1 godzinę temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 1 godzinę temu przez Alexander Mulciber.)
"A więc stało się, jest ktoś kogo nienawidzisz bardziej ode mnie."
Alexander przechylił lekko głowę, jak pies, który nie rozumie znaczenia wydanej mu komendy. Przez chwilę zastanawiał się, czy usłyszał właściwie pośród otaczającego ich zgiełku muzyki, obrócił się więc tak, aby jego zdrowe ucho skierowane było w stronę Mildred. Obrócił się tak, aby wreszcie móc na nią spojrzeć inaczej niż kątem oka. Czy tak samo spojrzał na nią lata temu, wtedy, gdy leżeli w skrzydle szpitalnym? Nie, zdecydował: wtedy szarpnął się na łóżku jak uczepiony na łańcuchu pies, który pragnie sięgnąć gardła. Rozdrażniła go wówczas; aroganckiego, wychowanego pod kloszem gówniarza, który zbyt często reagował agresją na zaczepki. A jednak zdążył trochę wydorośleć, nie rzucał się już bowiem, gdy ktoś żartobliwie zawołał za nim "Cygan". Nauczył się być dumnym ze swojego pochodzenia, nawet wtedy, gdy próbowano wykorzystywać je przeciwko niemu jako obelgę. Bardzo silnie przeżywał podówczas swoją fiksację na punkcie wszystkiego, co związane było z ogólnie pojętym cygaństwem… A więc i z wróżbiarstwem, bo te pojęcia były w jego głowie nierozdzielnymi. Jego matka była w końcu cygańską królewną po mieczu, a prorokinią po kądzieli: godność swą brała nie tylko z ojcowskiego nadania, ale i z daru, jaki płynął w żyłach kobiet jej rodu. Na matczynych kolanach Alexander uczył się wróżyć, prędzej zaznajamiając się z symbolicznym znaczeniem kart, niż z literami, które tworzyły ich podpisy. Wróżbiarstwo miał we krwi, ale wciąż, wróżbiarstwo było tylko narzędziem wspomagającym dar. Dar, który również miał we krwi. Czuł się przez to wyjątkowym, bo jak mógłby się takim nie czuć? Był tylko dzieckiem, a każde dziecko wierzy w swoją wyjątkowość, zwłaszcza, jeżeli jego rodzic pielęgnuje w nim tę wiarę: tak jak ojciec Mildred Moody ślepo wierzył w to, że córka wstąpi bohatersko w szeregi aurorów, tak ojciec Alexandra wierzył, że przepowiednie syna zapewnią mu miejsce w poczcie wielkich proroków. W jego przypadku oczekiwanie ojca nie było czymś, co należało przezwyciężyć, lecz czymś, co doskonale współgrało z jego własnymi pragnieniami.
Wróżbiarstwo nie zostało mu przedstawione jako dyscyplina magiczna. Nie było przedmiotem szkolnym, który należało zaliczyć na ocenę. Alexander nie traktował wróżbiarstwa jako narzędzia, które pozwalałoby mu wyróżnić się spośród innych czarodziejów: choć z czasem nauczył się wykorzystywać różne techniki dywinacyjne do budowania swojej reputacji jako wróżbity, początek jego fascynacji był znacznie bardziej intymnym. Wróżbiarstwo było bowiem częścią jego dzieciństwa, czymś tak naturalnym jak język. Było sposobem doświadczania świata. Alex zawsze zafascynowany był wróżbiarstwem, ale w końcu uczynił tę fascynację całą swoją osobowością. Uczynił nią jasnowidzenie.
