30.10.2026, 16:08 ✶
Im dłużej człowiek wpatrywał się w oczy świni, tym bardziej to było nieprzyjemne. Jej wzrok wydawał się aż nazbyt rozumny, kiedy Zenek poszukiwał w nim… zrozumienia? Ucieczki od brutalnych realiów świata ożywionego? Skwierczący bekon posiadał uszka, skręcony ogonek i raciczki. A także ileś par sutków, co z tego, że nazywał go już w myślach swoim bratem… Bratem, z mięsem ważącym tyle, by człowieka przygnieść. I wykarmić.
Zenon stał na czele swojej różowej armii. W błocie i brudzie wszyscy byli jednością. Frędzle jego skórzanej kamizelki zlepiły się i zaschły razem. Farmer tymczasem nachylił się nad wężem… Nic sobie nie robiąc z cienia Hannibala. Wziął węża do ręki, podłączył do kurka, siup, jakby to robił codziennie. Zenek stał, Hannibal protestował. Farmer odkręcił kurek… Kranik zatrząsł się pod napięciem. A wąż pęczniał pod naporem wody. I wtedy
CHLUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUP
Zenon stał przed świniami. Kamizelka przywarła mu do pleców. Dżinsy do łydek. Chlupało w butach. Powłóczył przez błoto, w którym już dawno zatonęło boa. Wycie świń już dawno za nim. Gdy przekraczał próg rozchylonych drzwi, uderzyło go zimno, chociaż w oborze było równie chłodno. Był Listopad, parę dni po Samhain. Zenonem drgało na wietrze.
Hannibala też zmoczyło. Ociekał na drogę przed nim. Za nimi tylko pole, pole i kolejne łyse pole, nie było już nic do zbierania, plony się skończyły. Wokół tylko mgła. Gdzieś w tle majaczył płot ze ścieżką wydeptaną przez ludzi. Zenon dołączył do kolegi, z takim zaciśniętym uśmiechem. Często stosował ten chwyt na nauczycielkach. Spróbował wsunąć dłonie w kieszenie spodni, ale mokre kieszenie przywierały niewzruszenie do skóry. A potem już kierował się do płotku.
— Ciekawe w sumie, że temu facetowi to się już przydarzyło więcej niż raz. — z braku laku podjął temat. Grzywka mu przywarła do czoła. Nie miał tu skutera, to jak wrócą do domu?
- Nie było lepszego ratunku na kaca niż mięso smażone na głębokim tłuszczu.
- A do tego ziemniaczki w panierce z cebulką.
Zenon stał na czele swojej różowej armii. W błocie i brudzie wszyscy byli jednością. Frędzle jego skórzanej kamizelki zlepiły się i zaschły razem. Farmer tymczasem nachylił się nad wężem… Nic sobie nie robiąc z cienia Hannibala. Wziął węża do ręki, podłączył do kurka, siup, jakby to robił codziennie. Zenek stał, Hannibal protestował. Farmer odkręcił kurek… Kranik zatrząsł się pod napięciem. A wąż pęczniał pod naporem wody. I wtedy
CHLUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUP
Zenon stał przed świniami. Kamizelka przywarła mu do pleców. Dżinsy do łydek. Chlupało w butach. Powłóczył przez błoto, w którym już dawno zatonęło boa. Wycie świń już dawno za nim. Gdy przekraczał próg rozchylonych drzwi, uderzyło go zimno, chociaż w oborze było równie chłodno. Był Listopad, parę dni po Samhain. Zenonem drgało na wietrze.
Hannibala też zmoczyło. Ociekał na drogę przed nim. Za nimi tylko pole, pole i kolejne łyse pole, nie było już nic do zbierania, plony się skończyły. Wokół tylko mgła. Gdzieś w tle majaczył płot ze ścieżką wydeptaną przez ludzi. Zenon dołączył do kolegi, z takim zaciśniętym uśmiechem. Często stosował ten chwyt na nauczycielkach. Spróbował wsunąć dłonie w kieszenie spodni, ale mokre kieszenie przywierały niewzruszenie do skóry. A potem już kierował się do płotku.
— Ciekawe w sumie, że temu facetowi to się już przydarzyło więcej niż raz. — z braku laku podjął temat. Grzywka mu przywarła do czoła. Nie miał tu skutera, to jak wrócą do domu?
Sen jest bratem śmierci.