Wczoraj, 02:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 02:07 przez Septima Ollivander.)
Pytanie dotarło do niej z opóźnieniem, przeciskając się przez szpitalny zgiełk jak zbyt tłusty kot przez szczelinę w płocie. Septima musiała przez chwilę grzebać w rozsypanych migawkach, szukając w nich czegokolwiek żrącego, dławiącego i wylewającego się bezprawnie z gardła.
— Nie. Chyba nie — pokręciła głową i od razu tego pożałowała, bo światło różdżki zostawiło jej pod powiekami zielonkawe kleksy, rozlewające się jak atrament na bibule. — Przynajmniej tego nie pamiętam. Ale pamiętam też niewiele więcej.
Posłusznie odchyliła głowę, ze sztywno wyprostowanym karkiem, jak uczennica, która wie, że zaraz dostanie burę i wolałaby mieć to już dawno za sobą.
Krople były chłodne i lepkie, gęstawe jak patoka zostawiona nocą na parapecie. Mrugnęła niechcący, raz, odruchowo i poczuła, jak eliksir rozpełza się pod powieką, ciągnąc za sobą kurz i popiół.
Łzy przyszły szybko. Najpierw te wywołane lekiem, a potem następne, cięższe, które nie miały już z eliksirem nic wspólnego. Septima nie potrafiła ich od siebie odróżnić. Płynęły po policzku w poprzek zaschniętej krwi, zostawiając w niej jasne bruzdy, a ona widziała pod zamkniętymi powiekami wybite szyby w oknach warsztatu, ojca zamiatającego szkło spomiędzy pudełek z różdżkami i opuszczone gniazdo gołębi pod okapem, którego nikt nie sprawdził. Objęła oburącz kubek, który ktoś wcisnął jej w dłonie i przycisnęła go potulnie do mostka. Lewa ręka zapiekła przy tym tak, że aż zaszumiało jej w uszach, ale palców nie rozluźniła.
Woda smakowała popiołem. Piła ją powolnymi, małymi łykami jakby każdy kolejny mógł się okazać zbyt bolesny dla zdartego gardła.
Jakaś część Ollivanderówny wolała chyba nie słyszeć i nie przygotowywać się na odpryskowy ból. Przy pierwszym odłamku zacisnęła zęby, aż zazgrzytało jej w zawiasach szczęki. Ciało pod skórą stawiało opór i ustępowało niechętnie. Coś cienko brzęknęło o metal nerki. Potem jeszcze raz.
Syknęła wbrew swojej woli.
— Boli tak, jak powinno — wykrztusiła przez nos, nie otwierając oczu.
Drzazgi wyciągała z palców od dziecka, siedząc na stołku przy oknie warsztatu i podważając je czubkiem scyzoryka. Niemal zawsze z językiem zagryzionym w kąciku ust. Nikt jednak jak dotąd nie grzebał jej pęsetą w policzku. Od tego zgrzytu pod skórą zbierało się jej na mdłości, ale przełknęła je razem z łykiem wody, bo narzekać więcej już nie wypadało. Wyobraziła sobie za to, jak będzie wyglądać jutro — pocętkowana jak jajko przepiórki, z bladym policzkiem w strupach.
— Zostaną po tym blizny? — Nie widziała powodu, żeby się z tym pytaniem kryć. — Da się ich jakoś uniknąć? Nie chciałabym straszyć klientów ojca. — Była to nawet prawda, jeżeli do klientów ojca zaliczyć przyszłego męża, którego do tej pory wcale nie szukała, a który nagle, w samym środku płonącego Londynu, zaczął ją absorbować bardziej, niż wypadało.
Kącik ust drgnął jej krzywo, ale uśmiech rozkleił się w połowie, rozmyty przez kolejną falę łez, które spływały obficie do ucha i łaskotały nieznośnie. Przełknęła gęstą od dymu ślinę, i zawahała się, obracając kubek w dłoniach, aż woda zachlupotała o ścianki.
— Przepraszam za tamto, przy wejściu — szepnęła ciszej, z policzkiem wciąż sztywnym i nieruchomym pod cudzym spojrzeniem. — Po usłyszeniu nazwiska wzięłam panią za moją dobrą znajomą Lorraine. — Urwała, łapiąc płytki, chrapliwy oddech. — Czy jesteście rodziną? Czy wie pani, czy jest bezpieczna? Ona jest taka…wątła. A tam na zewnątrz… przypadkową ofiarą może zostać każdy.
Obraz wątłej córki wilii w objętym chaosem i bezprawiem Londynie, przyprawił Septimę o ciarki. Chwilę później stanęło jej przed oczami znacznie szersze grono przyjaciół i znajomych, a najgorsze było w tym to, że nie mogła się upewnić, czy są cali, dopóki miasto nie ostygnie od trawiącej go potwornej pożogi.