A jednak wciąż byli tacy, którzy byli wobec tego wszystkiego sceptycznymi. Wciąż byli tacy, którzy mieli czelność udawać zaskoczonych, gdy wydarzało się coś, o czym wcześniej przestrzegał ich, że się wydarzy. Jeszcze bardziej irytowało go, gdy ludzie prosili go o radę, a potem wzruszali ramionami na jego wróżby, twierdząc, że "gdy już to wypowiedział na głos, wszystko wydawało się naprawdę łatwym do przewidzenia". Więc czemu tego nie przewidziałeś, miał ochotę warknąć, zwłaszcza wtedy, gdy mówił to ktoś daru widzenia pozbawiony. Dajmy na to, taka Mildred Moody: nie była jasnowidzką, a zawsze uważała, że wie lepiej. Miała nawet czelność udawać, że jest we wróżbiarstwie lepsza od niego, choć to był, być może, żart. Alexander nie rozumiał jej żartów. Nigdy nie starał się zrozumieć. Mildred była gwałtowna, wulgarna, i wyrażała się jak ktoś, kto nigdy w życiu nie przeczytał żadnej książki, uznał więc, że jest niewarta jakiejkolwiek uwagi. A jednak zabierała uwagę Eden, jednej z niewielu osób, z którą był w czasach szkolnych bliżej. Gadała o nim głupoty Ambrosii, w której był wtedy po szczenięcemu zakochany. Wredna, opryskliwa gówniara kręciła się cały czas w pobliżu, udając kogoś kim nie jest, a potem, gdy wylądowali wspólnie w skrzydle szpitalnym… Nagle, pośród zaczepek, pojawiła się nić porozumienia, tak jak teraz. To uczucie, kiedy ktoś próbuje się przy tobie otworzyć: znał je, umiał przecież wyczuć intencje, a jednak był tak samo zdziwiony, jak ona teraz.
Jej intencje nie były wtedy złymi, ale Alexander miał to gdzieś.
Gdy słuchał jej przemyśleń na temat wróżbiarstwa, na temat jasnowidzenia, i dziedzictwa, które krążyło także w żyłach Trelawneyów, czuł tylko irytację. Z jakiej niby okazji ta nieokrzesana dziewucha, która zawsze robiła sobie z niego żarty, nagle miała tupet porównywać się do niego? Pytać o to, co czuje, gdy wróży? Bardzo rzadko odmawiał pomocy, gdy ktoś pytał go o coś w dobrej wierze, ale robił to, gdy miał poczucie, że jego własna wiedza wykorzystana zostanie przeciwko niemu. Alexander nie pamiętał już nawet, o czym mówiła wtedy Mildred, ale nie było to ważnym. Bo nagle było dokładnie tak jak tłumaczyła mu matka. Było tak, jak przestrzegali go członkowie jej rodziny, których odwiedzał w wakacje: byli i jego rodziną, bo mówili tym samym językiem, bo łączyły ich więzy krwi i tradycji. Wszyscy chcą widzieć, powtarzali, pilnuj swoich oczu, bo nawet to gotowi są zabrać. Wszyscy chcieli widzieć, bo wszyscy chcieli wiedzieć, ale gdy wiedza była im objawiana, traktowali widzących z pogardą. Chcieli wiedzieć, ale nie chcieli uznać autorytetu tych, którzy widzą. Romowie przez wieki znosić musieli represje z tego tytułu. Wszyscy chcieli czerpać korzyść z daru, który tak często objawiał się pośród ich rodzin, bez ciężaru historii, jaka za nim stała. Mówili, że pochodzenie czarodzieja nie może przesądzać o tym, czy będzie wolny, czy nie. A jednak o Romach przesądzało. Tajniki kartomancji znali już azjatyccy szamani, a tarot był jedynie europejską adaptacją praktyk starszych od adaptujących go kultur. A jednak to przodków Alexandra prześladowano za wróżenie z kart, chociaż znad doliny Indusu przywiedli własne praktyki magiczne, starsze od tarota wymyślonego na włoskich dworach. Coś, co w rękach innych stanowiło rozrywkę, w rękach Cyganów stawało się kolejnym powodem do ich dyskryminacji. Uznawano ich za prymitywnych, bo nie chcieli asymilować się z lokalnymi kulturami czarodziejskimi. Niszczono ich odrębność, a jednak nawoływano do alienacji. Jego własna praprababka musiała uciekać z tego powodu z gór Andaluzji.
Wtedy Alexander dopiero zaczynał rozumieć, że to, co spotyka jego samego, nie jest odosobnionym przypadkiem, lecz częścią znacznie dłuższej historii uprzedzeń wobec Romów. Wszyscy chcieli wróżyć, ale gdy słyszeli jego wróżby, traktowali go jak dziwadło: Alexander wstydził się własnego wstydu, bo przecież do skrzydła szpitalnego trafił po tym, jak zemdlał po wygłoszeniu przepowiedni.
