28.10.2026, 02:28 ✶
Zajęła miejsce z niewymuszoną gracją arystokratycznej panienki, której zasady dobrego wychowania wpajano niemal od kołyski. Usiadła prosto, z plecami nieznacznie odsuniętymi od oparcia krzesła, wygładzając przy tym materiał sukni na kolanach. Spojrzała na mężczyznę i skinęła głową. Leviathan był jedną z najbliższych jej sercu osób, dlatego martwiła się o niego znacznie częściej, niż by należało.
- Miałam nadzieję odebrać od niego Vulcora - westchnęła krótko, zanim zreflektowała się, że Gareth może nie znać szczegółów. - Mojego smoczognika. Dostałam go od Xandera w prezencie zaręczonym, zanim… - urwała, nie chcąc przywoływać bolesnych wspomnień. Sam prezent od początku wydawał się dość osobliwy, lecz z biegiem czasu Astoria przywiązała się do niewielkiego podopiecznego znacznie bardziej, niż początkowo przypuszczała.
- Ostatnio trochę podupadł na zdrowiu, więc Leviathan zaproponował, że się nim zajmie - wyjaśniła na końcu, nie chcąc nadawać sprawie większej powagi, niż było to konieczne.
W oczekiwaniu na herbatę rozejrzała się po kuchni. Znała ten dom dostatecznie dobrze, aby nie czuć się w nim gościem, choć właśnie tutaj, pośród wysłużonych sprzętów i ciepła bijącego od paleniska, bywała zdecydowanie rzadziej niż w reprezentacyjnych pomieszczeniach na piętrze. Nie przeszkadzała jej jednak prostota tego wnętrza. Przeciwnie, miało w sobie coś osobliwie przyjemnego.
- Widzę, że niechęć do przyjmowania pomocy jest u Rowle'ów cechą dziedziczną - zauważyła z łagodnym przekąsem, kiedy oznajmił, że nasmarowaniem dłoni maścią zajmie się później. Nie zamierzała przekonywać Garetha, że powinien natychmiast zająć się swoimi dłońmi. Był dorosłym mężczyzną, w dodatku uzdrowicielem, który zapewne niejednokrotnie wracał z rezerwatu w stanie znacznie gorszym niż obecnie. Kącik jej ust drgnął w ledwie dostrzegalnym uśmiechu. - Leviathan również woli mnie przekonywać, że wszystko jest w najlepszym porządku, nawet kiedy okoliczności świadczą o czymś zupełnie przeciwnym.
Nie powiedziała tego z wyrzutem. Niejednokrotnie przekonała się przecież, że próby przemówienia Leviathanowi do rozsądku przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego. Najwyraźniej podobna upartość nie była wyłącznie jego osobistą przypadłością.
- Tak, pan młody jest moim kuzynem ze strony matki - odpowiedziała odnośnie wesela. - Nie zabawiłam jednak zbyt długo ze względu na nadmiar obowiązków.
Nie podjęła jednak kwestii połączenia nazwisk, choć trudno było jej nie pomyśleć o tym osobliwym odstępstwie od tradycji. Nie widziała szczególnego uzasadnienia dla zmieniania zasad, które przez tyle pokoleń spełniały swoje zadanie. Nie uważała jednak za stosowne komentować decyzji kuzyna pod jego nieobecność. Sięgnęła po kubek, lecz nim zdążyła skosztować naparu, Gareth zadał kolejne pytanie, tym razem dotyczące galerii. Na wspomnienie Spalonej Nocy jej oblicze nieco spoważniało.
- Na szczęście nie. Galeria pozostała nietknięta, podobnie jak nasza rodowa posiadłość - odparła, odkładając na moment kubek. Obrazy mimowolnie wracały w jej pamięci, nawet jeśli uparcie je tłumiła. - Za to moje mieszkanie jest już nie do użytku. Sadza osiadła właściwie wszędzie, nie da się jej pozbyć. Szczególnie dotkliwa była dla niej świadomość, że część wartościowych przedmiotów była do wyrzucenia. - Ostatecznie musiałam wrócić do rodziców, przynajmniej na jakiś czas - dodała; dopiero teraz uniosła kubek do ust, kosztując herbaty niewielkim łykiem.
Nie pytała natomiast o stan rezerwatu ani posiadłości. Wiedziała już, że oba miejsca szczęśliwie uniknęły zniszczeń.
