02.11.2026, 16:05 ✶
— …ja ci mówię, jeśli jest jedna, w okolicy kilkudziesięciu mil będzie gdzieś i druga… fakt faktem, polują samotnie na dużym terenie, ale wystarczy, że poczekam na ruję i wtedy zwabię obie na raz. Myślę, że bez sensu byłoby czekać aż ich cały rytuał umizgowy się skończy, bo w warunkach zamkniętych dużo prościej mi będzie zapanować nad rozpłodem. Tu serio nie ma żadnej większej filozofii, to nie żadne wyrafinowane magiczne stwory, które rozmnażają się raz na kilka sezonów i to tylko wyłącznie w pełnię księżyca.
Żeby siostra nie miała absolutnie żadnych wątpliwości, jak wygląda kocie wabienie, Gareth przysiadł na piętach przy nodze stołu, zwinął dłoń w trąbkę i wydobył z trzewi przeciągłe, gardłowe zawodzenie — coś pomiędzy marcowym kocurem a marudną krową, której ktoś nadepnął na wymię. Skrzatka na ten widok zamarła jak zaklęta w słup soli, z księgą uniesioną nad głową. Widać, że koty i skrzaty nie były ze sobą w ogóle spokrewnione.
— Ja to Lazarusowi wszystko rozrysuję i nie będzie problemu żeby wygryźć kawałek ziemi na ich wybieg. I ja teraz myślę, że w zależności od popytu możemy zacząć od sprzedaży biletowej do zoo – oczywiście nazwiemy je sanktuarium. A potem zaczniemy pełną hodowlę marketingowo skupioną na docelowej grupie mugolaków.
Gareth ze szlamami w bezpośredni kontakt nie lubił wchodzić, ale jeśli chodziło o wyzysk pieniężny, to jego granice miały konsystencję ciasta na placuszki.
— Zareklamujemy je jako umagicznione zwierzęta bojowe, które mogą szczególnie przydać się w „niezwykle trudnych i niepewnych dla wielu grup czarodziejów czasach” — uśmiechnął się perfidnie, miętosząc w łapach książkę „Kotowate – czy to tylko dzikie kotki?”
— No dobra — rozprostował się, gdy już zdążył się nagadać. Przetarł twarz dłonią, zgarniając z niej resztki kociego zapału, i z miną skazańca omiótł spojrzeniem stos ksiąg, nad którym ktoś najwyraźniej siedział już wielu godzin. — to co my właściwie robimy? Co muszę wiedzieć? Matka nie była wylewna
Kotowate wylądowały na blacie z płaskim klapnięciem, rozpychając grzbietem opasłe tomiszcza i trącając niedbale talerzyk z resztką placuszków. Jeden z nich zdezerterował przy tym prosto do jego ust.
Krzesło, przyciągnięte za oparcie, zazgrzytało po kamiennej posadzce z jękiem, od którego wszystkim musiały zwinąć się uszy. Gareth rozwalił się na nim jak na ławie w karczmie i nachylił nad pożółkłym dziennikiem. Przekrzywiając łeb jak kos nad grządką, zdmuchiwał kącikiem ust rude kosmyki lezące mu na nos i ani na moment nie odrywał oczu od stronic.
Autorka pisała pochyłym, ściśniętym pismem, oszczędzając papier jakby na każdą paproć przypadał jej przydział atramentu. Mchy, porosty, wrzosiec, coś o liniach magicznych zbiegających się pod korzeniami, schludne tabelki z datami. Gareth przebiegał po nich wzrokiem z zainteresowaniem, jakim darzył przemowy wujów przy mabonowym stole, przeżuwając placuszek i wodząc palcem po marginesie, aż palec zwolnił sam, trafiwszy na nagłówek z Ffestiniog. Niespokojna magia, ciężka aura, koszmary, wrażenie bycia obserwowaną — prychnął przez nos, rozsiewając okruchy. W Walii każdy, kto rozbija namiot po zmroku i popija parszywą nalewką z bukwi, przebudza się z przekonaniem, że prastare moce go nawiedziły i przy okazji wyrobiły mu podejrzanie dużą dziurę w gaciach.
— Wiedźmy i nawiedzone chałupy — mruknął, zezując ku siostrze spod rudej grzywy. — ciekawe, czy którąś znamy… — Stuknął w lepką plamę własnego autorstwa — Hela, czy ja tu jestem od myślenia, czy od robienia? Muszę wiedzieć jak mocno mam teraz kombinować.