Ale zamiast być dumnym z zesłanej mu wizji, myślał o tym, jak żałośnie musiał wyglądać, gdy nagle ugięły się pod nim nogi.
Wszyscy chcieli posiąść dar, dopóki nie poznawali ceny, jaką za dar trzeba było zapłacić. A Alexander płacił ją wciąż, i wciąż.
Jak Mildred mogła oczekiwać, że będzie traktował ją poważnie? To było tak, jak gdyby ktoś próbował wejść do jego domu, rozsiąść się przy stole i zachowywać tak, jakby znał wszystkie rodzinne zwyczaje, chociaż nigdy wcześniej nie przekroczył jego progu. Mildred Moody nie miała prawa do takiej poufałości. Nie dlatego, że nie była Cyganką. Nie dlatego, że interesowała się czymś, co było dla niego ważne, ale dlatego, że robiła to w sposób, który Alexander odbierał co najmniej jako lekceważący.
Chciał ją poniżyć, wtedy, w skrzydle szpitalnym. Chciał ją poniżyć, i to właśnie zrobił: okrutny, przemądrzały chłopiec, cieszył się, gdy czuł jej bezsilność; gdy widział łzy wściekłości płynące po dziewczęcych policzkach. Cieszył się, że pokazał jej wtedy, które z nich jest wróżbitą, które z nich jest jasnowidzem.
Które z nich jest nikim.
Tylko że to wszystko było niemal dwadzieścia lat temu, a chłopiec wydoroślał, i stał się mężczyzną. Wydoroślało także jego postrzeganie własnej tożsamości. Doświadczenie jasnowidzenia wciąż było dla niego zbyt osobistym, zbyt głęboko związanym z jego tożsamością, aby mógł bez oporów dzielić się nim z kimś pozbawionym daru. Nie czuł jednak już dłużej potrzeby karania nikogo za to, że sięga po karty, chociaż nie jest Romem. Prawdę mówiąc, nie czuł ku temu potrzeby nawet wtedy, gdy leżeli razem z Mildred w skrzydle szpitalnym. Niechęć jego istniała w oderwaniu od wzniosłych problemów ideologicznych, i była przerażająco małostkową. Alexander Mulciber nie lubił Mildred Moody nie z powodów wielkich, tylko z powodów bardzo małych, miałkich wręcz.
Nie lubił jej, bo nie miał żadnego powodu, żeby ją lubić.
"Czy mam być zazdrosna, Mulciber? Z kim ci jest gorzej niż ze mną?"
Alexander pokręcił powoli głową. Gdy teraz na nią patrzył, nasunął mu się nagle na myśl Louvain. On także przypominał szczekliwe szczenię, który skacze dookoła, natrętnie domagając się uwagi. Gotów był napsocić, pogryźć jego rzeczy, byleby tę uwagę dostać: psiak zostawił ślady zębów na Ambrosii, suczka zabrudziła jego karty na weselu. Ale najgorsze było to wieczne skomlenie: dlaczego wciąż na mnie nie patrzysz?
— Daj spokój, Mildred. — Jego milczenie trwało zdecydowanie dłużej niż pół minuty. Przeciągnął je niekomfortowo tylko dlatego, że mógł to zrobić, a potem zamrugał nagle, zerwawszy kontakt wzrokowy. Nie słychać było żadnej afektacji w jego głosie. Być może Mildred sądziła, że za jego słowami musi stać jakaś wzniosła przemiana natury duchowej, aby były szczerymi. Nie wątpił w to, że wciąż widziała w sobie wielce pokrzywdzoną ofiarę jego chłopięcego okrucieństwa.
Dorośnij, miał jej ochotę powiedzieć.
Zamiast tego podniósł się z krzesła, na którym przysiadł, starannie odsuwając się od stojącej obok kobiety.
— Gdybyś choć trochę dorosła, poprosiłbym cię do tańca, ale… — zaczął po romsku, po to tylko, żeby po chwili na powrót przejść na angielski. Nie zadbał o to, aby przetłumaczyć. — Nie potrzebuję plotek o trzecim rozwodzie w tym kwartale — dodał, już po angielsku.
Alexander Mulciber miał serce, ale nigdy nie biło ono dla Mildred Moody. Samo to, że kwestionowała jego obecność w piersi mężczyzny, więcej mówiło o niej, niż o nim. Czego pragnęło jego serce? Czego pragnął Alexander Mulciber?
