02.11.2026, 21:06 ✶
Jakoś wcześniej nie wybrał się na te stragany. Umknęło to jego uwadze. Popołudnia przesypiał. Przedpołudnia też. Właściwie to był już gotowy do hibernacji, najlepiej pod ziemią, ale rozrywki doczesne dopominały się Zenka na każdym kroku. Dziewczynę trzeba było zabrać, no to zabierał. Brakowało jeszcze sesji na polu dyniowym, chociaż nie był pewien, czy takie pola jeszcze się ostały. A poza tym musiał odebrać aparat fotograficzny od Malouela. No to gdzie indziej lepiej testować nową rolkę, jak nie w polu pomarańczy?
Gdzie się nie rozglądał na tym Nokturnie, tam zgliszcza i szarość. Dopiero jak wyszedł na Ulicę Pokątną, to zobaczył trochę życia. Straganiarze starali się, jak mogli. A niby wiadomo, że co roku to samo. Jakieśtam dzieła sztuki rękodzielniczej. Mydełka, wazony, czy co tam innego czarodzieje robią. Eliksiry jeszcze. No i plony. Towary migały mu w peryferiach wzroku, a stopy stąpały po kamienistej posadzce. Stoiska zarysowywały się najpierw jako kontury. Dopiero po chwili przybierały kształt straganów. Wykonanych z drewna. Niedobrze.
Zelena miała za towarzystwo szorstki zamsz jego kurtki, którym omotał się do dzierganego sweterka. Nauczony doświadczeniem, na głowie miał czapkę. Resztą fizyczności zakotwiczał się z trudem. W scenie na pewno był obecny, szedł i rozglądał się na wszystkie strony, kręcąc uszami co najmniej raz na minutę. Ale ci aktorzy to się nagle wydali jacyś sztucznie doklejeni. Szczęśliwie obok miał jasną chmurę włosów, na której mógł się zaczepić, gdy go ta wszędobylskość drewna uderzała zanadto.
— No, nikt nie zatrudnił kapeli w tym roku. — głuchota w powietrzu pozostawała niezaprzeczalnym faktem. Rozmowy rozbijały się o wiatr. Chyba kiedyś było wokół więcej infrastruktury, budynków albo drzew, i dźwięk odbijał się lepiej. Albo przynajmniej inaczej. Teraz się nie miał o co odbić i ginął w głuszy.
Głuszę przebijały kroki aurora. Trzewiki spod ręki szewca, to nie to samo co policyjne glany, ale stąpały równie ciężko. Krok za krokiem, płaszcz zaszeleścił naprzeciw Zenka i Zeleny. Zenek spuszczał wtedy wzrok.
Jak tak szli obok siebie, to chwycił i wsunął jej rękę pod własne ramię. Teraz go będzie lepiej grzało pod pachą.
— Noooo. — zwalniał kroku, gdy zbliżali się do stoiska. — Jednej nocy.
Zatrzymał wzrok na kartce. Przygryzł język, gdy ją czytał. Starsza pani ze świeczkami unikała bezpośrednich spojrzeń. Trzymała się chusty zarzuconej na ramiona. Ręce miała stare i powleczone żyłami, wyskakującymi ponad kontury zmarszczonej skóry. Palce rękodzielniczki krępowane artretyzmem. Zenek nie chciał nic mówić, ale im dłużej przy niej stał, tym bardziej świdrował mu w nosie zapach dymu. Przestał oddychać.
Znowu zaciągnął się powietrzem, gdy Zelena krzyknęła. Przynajmniej w jego głowie to urosło do krzyku. Staruszka też podskoczyła, chociaż ledwo słyszała.
— No dobrze, to zobaczę, ile mam. — mówił pół do siebie, pół do Zeleny. Sięgnął do kieszeni spodni, w której zawsze trzymał luzem parę galeonów. Na świeczkę powinno starczyć. A gdy w kieszeni odnalazł tylko kasztana, to na moment rozstał się z ręką Zeleny. Rozsunął kurtkę i sięgnął za pazuchę. On to lubił, jako mężczyzna stylowy, galeony trzymać… w skórzanym portfelu z suwakiem. Sean Connery by się nie powstydził.
Sakiewka Zeleny była biedna.
— Pewnie, że kupimy — uśmiechnął się również łagodnie, bo lubił, jak Zelena się uśmiecha. — Tylko może ty będziesz rozmawiać, a ja będę płacił.
Na takich festynach zawsze był jakiś kucharz, który robił gulasz. Rozlewał go potem do styropianowych miseczek z plastikową łyżeczką. Aromatyczny gulasz grzał dłonie. Do kubków rozlewali dodatkowo ciepłe picie. Herbatę, piwo czy grzaniec. Rodzice to jedli, a dzieci sobie gdzieśtam latały, w liście wskakiwały. Uprzednio wymógłszy na rodzicach watę cukrową czy jadalne kasztany. Przyjemne były te rozrywki rodzin z dziećmi. Chociaż tutaj jeszcze nie dotarli do straganu z żarciem.
