— No ale syczy to chyba językiem? — zapytał, mrużąc podejrzliwie oczy bo trochę podejrzanie mu to brzmiało. Chociaż, cóż, tu pojawiał się kolejny problem, a mianowicie fakt, że Atreus nie miał pojęcia co do tego, jak gęsi robiły… cokolwiek. Wiedział, że były wściekłe i to mu do pewnego stopnia wystarczyło. Na tyle, by posiadać wiedzę aby się do nich nie zbliżać zanadto. Teraz czuł się całym tematem nieco zaintrygowany. — A widzisz, za mało uwagi mi poświęcasz. Nic tylko praca i praca. I oczywiście że wolę, żeby moja mojszość była na wierzchu, jak to określiłaś, ale wydaje mi się że masz trochę mylne wrażenie co do tego, na ile to może działać.
Bulstrode bowiem, czego pewnie nikt się nie spodziewał, uważał że były pewne granice. Pierdolił głupoty bo mógł, ale robił to najczęściej w sytuacjach kiedy albo nie miał go kto z tego rozliczyć, albo to rozliczenie niewiele w jego życiu zmieniało. Poranna wymiana zdań z Victorią była irytująca, to prawda, ale pewnie nie podjąłby się jej w takiej formie, a może i w ogóle, gdyby opierdolka miała zaburzyć jego dzień w znaczący sposób. Znali się na tyle, by mógł chociaż na oko obliczyć sobie, jaką reakcję mogą wywołać oferowane przez niego głupoty. Ta przezorność nie zmieniała jednak faktu, ze Christopher pozostawał żmiją jadowitą i z nim policzy się osobno.
— Jakieś takie… wyglądało jak spalony ziemniak. No dobra, węgiel może. Czarne i się żarzyło. Brenna wrzuciła je do ogniska i następnego dnia wykluł się z niego ptak. Jej się trafiło takie, że podobno schowała je w mchu i paproci, czy jakoś tak. Ale nie widziałem co z tego wyszło. Kupiliśmy je w ogóle u jakiegoś sprzedawcy pod kamienicą, ale spierdolił w międzyczasie. Pewnie wiedział że nie ma co w jednym miejscu za długo siedzieć z takimi rarytasami na stoisku.