31.10.2026, 21:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2026, 21:59 przez Samuel McGonagall.)
Zaiste było to dzieło, Samuelowi trudno było odmówić mu rozmachu i nawet artefakt uwalniający roje wróżek nie był aż tak epicki.
Inna rzecz go jednak martwiła, gdy już nieco ostygł, a Helloise wzleciała ku górze, by krytycznym okiem przyjrzeć się ich pracy. Nigdy nie uważał się za biegłego, ale był świadom, że mimo wszystko do amuletów, różdżek czy totemów drzewnych lepiej było sięgnąć po drewno o określonych magicznych właściwościach. Te bele były owszem wypchane magią życia, czuł to pod skórą jak rezonowały z jego klątwą, dla większości magów pozostawałyby jednak… nader zwyczajne, nawet teraz, ułożone w dziwaczny kształt, który najwidoczniej dla Helloise znaczył bardzo wiele. Swędziało go to jednak w czaszkę, nie chciał, by myślała, że podważa jej decyzje, nie nawykł jednak takich pytań gnieść w sobie, zbyt wiele razy ganiła go za to, czy w ich bezpośrednim "sąsiedzkim" kontakcie, czy wtedy gdy zwierzał jej się z konfrontacji, które przegrywał z kretesem, głównie dlatego że nie wiedział co powiedzieć, więc nie mówił wcale.
– Co teraz? – zapytał więc, gdy jej święte stopy znów dotknęły ziemi – Bo to… bo to chyba nie wystarczy prawda? Jak chcesz nasycić znak? Myślisz, że jakoś… że ja bym mógł to zrobić? – Nie umiał pieczętować zaklęć, dopiero uczył się podstaw, ale była to sztuka trudna, wymagająca o wiele za dużo teorii nad praktyką i instynktem rzemieśłniczym, które dotąd zdołał posiąść. A jednak… kombinował i głowił się nad potencjałem nad klątwą błogosławieństwiem, dwoma stronami tej samej monety, dwiema stronami daru Kniei, bo mimo wszystko tak wolał myśleć o swojej przypadłości. Nie rozum, a instynkt. Czy mógłby cokolwiek tchnąć w martwe drewno, które jeszcze nosiło w sobie zapachem i wilgocią znamiona dawnego życia, złożonego na ołtarzu bezpieczeństwa Helloise?
Inna rzecz go jednak martwiła, gdy już nieco ostygł, a Helloise wzleciała ku górze, by krytycznym okiem przyjrzeć się ich pracy. Nigdy nie uważał się za biegłego, ale był świadom, że mimo wszystko do amuletów, różdżek czy totemów drzewnych lepiej było sięgnąć po drewno o określonych magicznych właściwościach. Te bele były owszem wypchane magią życia, czuł to pod skórą jak rezonowały z jego klątwą, dla większości magów pozostawałyby jednak… nader zwyczajne, nawet teraz, ułożone w dziwaczny kształt, który najwidoczniej dla Helloise znaczył bardzo wiele. Swędziało go to jednak w czaszkę, nie chciał, by myślała, że podważa jej decyzje, nie nawykł jednak takich pytań gnieść w sobie, zbyt wiele razy ganiła go za to, czy w ich bezpośrednim "sąsiedzkim" kontakcie, czy wtedy gdy zwierzał jej się z konfrontacji, które przegrywał z kretesem, głównie dlatego że nie wiedział co powiedzieć, więc nie mówił wcale.
– Co teraz? – zapytał więc, gdy jej święte stopy znów dotknęły ziemi – Bo to… bo to chyba nie wystarczy prawda? Jak chcesz nasycić znak? Myślisz, że jakoś… że ja bym mógł to zrobić? – Nie umiał pieczętować zaklęć, dopiero uczył się podstaw, ale była to sztuka trudna, wymagająca o wiele za dużo teorii nad praktyką i instynktem rzemieśłniczym, które dotąd zdołał posiąść. A jednak… kombinował i głowił się nad potencjałem nad klątwą błogosławieństwiem, dwoma stronami tej samej monety, dwiema stronami daru Kniei, bo mimo wszystko tak wolał myśleć o swojej przypadłości. Nie rozum, a instynkt. Czy mógłby cokolwiek tchnąć w martwe drewno, które jeszcze nosiło w sobie zapachem i wilgocią znamiona dawnego życia, złożonego na ołtarzu bezpieczeństwa Helloise?