Gdzieś z daleka dostrzegał inną staruszkę. Ta to nawet straganu nie miała, tylko rozłożyła jakieś ziemniaki na chuście na ziemi. Z innej strony rozkładali się kupcy z szatami.
— To co, te świeczki byś chciała? — patrzył na Zelenę, żeby mu nie odbiegła.
!Trauma Ognia
Gdzie się nie rozglądał na tym Nokturnie, tam zgliszcza i szarość. Dopiero jak wyszedł na Ulicę Pokątną, to zobaczył trochę życia. Straganiarze starali się, jak mogli. A niby wiadomo, że co roku to samo. Jakieśtam dzieła sztuki rękodzielniczej. Mydełka, wazony, czy co tam innego czarodzieje robią. Eliksiry jeszcze. No i plony. Towary migały mu w peryferiach wzroku, a stopy stąpały po kamienistej posadzce. Stoiska zarysowywały się najpierw jako kontury. Dopiero po chwili przybierały kształt straganów. Wykonanych z drewna. Niedobrze.
Zelena miała za towarzystwo szorstki zamsz jego kurtki, którym omotał się do dzierganego sweterka. Nauczony doświadczeniem, na głowie miał czapkę. Resztą fizyczności zakotwiczał się z trudem. W scenie na pewno był obecny, szedł i rozglądał się na wszystkie strony, kręcąc uszami co najmniej raz na minutę. Ale ci aktorzy to się nagle wydali jacyś sztucznie doklejeni. Szczęśliwie obok miał jasną chmurę włosów, na której mógł się zaczepić, gdy go ta wszędobylskość drewna uderzała zanadto.
— No, nikt nie zatrudnił kapeli w tym roku. — głuchota w powietrzu pozostawała niezaprzeczalnym faktem. Rozmowy rozbijały się o wiatr. Chyba kiedyś było wokół więcej infrastruktury, budynków albo drzew, i dźwięk odbijał się lepiej. Albo przynajmniej inaczej. Teraz się nie miał o co odbić i ginął w głuszy.
Głuszę przebijały kroki aurora. Trzewiki spod ręki szewca, to nie to samo co policyjne glany, ale stąpały równie ciężko. Krok za krokiem, płaszcz zaszeleścił naprzeciw Zenka i Zeleny. Zenek spuszczał wtedy wzrok.
Jak tak szli obok siebie, to chwycił i wsunął jej rękę pod własne ramię. Teraz go będzie lepiej grzało pod pachą.
— Noooo. — zwalniał kroku, gdy zbliżali się do stoiska. — Jednej nocy.
Zatrzymał wzrok na kartce. Przygryzł język, gdy ją czytał. Starsza pani ze świeczkami unikała bezpośrednich spojrzeń. Trzymała się chusty zarzuconej na ramiona. Ręce miała stare i powleczone żyłami, wyskakującymi ponad kontury zmarszczonej skóry. Palce rękodzielniczki krępowane artretyzmem. Zenek nie chciał nic mówić, ale im dłużej przy niej stał, tym bardziej świdrował mu w nosie zapach dymu. Przestał oddychać.
Znowu zaciągnął się powietrzem, gdy Zelena krzyknęła. Przynajmniej w jego głowie to urosło do krzyku. Staruszka też podskoczyła, chociaż ledwo słyszała.
— No dobrze, to zobaczę, ile mam. — mówił pół do siebie, pół do Zeleny. Sięgnął do kieszeni spodni, w której zawsze trzymał luzem parę galeonów. Na świeczkę powinno starczyć. A gdy w kieszeni odnalazł tylko kasztana, to na moment rozstał się z ręką Zeleny. Rozsunął kurtkę i sięgnął za pazuchę. On to lubił, jako mężczyzna stylowy, galeony trzymać… w skórzanym portfelu z suwakiem. Sean Connery by się nie powstydził.
Sakiewka Zeleny była biedna.
— Pewnie, że kupimy — uśmiechnął się również łagodnie, bo lubił, jak Zelena się uśmiecha. — Tylko może ty będziesz rozmawiać, a ja będę płacił.
Na takich festynach zawsze był jakiś kucharz, który robił gulasz. Rozlewał go potem do styropianowych miseczek z plastikową łyżeczką. Aromatyczny gulasz grzał dłonie. Do kubków rozlewali dodatkowo ciepłe picie. Herbatę, piwo czy grzaniec. Rodzice to jedli, a dzieci sobie gdzieśtam latały, w liście wskakiwały. Uprzednio wymógłszy na rodzicach watę cukrową czy jadalne kasztany. Przyjemne były te rozrywki rodzin z dziećmi. Chociaż tutaj jeszcze nie dotarli do straganu z żarciem.
Gdzieś z daleka dostrzegał inną staruszkę. Ta to nawet straganu nie miała, tylko rozłożyła jakieś ziemniaki na chuście na ziemi. Z innej strony rozkładali się kupcy z szatami.
— To co, te świeczki byś chciała? — patrzył na Zelenę, żeby mu nie odbiegła.
!Trauma Ognia
Sen jest bratem śmierci.