- Smoki są odporne na ogień, prawda? Taki pożar nie zrobiłby im krzywdy, nawet jeśli by tu dotarł? Może warto byłoby się zaopatrzyć w jakiś płaszcz ze smoczych łusek - spojrzała na jego dłonie. - Jak to się właściwie stało?
- Miałam nadzieję odebrać od niego Vulcora - westchnęła krótko, zanim zreflektowała się, że Gareth może nie znać szczegółów. - Mojego smoczognika. Dostałam go od Xandera w prezencie zaręczonym, zanim… - urwała, nie chcąc przywoływać bolesnych wspomnień. Sam prezent od początku wydawał się dość osobliwy, lecz z biegiem czasu Astoria przywiązała się do niewielkiego podopiecznego znacznie bardziej, niż początkowo przypuszczała.
- Ostatnio trochę podupadł na zdrowiu, więc Leviathan zaproponował, że się nim zajmie - wyjaśniła na końcu, nie chcąc nadawać sprawie większej powagi, niż było to konieczne.
W oczekiwaniu na herbatę rozejrzała się po kuchni. Znała ten dom dostatecznie dobrze, aby nie czuć się w nim gościem, choć właśnie tutaj, pośród wysłużonych sprzętów i ciepła bijącego od paleniska, bywała zdecydowanie rzadziej niż w reprezentacyjnych pomieszczeniach na piętrze. Nie przeszkadzała jej jednak prostota tego wnętrza. Przeciwnie, miało w sobie coś osobliwie przyjemnego.
- Widzę, że niechęć do przyjmowania pomocy jest u Rowle'ów cechą dziedziczną - zauważyła z łagodnym przekąsem, kiedy oznajmił, że nasmarowaniem dłoni maścią zajmie się później. Nie zamierzała przekonywać Garetha, że powinien natychmiast zająć się swoimi dłońmi. Był dorosłym mężczyzną, w dodatku uzdrowicielem, który zapewne niejednokrotnie wracał z rezerwatu w stanie znacznie gorszym niż obecnie. Kącik jej ust drgnął w ledwie dostrzegalnym uśmiechu. - Leviathan również woli mnie przekonywać, że wszystko jest w najlepszym porządku, nawet kiedy okoliczności świadczą o czymś zupełnie przeciwnym.
Nie powiedziała tego z wyrzutem. Niejednokrotnie przekonała się przecież, że próby przemówienia Leviathanowi do rozsądku przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego. Najwyraźniej podobna upartość nie była wyłącznie jego osobistą przypadłością.
- Tak, pan młody jest moim kuzynem ze strony matki - odpowiedziała odnośnie wesela. - Nie zabawiłam jednak zbyt długo ze względu na nadmiar obowiązków.
Nie podjęła jednak kwestii połączenia nazwisk, choć trudno było jej nie pomyśleć o tym osobliwym odstępstwie od tradycji. Nie widziała szczególnego uzasadnienia dla zmieniania zasad, które przez tyle pokoleń spełniały swoje zadanie. Nie uważała jednak za stosowne komentować decyzji kuzyna pod jego nieobecność. Sięgnęła po kubek, lecz nim zdążyła skosztować naparu, Gareth zadał kolejne pytanie, tym razem dotyczące galerii. Na wspomnienie Spalonej Nocy jej oblicze nieco spoważniało.
- Na szczęście nie. Galeria pozostała nietknięta, podobnie jak nasza rodowa posiadłość - odparła, odkładając na moment kubek. Obrazy mimowolnie wracały w jej pamięci, nawet jeśli uparcie je tłumiła. - Za to moje mieszkanie jest już nie do użytku. Sadza osiadła właściwie wszędzie, nie da się jej pozbyć. Szczególnie dotkliwa była dla niej świadomość, że część wartościowych przedmiotów była do wyrzucenia. - Ostatecznie musiałam wrócić do rodziców, przynajmniej na jakiś czas - dodała; dopiero teraz uniosła kubek do ust, kosztując herbaty niewielkim łykiem.
Nie pytała natomiast o stan rezerwatu ani posiadłości. Wiedziała już, że oba miejsca szczęśliwie uniknęły zniszczeń.
- Smoki są odporne na ogień, prawda? Taki pożar nie zrobiłby im krzywdy, nawet jeśli by tu dotarł? Może warto byłoby się zaopatrzyć w jakiś płaszcz ze smoczych łusek - spojrzała na jego dłonie. - Jak to się właściwie stało?
learn the rules
then break some
then break some