Spokoju.
Brał kiedyś heroinę, żeby zyskać jego namiastkę. Sypiał z kobietami, bo sądził, że z kimś po drugiej stronie łóżka łatwiej będzie mu przespać spokojnie noc. Nie było łatwiej. Zwrócił się w stronę bezmyślnej przemocy, ale okrucieństwa, jakich się dopuszczał, nie przyniosły oczekiwanej desensytyzacji. Długo chciał więc tak po prostu umrzeć, wierząc, że właśnie w ten sposób spokój uda mu się odnaleźć. Dzisiaj… Nie potrzebował już tego wszystkiego, tak samo jak nie potrzebował upokarzać Mildred, żeby poczuć się pewniej we własnej skórze. Nie chciał nawet patrzeć, jak sama się upokarza.
Dzisiaj chciał po prostu popatrzeć na ludzi tańczących na weselu.
Skinął lekko głową w stronę kobiety, zanim oddalił się, aby dołączyć do reszty weselników.
Alexander przechylił lekko głowę, jak pies, który nie rozumie znaczenia wydanej mu komendy. Przez chwilę zastanawiał się, czy usłyszał właściwie pośród otaczającego ich zgiełku muzyki, obrócił się więc tak, aby jego zdrowe ucho skierowane było w stronę Mildred. Obrócił się tak, aby wreszcie móc na nią spojrzeć inaczej niż kątem oka. Czy tak samo spojrzał na nią lata temu, wtedy, gdy leżeli w skrzydle szpitalnym? Nie, zdecydował: wtedy szarpnął się na łóżku jak uczepiony na łańcuchu pies, który pragnie sięgnąć gardła. Rozdrażniła go wówczas; aroganckiego, wychowanego pod kloszem gówniarza, który zbyt często reagował agresją na zaczepki. A jednak zdążył trochę wydorośleć, nie rzucał się już bowiem, gdy ktoś żartobliwie zawołał za nim "Cygan". Nauczył się być dumnym ze swojego pochodzenia, nawet wtedy, gdy próbowano wykorzystywać je przeciwko niemu jako obelgę. Bardzo silnie przeżywał podówczas swoją fiksację na punkcie wszystkiego, co związane było z ogólnie pojętym cygaństwem… A więc i z wróżbiarstwem, bo te pojęcia były w jego głowie nierozdzielnymi. Jego matka była w końcu cygańską królewną po mieczu, a prorokinią po kądzieli: godność swą brała nie tylko z ojcowskiego nadania, ale i z daru, jaki płynął w żyłach kobiet jej rodu. Na matczynych kolanach Alexander uczył się wróżyć, prędzej zaznajamiając się z symbolicznym znaczeniem kart, niż z literami, które tworzyły ich podpisy. Wróżbiarstwo miał we krwi, ale wciąż, wróżbiarstwo było tylko narzędziem wspomagającym dar. Dar, który również miał we krwi. Czuł się przez to wyjątkowym, bo jak mógłby się takim nie czuć? Był tylko dzieckiem, a każde dziecko wierzy w swoją wyjątkowość, zwłaszcza, jeżeli jego rodzic pielęgnuje w nim tę wiarę: tak jak ojciec Mildred Moody ślepo wierzył w to, że córka wstąpi bohatersko w szeregi aurorów, tak ojciec Alexandra wierzył, że przepowiednie syna zapewnią mu miejsce w poczcie wielkich proroków. W jego przypadku oczekiwanie ojca nie było czymś, co należało przezwyciężyć, lecz czymś, co doskonale współgrało z jego własnymi pragnieniami.
Wróżbiarstwo nie zostało mu przedstawione jako dyscyplina magiczna. Nie było przedmiotem szkolnym, który należało zaliczyć na ocenę. Alexander nie traktował wróżbiarstwa jako narzędzia, które pozwalałoby mu wyróżnić się spośród innych czarodziejów: choć z czasem nauczył się wykorzystywać różne techniki dywinacyjne do budowania swojej reputacji jako wróżbity, początek jego fascynacji był znacznie bardziej intymnym. Wróżbiarstwo było bowiem częścią jego dzieciństwa, czymś tak naturalnym jak język. Było sposobem doświadczania świata. Alex zawsze zafascynowany był wróżbiarstwem, ale w końcu uczynił tę fascynację całą swoją osobowością. Uczynił nią jasnowidzenie.
