Benjy się z nią zgadzał, ponownie. To był naprawdę wyjątkowy dzień, chociaż w sumie czy powinno ją to, aż tak dziwić? Wiedziała, że mieli podobne podejście do wielu spraw. Najwyraźniej w ten sam sposób ustalali priorytety jeśli chodzi o zagrożenie. Doskonale, mogli się czasem ścierać między sobą, jednak przed innymi byli całkiem zgranymi wspólnikami. Wszystko działało tak jak powinno.
- No coś z tym trzeba zrobić, jeśli Sebastian tego chce, co nie? - Wzruszyła jedynie ramionami. Być może nie miała przy sobie siekiery, miała jednak inne ostre narzędzia no i różdżkę, którą potrafiła odcinać głowy trytonom, więc powinna też sobie dać radę z drzewem, to była bardzo prosta logika - przynajmniej dla Greengrass-Yaxley.
- Możemy wziąć, tak. - Kto wie, jeśli nie do walki, to może woda święcona przyda im się, kiedy dopadnie ich pragnienie, nie było sensu zastanawiać się nad tym, co realnie może się przydać, powinni brać tam ze sobą wszystko jak leci.
- Jasne, Seba, rozumiem. - No, widać było, że zależało mu na tym, aby spalić to cholerne drzewo. Tak właściwie to mogli zrealizować chyba wszystko po kolei, najlepiej byłoby jej zdaniem spalić drzewo w limbo, jak widma wejdą tam za nim, tylko obawiała się, że jak sami by tam weszli, to stamtąd nie wyjdą. Ogólnie w ich planie było kilka luk, miała nadzieję, że na bieżąco będą je łatać, na klej, ślinę, czy cokolwiek. To nie był pierwszy raz, kiedy przyjdzie im improwizować i może dzięki temu jakoś mocno się tego nie obawiała. Nie z takich rzeczy przecież wychodziła cało, złego diabli nie wezmą, czy coś. Na pewno jakoś sobie poradzą.
Wolała zapytać Sebastiana o to, jak miewała się jego kondycja, bo skoro miał wejść do lasu… to istniało ryzyko, że będzie musiał szybko stamtąd wiać, zawsze lepiej wiedzieć na czym się stoi… to znaczy na czym się biegnie.
- W tym przypadku chyba warto podziękować za to Bogini, bo ten dar może Ci się bardziej przydać od niecierpiącej duszy. - Dobrze, najwyraźniej nie było źle, Macmillan na pewno nie oszacowałby swoich umiejętności w nieodpowiedni sposób.
- Ja niby mam licencję, ale to też nie jest moja ulubiona umiejętność, nie zostawimy Cię im na pożarcie. - Napastnikom, widmom, wszystkim. Może mieli różne poglądy, jednak Geraldine na pewno nie zamierzała zostawić go samemu sobie, pomogą mu opuścić to miejsce. Będzie miała to na uwadze.
Kiedy Sebastian wspomniał o modlitwie przeniosła spojrzenie na Benjy'ego. Nie była specjalnie wierząca, ale jeśli istniało chociaż ziarno prawdy w tym wszystkim, to czy nie lepiej być przezornym i odprawić z nim te modły? Kto wie. Nie było sensu bez potrzeby pluć na jego wiarę. - Jasne, pomódlmy się więc. - Nie, żeby wierzyła, że od modlitwy będzie zależała jej celność z różdżki, kuszy, czy innych sprzętów, ale skoro na tym mu zależało.
Kolejne słowa kapłana spowodowały, że mrugnęła. Nie do końca wiedziała, co mu odpowiedzieć. To naprawdę niesamowite, że pokładał w nich taką nadzieję, cóż - pozostawało więc tam pójść, wrócić i pokazać, że się nie mylił. Prosta sprawa.