28.10.2026, 16:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2026, 16:54 przez Gabriel Montbel.)
Jego człowieczeństwo, zdawało się być mało wartym wspomnieniem, choć teraz za sprawą tego obrazu widział zbyt wiele. Obrazy przemykały przed wyschniętymi spojówkami, bo mruganie u wampirów musiało być nieco bardziej świadomie wymuszone.
Jakie były jego marzenia wtedy? Jakie pragnienia aspiracje? Po pierwsze nie szkodzić. Dążyć w miejsca, w których nikt inny nie był. Odkrywać… leczyć.
Nie musiał oddychać, mógł tylko trwać, stać się żywą rzeźbą, tak okrutnie i bezpośrednio pasującą do okoliczności wystawy.
– Dawno martwa osoba – odpowiedział gardłowo, z mocno francuskim akcentem, dziubiąc każde słowo, każdą głoskę, każdą igłę wbitą pod paznokcie, w nieskończonym dyskomforcie. Ciężko, bardzo ciężko było wydobyć mu uśmiech i czar, jakby samo patrzenie na tę rodzajową scenkę wymuszało na nim spojrzenie w przeszłość i rozliczenie się z nią.
– Nie sądzi pani, że wpuszczanie malarzy na teren placówki edukacyjnej powinno być surowo zabronione? Zdaje się, że teraz tylko uczniowie i nauczyciele mogą malować latorośl pozyskującą wiedzę w murach szkół, ale kiedyś były inne czasy. Inna wrażliwość. – inna krew. Smaczniejsza krew. Ile lat miał wtedy? Ile lat, gdy w wyniku klątwy umarł by narodzić się na nowo dla nocy? Jakim okruchem to było, wobec całej wydmy czasu spędzonego później na badaniach, eksploracji, szkodzeniu innym dla postępu. Dla własnej zabawy.
Zamrugał w końcu, nawilżając lekko zaczerwienione oczy i odwrócił się do kobiety. W tym świetle jego skóra pewnie nie była tak blada. W tym świetle mógł nie wyglądać aż tak marmurowo. W pomieszczeniu i tak było chłodno. Czy od jego ciała bił trupi chłód? Nie znał jej, choć jej rysy wydawały się znajome. Może kiedyś spotkał jej przodka?
– Pochodzę z tamtych stron, więc jest to niewykluczone – wpadł w końcu przyjaźniejszy ton, wciąż jednak nie porzucał aury zagranicznego gościa, akcentem ust francuską manierą złożonych jak do pocałunku. Lub zdmuchnięcia świeczki. Lub obu. – Czy podajecie w galerii być może wino? Z chęcią bym się napił. – Zdecydowanie przepłukałby gardło cierpką czerwienią o bogatym bukiecie. Aby przypomnieć sobie, jak bardzo nie jest już tym krnąbrnym i głupim dzieciakiem, marzącym o byciu najlepszym uzdrowicielem swoich czasów.
Jakie były jego marzenia wtedy? Jakie pragnienia aspiracje? Po pierwsze nie szkodzić. Dążyć w miejsca, w których nikt inny nie był. Odkrywać… leczyć.
Nie musiał oddychać, mógł tylko trwać, stać się żywą rzeźbą, tak okrutnie i bezpośrednio pasującą do okoliczności wystawy.
– Dawno martwa osoba – odpowiedział gardłowo, z mocno francuskim akcentem, dziubiąc każde słowo, każdą głoskę, każdą igłę wbitą pod paznokcie, w nieskończonym dyskomforcie. Ciężko, bardzo ciężko było wydobyć mu uśmiech i czar, jakby samo patrzenie na tę rodzajową scenkę wymuszało na nim spojrzenie w przeszłość i rozliczenie się z nią.
– Nie sądzi pani, że wpuszczanie malarzy na teren placówki edukacyjnej powinno być surowo zabronione? Zdaje się, że teraz tylko uczniowie i nauczyciele mogą malować latorośl pozyskującą wiedzę w murach szkół, ale kiedyś były inne czasy. Inna wrażliwość. – inna krew. Smaczniejsza krew. Ile lat miał wtedy? Ile lat, gdy w wyniku klątwy umarł by narodzić się na nowo dla nocy? Jakim okruchem to było, wobec całej wydmy czasu spędzonego później na badaniach, eksploracji, szkodzeniu innym dla postępu. Dla własnej zabawy.
Zamrugał w końcu, nawilżając lekko zaczerwienione oczy i odwrócił się do kobiety. W tym świetle jego skóra pewnie nie była tak blada. W tym świetle mógł nie wyglądać aż tak marmurowo. W pomieszczeniu i tak było chłodno. Czy od jego ciała bił trupi chłód? Nie znał jej, choć jej rysy wydawały się znajome. Może kiedyś spotkał jej przodka?
– Pochodzę z tamtych stron, więc jest to niewykluczone – wpadł w końcu przyjaźniejszy ton, wciąż jednak nie porzucał aury zagranicznego gościa, akcentem ust francuską manierą złożonych jak do pocałunku. Lub zdmuchnięcia świeczki. Lub obu. – Czy podajecie w galerii być może wino? Z chęcią bym się napił. – Zdecydowanie przepłukałby gardło cierpką czerwienią o bogatym bukiecie. Aby przypomnieć sobie, jak bardzo nie jest już tym krnąbrnym i głupim dzieciakiem, marzącym o byciu najlepszym uzdrowicielem swoich czasów.