@Deirdre Malfoy
— Nie. Chyba nie — pokręciła głową i od razu tego pożałowała, bo światło różdżki zostawiło jej pod powiekami zielonkawe kleksy, rozlewające się jak atrament na bibule. — Przynajmniej tego nie pamiętam. Ale pamiętam też niewiele więcej.
Posłusznie odchyliła głowę, ze sztywno wyprostowanym karkiem, jak uczennica, która wie, że zaraz dostanie burę i wolałaby mieć to już dawno za sobą.
Krople były chłodne i lepkie, gęstawe jak patoka zostawiona nocą na parapecie. Mrugnęła niechcący, raz, odruchowo i poczuła, jak eliksir rozpełza się pod powieką, ciągnąc za sobą kurz i popiół.
Łzy przyszły szybko. Najpierw te wywołane lekiem, a potem następne, cięższe, które nie miały już z eliksirem nic wspólnego. Septima nie potrafiła ich od siebie odróżnić. Płynęły po policzku w poprzek zaschniętej krwi, zostawiając w niej jasne bruzdy, a ona widziała pod zamkniętymi powiekami wybite szyby w oknach warsztatu, ojca zamiatającego szkło spomiędzy pudełek z różdżkami i opuszczone gniazdo gołębi pod okapem, którego nikt nie sprawdził. Objęła oburącz kubek, który ktoś wcisnął jej w dłonie i przycisnęła go potulnie do mostka. Lewa ręka zapiekła przy tym tak, że aż zaszumiało jej w uszach, ale palców nie rozluźniła.
Woda smakowała popiołem. Piła ją powolnymi, małymi łykami jakby każdy kolejny mógł się okazać zbyt bolesny dla zdartego gardła.
Jakaś część Ollivanderówny wolała chyba nie słyszeć i nie przygotowywać się na odpryskowy ból. Przy pierwszym odłamku zacisnęła zęby, aż zazgrzytało jej w zawiasach szczęki. Ciało pod skórą stawiało opór i ustępowało niechętnie. Coś cienko brzęknęło o metal nerki. Potem jeszcze raz.
Syknęła wbrew swojej woli.
— Boli tak, jak powinno — wykrztusiła przez nos, nie otwierając oczu.
Drzazgi wyciągała z palców od dziecka, siedząc na stołku przy oknie warsztatu i podważając je czubkiem scyzoryka. Niemal zawsze z językiem zagryzionym w kąciku ust. Nikt jednak jak dotąd nie grzebał jej pęsetą w policzku. Od tego zgrzytu pod skórą zbierało się jej na mdłości, ale przełknęła je razem z łykiem wody, bo narzekać więcej już nie wypadało. Wyobraziła sobie za to, jak będzie wyglądać jutro — pocętkowana jak jajko przepiórki, z bladym policzkiem w strupach.
— Zostaną po tym blizny? — Nie widziała powodu, żeby się z tym pytaniem kryć. — Da się ich jakoś uniknąć? Nie chciałabym straszyć klientów ojca. — Była to nawet prawda, jeżeli do klientów ojca zaliczyć przyszłego męża, którego do tej pory wcale nie szukała, a który nagle, w samym środku płonącego Londynu, zaczął ją absorbować bardziej, niż wypadało.
Kącik ust drgnął jej krzywo, ale uśmiech rozkleił się w połowie, rozmyty przez kolejną falę łez, które spływały obficie do ucha i łaskotały nieznośnie. Przełknęła gęstą od dymu ślinę, i zawahała się, obracając kubek w dłoniach, aż woda zachlupotała o ścianki.
— Przepraszam za tamto, przy wejściu — szepnęła ciszej, z policzkiem wciąż sztywnym i nieruchomym pod cudzym spojrzeniem. — Po usłyszeniu nazwiska wzięłam panią za moją dobrą znajomą Lorraine. — Urwała, łapiąc płytki, chrapliwy oddech. — Czy jesteście rodziną? Czy wie pani, czy jest bezpieczna? Ona jest taka…wątła. A tam na zewnątrz… przypadkową ofiarą może zostać każdy.
Obraz wątłej córki wilii w objętym chaosem i bezprawiem Londynie, przyprawił Septimę o ciarki. Chwilę później stanęło jej przed oczami znacznie szersze grono przyjaciół i znajomych, a najgorsze było w tym to, że nie mogła się upewnić, czy są cali, dopóki miasto nie ostygnie od trawiącej go potwornej pożogi.
@Deirdre Malfoy
Kocham drewno i duże bicepsy.