28.10.2026, 15:55 ✶
Istniała wersja tego klubu, która przyozdabiała stoły i ściany powłóczystą tkaniną, a z lamp przy suficie zwisały czerwone i niebieskie wstążki. Gigantyczny UNION JACK zwisał ze sceny, nad zespołem, a stoły zastawione były pieczenią, której skąpili żołnierzom podczas wojny. Nie mieściła się do menażek; nie było też żon, które by tę pieczeń piekły na froncie. Zazwyczaj tak wyglądały sny weteranów, którzy po wojnie powrócili do dostępnych im zajęć, i których po pracy Zenek widywał.
Zastanawiał się, zatem, czy w ich snach tamtej nocy miała znaleźć się wywijająca dzwonami laska z brzęczącymi nadgarstkami. Nie mieli takich na bankietach. Czy Tonya zlewała im się w kolorową, śpiewającą plamę?
Nie dowiedział się, bo wszystko diabli strzelił. W ciemności posypały się srebrne sztućce na podłogę, ale srebrne tylko z koloru, i rozbrzęczały się w tej pustce. Poleciały przekleństwa. Ktoś pokurwił, bo się oblał zupą. No chaos. Jęki dusz z Tartaru. I nawet się Zenek nie dowiedział, czy pijak samotny, niekochany, wyrzucony za próg i zmuszony podjąć się hazardu mógł w życiu jeszcze zaznać szczęścia, poza hazardem.
Ledwo można to było znieść. Jedynie urządzonko najbliższe jego sercu działało bez zarzutu, co uświadomił sobie wtedy, gdy palce jeszcze same chodziły i wygrywały pojedyncze dobitne nuty. W harmidrze padających sztućców to się gubiło, ale przecież prąd im padł. A z zabawki szły kable… to przestał.
Jeszcze stukot platform po platformie. Tonya nosiła takie, dwa kloce na piętach, w których było jej wygodnie. W jakiś sposób to dopełniało jej wizerunku, i unosiło pośladki.
— Kurde, nie wiem, Tonya. Ja coś umiem. — odpowiedział, acz niezbyt głośno czy pewnie, bo nie wiedział, czy na komunikaty wypowiadane półszeptem należy odpowiadać. — Trzymam, trzymam — naprawdę trzymał. Ale Tonya już sobie poszła.
Zenon wstał, a po sali rozprowadzać zaczęli płomyki światła. Świeczki w okrągłych miedzianych trzymadełkach lądowały na stolikach między talerzami zupy. Płomienie okiełznane tańczyły bywalcom przed oczami, a Zenek zaszedł za Tonyą do baru. W całkowitej ciemności poruszać się było jeszcze łatwiej niż z tymi świetlikami, jak się człowiek tylko skupiał na drganiach powietrza.
— Tak, yyy, macie bezpieczniki? — władował się łokciami obok Tonyi, chociaż musiał nimi opaść odrobinę niżej. Każdy mugolak wiedział, że problemy z prądem zaczynało się rozwiązywać od sprawdzenia bezpieczników.
Sekwencja niewidzialnych w ciemności ruchów doprowadziła go na tyły budynku. Wymacał zimną klamkę i znalazł się na dworze. Do środka wleciało chłodne powietrze. To, co zostało z Księżyca, oświetlało podwórze całkiem dobrze. Trzeba było robotników uwolnić z tego więzienia.
Chłodny metal dzielił Zenona od bezpieczników. Obejrzał dokładnie metalową skrzynkę, z zewnątrz i od środka, no i… nic. Bezpieczniki gitne. Posprawdzał jeszcze wszystkie przełączniki, raz w jedną, raz w drugą, ino nadal ciemno jak w dupie. Na ostatnim zatrzymał palec o sekundę dłużej, pstryknął… i nadal nic. Za drzwiami w klubie nadal pojękiwały dusze.