A jednak wciąż byli tacy, którzy byli wobec tego wszystkiego sceptycznymi. Wciąż byli tacy, którzy mieli czelność udawać zaskoczonych, gdy wydarzało się coś, o czym wcześniej przestrzegał ich, że się wydarzy. Jeszcze bardziej irytowało go, gdy ludzie prosili go o radę, a potem wzruszali ramionami na jego wróżby, twierdząc, że "gdy już to wypowiedział na głos, wszystko wydawało się naprawdę łatwym do przewidzenia". Więc czemu tego nie przewidziałeś, miał ochotę warknąć, zwłaszcza wtedy, gdy mówił to ktoś daru widzenia pozbawiony. Dajmy na to, taka Mildred Moody: nie była jasnowidzką, a zawsze uważała, że wie lepiej. Miała nawet czelność udawać, że jest we wróżbiarstwie lepsza od niego, choć to był, być może, żart. Alexander nie rozumiał jej żartów. Nigdy nie starał się zrozumieć. Mildred była gwałtowna, wulgarna, i wyrażała się jak ktoś, kto nigdy w życiu nie przeczytał żadnej książki, uznał więc, że jest niewarta jakiejkolwiek uwagi. A jednak zabierała uwagę Eden, jednej z niewielu osób, z którą był w czasach szkolnych bliżej. Gadała o nim głupoty Ambrosii, w której był wtedy po szczenięcemu zakochany. Wredna, opryskliwa gówniara kręciła się cały czas w pobliżu, udając kogoś kim nie jest, a potem, gdy wylądowali wspólnie w skrzydle szpitalnym… Nagle, pośród zaczepek, pojawiła się nić porozumienia, tak jak teraz. To uczucie, kiedy ktoś próbuje się przy tobie otworzyć: znał je, umiał przecież wyczuć intencje, a jednak był tak samo zdziwiony, jak ona teraz.
Jej intencje nie były wtedy złymi, ale Alexander miał to gdzieś.
Gdy słuchał jej przemyśleń na temat wróżbiarstwa, na temat jasnowidzenia, i dziedzictwa, które krążyło także w żyłach Trelawneyów, czuł tylko irytację. Z jakiej niby okazji ta nieokrzesana dziewucha, która zawsze robiła sobie z niego żarty, nagle miała tupet porównywać się do niego? Pytać o to, co czuje, gdy wróży? Bardzo rzadko odmawiał pomocy, gdy ktoś pytał go o coś w dobrej wierze, ale robił to, gdy miał poczucie, że jego własna wiedza wykorzystana zostanie przeciwko niemu. Alexander nie pamiętał już nawet, o czym mówiła wtedy Mildred, ale nie było to ważnym. Bo nagle było dokładnie tak jak tłumaczyła mu matka. Było tak, jak przestrzegali go członkowie jej rodziny, których odwiedzał w wakacje: byli i jego rodziną, bo mówili tym samym językiem, bo łączyły ich więzy krwi i tradycji. Wszyscy chcą widzieć, powtarzali, pilnuj swoich oczu, bo nawet to gotowi są zabrać. Wszyscy chcieli widzieć, bo wszyscy chcieli wiedzieć, ale gdy wiedza była im objawiana, traktowali widzących z pogardą. Chcieli wiedzieć, ale nie chcieli uznać autorytetu tych, którzy widzą. Romowie przez wieki znosić musieli represje z tego tytułu. Wszyscy chcieli czerpać korzyść z daru, który tak często objawiał się pośród ich rodzin, bez ciężaru historii, jaka za nim stała. Mówili, że pochodzenie czarodzieja nie może przesądzać o tym, czy będzie wolny, czy nie. A jednak o Romach przesądzało. Tajniki kartomancji znali już azjatyccy szamani, a tarot był jedynie europejską adaptacją praktyk starszych od adaptujących go kultur. A jednak to przodków Alexandra prześladowano za wróżenie z kart, chociaż znad doliny Indusu przywiedli własne praktyki magiczne, starsze od tarota wymyślonego na włoskich dworach. Coś, co w rękach innych stanowiło rozrywkę, w rękach Cyganów stawało się kolejnym powodem do ich dyskryminacji. Uznawano ich za prymitywnych, bo nie chcieli asymilować się z lokalnymi kulturami czarodziejskimi. Niszczono ich odrębność, a jednak nawoływano do alienacji. Jego własna praprababka musiała uciekać z tego powodu z gór Andaluzji.