// Wiedza przyrodnicza: ◉◉◉◉○— czy wie/zna/słyszał o którymś z tych 3 miejsc albo czy jest w stanie coś wydedukować z opisów?
Żeby siostra nie miała absolutnie żadnych wątpliwości, jak wygląda kocie wabienie, Gareth przysiadł na piętach przy nodze stołu, zwinął dłoń w trąbkę i wydobył z trzewi przeciągłe, gardłowe zawodzenie — coś pomiędzy marcowym kocurem a marudną krową, której ktoś nadepnął na wymię. Skrzatka na ten widok zamarła jak zaklęta w słup soli, z księgą uniesioną nad głową. Widać, że koty i skrzaty nie były ze sobą w ogóle spokrewnione.
— Ja to Lazarusowi wszystko rozrysuję i nie będzie problemu żeby wygryźć kawałek ziemi na ich wybieg. I ja teraz myślę, że w zależności od popytu możemy zacząć od sprzedaży biletowej do zoo – oczywiście nazwiemy je sanktuarium. A potem zaczniemy pełną hodowlę marketingowo skupioną na docelowej grupie mugolaków.
Gareth ze szlamami w bezpośredni kontakt nie lubił wchodzić, ale jeśli chodziło o wyzysk pieniężny, to jego granice miały konsystencję ciasta na placuszki.
— Zareklamujemy je jako umagicznione zwierzęta bojowe, które mogą szczególnie przydać się w „niezwykle trudnych i niepewnych dla wielu grup czarodziejów czasach” — uśmiechnął się perfidnie, miętosząc w łapach książkę „Kotowate – czy to tylko dzikie kotki?”
— No dobra — rozprostował się, gdy już zdążył się nagadać. Przetarł twarz dłonią, zgarniając z niej resztki kociego zapału, i z miną skazańca omiótł spojrzeniem stos ksiąg, nad którym ktoś najwyraźniej siedział już wielu godzin. — to co my właściwie robimy? Co muszę wiedzieć? Matka nie była wylewna
Kotowate wylądowały na blacie z płaskim klapnięciem, rozpychając grzbietem opasłe tomiszcza i trącając niedbale talerzyk z resztką placuszków. Jeden z nich zdezerterował przy tym prosto do jego ust.
Krzesło, przyciągnięte za oparcie, zazgrzytało po kamiennej posadzce z jękiem, od którego wszystkim musiały zwinąć się uszy. Gareth rozwalił się na nim jak na ławie w karczmie i nachylił nad pożółkłym dziennikiem. Przekrzywiając łeb jak kos nad grządką, zdmuchiwał kącikiem ust rude kosmyki lezące mu na nos i ani na moment nie odrywał oczu od stronic.
Autorka pisała pochyłym, ściśniętym pismem, oszczędzając papier jakby na każdą paproć przypadał jej przydział atramentu. Mchy, porosty, wrzosiec, coś o liniach magicznych zbiegających się pod korzeniami, schludne tabelki z datami. Gareth przebiegał po nich wzrokiem z zainteresowaniem, jakim darzył przemowy wujów przy mabonowym stole, przeżuwając placuszek i wodząc palcem po marginesie, aż palec zwolnił sam, trafiwszy na nagłówek z Ffestiniog. Niespokojna magia, ciężka aura, koszmary, wrażenie bycia obserwowaną — prychnął przez nos, rozsiewając okruchy. W Walii każdy, kto rozbija namiot po zmroku i popija parszywą nalewką z bukwi, przebudza się z przekonaniem, że prastare moce go nawiedziły i przy okazji wyrobiły mu podejrzanie dużą dziurę w gaciach.
— Wiedźmy i nawiedzone chałupy — mruknął, zezując ku siostrze spod rudej grzywy. — ciekawe, czy którąś znamy… — Stuknął w lepką plamę własnego autorstwa — Hela, czy ja tu jestem od myślenia, czy od robienia? Muszę wiedzieć jak mocno mam teraz kombinować.
Rzut PO 1d100 - 42
Sukces!
Sukces!
// Wiedza przyrodnicza: ◉◉◉◉○— czy wie/zna/słyszał o którymś z tych 3 miejsc albo czy jest w stanie coś wydedukować z opisów?
I'm gon' hit your business if it's momentary blissness