— Tonya, chodź tutaj — krzyknął do środka, bo co to za ekipa, która się rozdzielała. Żeby mu ktoś tylko sprzętu nie… Otaczające go budynki także pozostawały pogrążone w ciemności. I już się Zenkowi plan rysował w główce, że wysmykną się tyłem, wsiądą na skuter i odjadą na stację. A sprzęt, a wypłata? No więc właśnie.
Zastanawiał się, zatem, czy w ich snach tamtej nocy miała znaleźć się wywijająca dzwonami laska z brzęczącymi nadgarstkami. Nie mieli takich na bankietach. Czy Tonya zlewała im się w kolorową, śpiewającą plamę?
Nie dowiedział się, bo wszystko diabli strzelił. W ciemności posypały się srebrne sztućce na podłogę, ale srebrne tylko z koloru, i rozbrzęczały się w tej pustce. Poleciały przekleństwa. Ktoś pokurwił, bo się oblał zupą. No chaos. Jęki dusz z Tartaru. I nawet się Zenek nie dowiedział, czy pijak samotny, niekochany, wyrzucony za próg i zmuszony podjąć się hazardu mógł w życiu jeszcze zaznać szczęścia, poza hazardem.
Ledwo można to było znieść. Jedynie urządzonko najbliższe jego sercu działało bez zarzutu, co uświadomił sobie wtedy, gdy palce jeszcze same chodziły i wygrywały pojedyncze dobitne nuty. W harmidrze padających sztućców to się gubiło, ale przecież prąd im padł. A z zabawki szły kable… to przestał.
Jeszcze stukot platform po platformie. Tonya nosiła takie, dwa kloce na piętach, w których było jej wygodnie. W jakiś sposób to dopełniało jej wizerunku, i unosiło pośladki.
— Kurde, nie wiem, Tonya. Ja coś umiem. — odpowiedział, acz niezbyt głośno czy pewnie, bo nie wiedział, czy na komunikaty wypowiadane półszeptem należy odpowiadać. — Trzymam, trzymam — naprawdę trzymał. Ale Tonya już sobie poszła.
Zenon wstał, a po sali rozprowadzać zaczęli płomyki światła. Świeczki w okrągłych miedzianych trzymadełkach lądowały na stolikach między talerzami zupy. Płomienie okiełznane tańczyły bywalcom przed oczami, a Zenek zaszedł za Tonyą do baru. W całkowitej ciemności poruszać się było jeszcze łatwiej niż z tymi świetlikami, jak się człowiek tylko skupiał na drganiach powietrza.
— Tak, yyy, macie bezpieczniki? — władował się łokciami obok Tonyi, chociaż musiał nimi opaść odrobinę niżej. Każdy mugolak wiedział, że problemy z prądem zaczynało się rozwiązywać od sprawdzenia bezpieczników.
Sekwencja niewidzialnych w ciemności ruchów doprowadziła go na tyły budynku. Wymacał zimną klamkę i znalazł się na dworze. Do środka wleciało chłodne powietrze. To, co zostało z Księżyca, oświetlało podwórze całkiem dobrze. Trzeba było robotników uwolnić z tego więzienia.
Chłodny metal dzielił Zenona od bezpieczników. Obejrzał dokładnie metalową skrzynkę, z zewnątrz i od środka, no i… nic. Bezpieczniki gitne. Posprawdzał jeszcze wszystkie przełączniki, raz w jedną, raz w drugą, ino nadal ciemno jak w dupie. Na ostatnim zatrzymał palec o sekundę dłużej, pstryknął… i nadal nic. Za drzwiami w klubie nadal pojękiwały dusze.
— Tonya, chodź tutaj — krzyknął do środka, bo co to za ekipa, która się rozdzielała. Żeby mu ktoś tylko sprzętu nie… Otaczające go budynki także pozostawały pogrążone w ciemności. I już się Zenkowi plan rysował w główce, że wysmykną się tyłem, wsiądą na skuter i odjadą na stację. A sprzęt, a wypłata? No więc właśnie.
Sen jest bratem śmierci.