Wtedy Alexander dopiero zaczynał rozumieć, że to, co spotyka jego samego, nie jest odosobnionym przypadkiem, lecz częścią znacznie dłuższej historii uprzedzeń wobec Romów. Wszyscy chcieli wróżyć, ale gdy słyszeli jego wróżby, traktowali go jak dziwadło: Alexander wstydził się własnego wstydu, bo przecież do skrzydła szpitalnego trafił po tym, jak zemdlał po wygłoszeniu przepowiedni.
Ale zamiast być dumnym z zesłanej mu wizji, myślał o tym, jak żałośnie musiał wyglądać, gdy nagle ugięły się pod nim nogi.
Wszyscy chcieli posiąść dar, dopóki nie poznawali ceny, jaką za dar trzeba było zapłacić. A Alexander płacił ją wciąż, i wciąż.
Jak Mildred mogła oczekiwać, że będzie traktował ją poważnie? To było tak, jak gdyby ktoś próbował wejść do jego domu, rozsiąść się przy stole i zachowywać tak, jakby znał wszystkie rodzinne zwyczaje, chociaż nigdy wcześniej nie przekroczył jego progu. Mildred Moody nie miała prawa do takiej poufałości. Nie dlatego, że nie była Cyganką. Nie dlatego, że interesowała się czymś, co było dla niego ważne, ale dlatego, że robiła to w sposób, który Alexander odbierał co najmniej jako lekceważący.
Chciał ją poniżyć, wtedy, w skrzydle szpitalnym. Chciał ją poniżyć, i to właśnie zrobił: okrutny, przemądrzały chłopiec, cieszył się, gdy czuł jej bezsilność; gdy widział łzy wściekłości płynące po dziewczęcych policzkach. Cieszył się, że pokazał jej wtedy, które z nich jest wróżbitą, które z nich jest jasnowidzem.
Które z nich jest nikim.
Tylko że to wszystko było niemal dwadzieścia lat temu, a chłopiec wydoroślał, i stał się mężczyzną. Wydoroślało także jego postrzeganie własnej tożsamości. Doświadczenie jasnowidzenia wciąż było dla niego zbyt osobistym, zbyt głęboko związanym z jego tożsamością, aby mógł bez oporów dzielić się nim z kimś pozbawionym daru. Nie czuł jednak już dłużej potrzeby karania nikogo za to, że sięga po karty, chociaż nie jest Romem. Prawdę mówiąc, nie czuł ku temu potrzeby nawet wtedy, gdy leżeli razem z Mildred w skrzydle szpitalnym. Niechęć jego istniała w oderwaniu od wzniosłych problemów ideologicznych, i była przerażająco małostkową. Alexander Mulciber nie lubił Mildred Moody nie z powodów wielkich, tylko z powodów bardzo małych, miałkich wręcz.
Nie lubił jej, bo nie miał żadnego powodu, żeby ją lubić.
"Czy mam być zazdrosna, Mulciber? Z kim ci jest gorzej niż ze mną?"
Alexander pokręcił powoli głową. Gdy teraz na nią patrzył, nasunął mu się nagle na myśl Louvain. On także przypominał szczekliwe szczenię, który skacze dookoła, natrętnie domagając się uwagi. Gotów był napsocić, pogryźć jego rzeczy, byleby tę uwagę dostać: psiak zostawił ślady zębów na Ambrosii, suczka zabrudziła jego karty na weselu. Ale najgorsze było to wieczne skomlenie: dlaczego wciąż na mnie nie patrzysz?
— Daj spokój, Mildred. — Jego milczenie trwało zdecydowanie dłużej niż pół minuty. Przeciągnął je niekomfortowo tylko dlatego, że mógł to zrobić, a potem zamrugał nagle, zerwawszy kontakt wzrokowy. Nie słychać było żadnej afektacji w jego głosie. