7 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 7 godzin(y) temu przez Christopher Rosier.)
Poltergeist I i III
*
To miał być miły wieczór.
Taki z dobrym jedzeniem, czekoladą dla Victorii i dobrym winem dla niego, za to optymalnie bez bójek, i może bez rozmawiania o nadciągającym Samhain i wszystkim, co mogło pójść nie tak. I na pewno bez – tak totalnie, absolutnie, kategorycznie bez – rzucających klątwy poltergeistów.
Ten poltergeist chyba jednak wyjątkowo lubił Victorię Lestrange.
– Nie jest to wenecka restauracja, ale podobno wprowadzili do menu doskonałe tiramisu – rzucił Chris, gdy zmierzali ku Zorzy przez Pokątną. Wczesny, jesienny zmrok, już zaczynał kłaść się nad Londynem. Ulice nie opustoszały wprawdzie, ale zdawało się mu, że ruch jest nieco mniejszy niż bywał o tej porze przed Spaloną Nocą. – Chciałbyś wybrać się gdzieś w listopadzie?
Omal nie dodał odruchowo, że może gdzieś, gdzie temperatury są wtedy przyjemniejsze niż w Anglii, ale przypomniał sobie, że dla Victorii nie robiło to aż takiej różnicy.
– Gdzieś, gdzie nie jest tak szaro. W Anglii najbardziej nie lubię jesieni.
Zwykle wczesna jesień oznaczała liczne pokazy mody, podobnie jak końcówka zimy. To w tych porach odbywało się ich najwięcej, i Chris wtedy zajmował się przygotowywaniem kreacji, pokazów, odwiedzaniem tych od innych projektantów, brylowaniem na imprezach. To był główny urok jesieni: ten wrześniowy rozgardiasz, a potem chwila odpoczynku, zanim zabierze się za kreacje na Yule i pokazy w lutym. Ale w tym roku wszystko, co miało mieć miejsce we wrześniu w Anglii, odwołano, i nawet Rosierowie musieli odwołać swój udział w pokazać w Paryżu, bo nie szło ogarnąć tego zamieszania tuż po Spalonej Nocy. Zwłaszcza że część rzeczy tak przesiąkła zapachem dymu, że do niczego się już nie nadawała.
Byli już tak blisko.
Tak blisko…
Gdy do ich uszu dobiegł znajomy, złowieszczy śmiech, zawiał wiatr i z zaułka wyłoniła się półprzezroczysta istota. Znajoma przecież: spotkali ją wcześniej oboje, a Victoria to nawet więcej niż raz…
*
To miał być miły wieczór.
Taki z dobrym jedzeniem, czekoladą dla Victorii i dobrym winem dla niego, za to optymalnie bez bójek, i może bez rozmawiania o nadciągającym Samhain i wszystkim, co mogło pójść nie tak. I na pewno bez – tak totalnie, absolutnie, kategorycznie bez – rzucających klątwy poltergeistów.
Ten poltergeist chyba jednak wyjątkowo lubił Victorię Lestrange.
– Nie jest to wenecka restauracja, ale podobno wprowadzili do menu doskonałe tiramisu – rzucił Chris, gdy zmierzali ku Zorzy przez Pokątną. Wczesny, jesienny zmrok, już zaczynał kłaść się nad Londynem. Ulice nie opustoszały wprawdzie, ale zdawało się mu, że ruch jest nieco mniejszy niż bywał o tej porze przed Spaloną Nocą. – Chciałbyś wybrać się gdzieś w listopadzie?
Omal nie dodał odruchowo, że może gdzieś, gdzie temperatury są wtedy przyjemniejsze niż w Anglii, ale przypomniał sobie, że dla Victorii nie robiło to aż takiej różnicy.
– Gdzieś, gdzie nie jest tak szaro. W Anglii najbardziej nie lubię jesieni.
Zwykle wczesna jesień oznaczała liczne pokazy mody, podobnie jak końcówka zimy. To w tych porach odbywało się ich najwięcej, i Chris wtedy zajmował się przygotowywaniem kreacji, pokazów, odwiedzaniem tych od innych projektantów, brylowaniem na imprezach. To był główny urok jesieni: ten wrześniowy rozgardiasz, a potem chwila odpoczynku, zanim zabierze się za kreacje na Yule i pokazy w lutym. Ale w tym roku wszystko, co miało mieć miejsce we wrześniu w Anglii, odwołano, i nawet Rosierowie musieli odwołać swój udział w pokazać w Paryżu, bo nie szło ogarnąć tego zamieszania tuż po Spalonej Nocy. Zwłaszcza że część rzeczy tak przesiąkła zapachem dymu, że do niczego się już nie nadawała.
Byli już tak blisko.
Tak blisko…
Gdy do ich uszu dobiegł znajomy, złowieszczy śmiech, zawiał wiatr i z zaułka wyłoniła się półprzezroczysta istota. Znajoma przecież: spotkali ją wcześniej oboje, a Victoria to nawet więcej niż raz…