29.10.2026, 18:24 ✶
Przyjęła wycofanie się nieznajomej z niemal niewysłowioną ulgą. Nie chodziło nawet o niechęć do fizycznego kontaktu, choć w innych okolicznościach z pewnością nie życzyłaby sobie, by obca osoba bezceremonialnie chwytała ją za ramiona. Teraz jednak każdy, nawet najdrobniejszy ruch zdawał się wymagać od niej wysiłku, na który nie miała już siły. Pozostawiona samej sobie, mogła przynajmniej pochylić się w sposób, który przynosił jej chwilową ulgę, i spróbować odnaleźć własny, choćby najbardziej niedoskonały rytm oddychania.
Słuchała słów kobiety z pewnym roztargnieniem, starając się wyłowić ich sens spośród szumu w uszach i nieustannego trzasku płomieni dobiegającego z sąsiednich ulic. Biblioteka Maeve. Pokiwała z trudem głową, choć wcale nie zamierzała tam iść. Musiała się jakoś dostać do domu. Usilnie próbowała zignorować gorzką ironię, że jako osoba dotychczas otoczona wszelkimi wygodami, posiadająca dostęp do miejsc, o których przeciętny czarodziej mógł jedynie pomarzyć, nie miała obecnie dostępu ani do galerii ani do swojego mieszkania.
- Dziękuję - wydusiła ochrypłym głosem, unosząc nieznacznie głowę. Chciała jeszcze zapewnić kobietę, że doskonale poradzi sobie sama, ale ledwie zaczerpnęła powietrza, gardło ponownie odmówiło jej posłuszeństwa. Gwałtowny kaszel zmusił ją do pochylenia się niemal wpół.
Dopiero po dłuższej chwili zdołała ponownie unieść twarz. W oczach wciąż miała łzy, które zamazywały kontury otaczających ją budynków, a tym bardziej rysy pochylającej się nieopodal czarownicy. Dostrzegła jedynie, że uwaga nieznajomej coraz wyraźniej kierowała się ku dalszej części uliczki. Nie zamierzała jej zatrzymywać. Przeciwnie, wolałaby, żeby kobieta jak najszybciej zajęła się własnymi obowiązkami i pozostawiła ją w spokoju. Nie potrzebowała kolejnych pytań ani troskliwych zapewnień, zwłaszcza że każde z nich wymagałoby odpowiedzi, na którą zwyczajnie brakowało jej tchu. Na pytanie o pomoc pokręciła więc przecząco głową.
- Nie… nie, dziękuję - wychrypiała z wysiłkiem. Uniosła przy tym wolną dłoń i wykonała nią słaby, lecz wymowny gest, jak gdyby chciała odprawić nieznajomą i zapewnić ją, że nie ma potrzeby dłużej się przy niej zatrzymywać. Nie było w tym zniecierpliwienia ani lekceważenia, a jedynie charakterystyczna dla Astorii niechęć do przyznawania się do własnej bezradności. Poza tym miała przecież świadomość, że zamaskowany czarodziej mógł wciąż znajdować się gdzieś w pobliżu, nie opuszczała jej ani na chwilę. Nie wiedziała, czy zdołał już umknąć pościgowi, ale nie zamierzała dostarczać aurorce żadnych dodatkowych informacji. To, co zostało powiedziane, musiało wystarczyć. Spróbowała przesunąć kolano i oprzeć dłoń o pobliski mur, przygotowując się do podniesienia. Chciała za wszelką cenę udowodnić, że sobie poradzi. Gdy tylko skończyła kaszleć, zasłoniła sobie z powrotem usta, okrywając je szczelnie szmatką, by ograniczyć wdychanie popiołu.
Słuchała słów kobiety z pewnym roztargnieniem, starając się wyłowić ich sens spośród szumu w uszach i nieustannego trzasku płomieni dobiegającego z sąsiednich ulic. Biblioteka Maeve. Pokiwała z trudem głową, choć wcale nie zamierzała tam iść. Musiała się jakoś dostać do domu. Usilnie próbowała zignorować gorzką ironię, że jako osoba dotychczas otoczona wszelkimi wygodami, posiadająca dostęp do miejsc, o których przeciętny czarodziej mógł jedynie pomarzyć, nie miała obecnie dostępu ani do galerii ani do swojego mieszkania.
- Dziękuję - wydusiła ochrypłym głosem, unosząc nieznacznie głowę. Chciała jeszcze zapewnić kobietę, że doskonale poradzi sobie sama, ale ledwie zaczerpnęła powietrza, gardło ponownie odmówiło jej posłuszeństwa. Gwałtowny kaszel zmusił ją do pochylenia się niemal wpół.
Dopiero po dłuższej chwili zdołała ponownie unieść twarz. W oczach wciąż miała łzy, które zamazywały kontury otaczających ją budynków, a tym bardziej rysy pochylającej się nieopodal czarownicy. Dostrzegła jedynie, że uwaga nieznajomej coraz wyraźniej kierowała się ku dalszej części uliczki. Nie zamierzała jej zatrzymywać. Przeciwnie, wolałaby, żeby kobieta jak najszybciej zajęła się własnymi obowiązkami i pozostawiła ją w spokoju. Nie potrzebowała kolejnych pytań ani troskliwych zapewnień, zwłaszcza że każde z nich wymagałoby odpowiedzi, na którą zwyczajnie brakowało jej tchu. Na pytanie o pomoc pokręciła więc przecząco głową.
- Nie… nie, dziękuję - wychrypiała z wysiłkiem. Uniosła przy tym wolną dłoń i wykonała nią słaby, lecz wymowny gest, jak gdyby chciała odprawić nieznajomą i zapewnić ją, że nie ma potrzeby dłużej się przy niej zatrzymywać. Nie było w tym zniecierpliwienia ani lekceważenia, a jedynie charakterystyczna dla Astorii niechęć do przyznawania się do własnej bezradności. Poza tym miała przecież świadomość, że zamaskowany czarodziej mógł wciąż znajdować się gdzieś w pobliżu, nie opuszczała jej ani na chwilę. Nie wiedziała, czy zdołał już umknąć pościgowi, ale nie zamierzała dostarczać aurorce żadnych dodatkowych informacji. To, co zostało powiedziane, musiało wystarczyć. Spróbowała przesunąć kolano i oprzeć dłoń o pobliski mur, przygotowując się do podniesienia. Chciała za wszelką cenę udowodnić, że sobie poradzi. Gdy tylko skończyła kaszleć, zasłoniła sobie z powrotem usta, okrywając je szczelnie szmatką, by ograniczyć wdychanie popiołu.
learn the rules
then break some
then break some