałbym się, że moim dowódcą będzie moja własna siostra — pokpił, posyłając jej nieokreślone spojrzenie.
Czas było na eliksir. Czapkę z włosem zabrał wczoraj. Wełnianą, sfilcowaną od deszczu, ściągniętą z wieszaka w jednym z londyńskich lokal przy Pokątnej, gdzie płaszcze i nakrycia głów wisiały na jednym stojaku tak gęsto, że jedne przerastały drugie jak huby na pniu. Wziął pierwszą z brzegu, bo leżała najbliżej ręki, a ręka akurat nie miała nic lepszego do roboty. Do kogo należała, nie miał bladego pojęcia. Przy barze siedziało ich wtedy kilku, wszyscy tyłem, wszyscy jednakowo przygarbieni nad kuflami, i każdy mógł być właścicielem.
— Na zdrowie — ogłosił jak na stypie i wypił zawartość duszkiem.
Najpierw szarpnęło go w trzewiach, jakby ktoś przekręcił je od środka o pół obrotu, a gorąca fala wezbrała się w górę, rozlewając się po żebrach. Ramiona wypełniły mu się pod płaszczem, brzuch przedziwnie stwardniał, a szczęka wysunęła się kanciasto do przodu, aż zabolały go zęby. Piegi zeszły mu z policzków niczym strzepnięty popiół, a rude kudły pojaśniały od nasady w miękkie, złote fale.
Złapał się krawędzi stołu, aż przestało go mdlić, i zerknął w miedziany rondel nad paleniskiem. Patrzył z niego piękniś, którego nie podejrzewałby o przesiadywanie w londyńskich spelunach przesiąkniętych wonią bankructwa i desperacji. A może Garemu wcale się wtedy nie poszczęściło, może doskonale wiedział do kogo czapka należy i czyją szczękę chce na siebie przywdziać? Nawet gdyby było to prawdą, to nigdy nikomu by się do tego nie przyznał.
Popatrzył na swoje nowe dłonie. Oparzenia na przedramieniu zniknęły bez śladu. Cudze ciało i to takie, które nigdy nie trzymało smoka za łeb.
— No to od teraz wołajcie na mnie…Pullus.
I'm gon' hit your business if it's momentary blissness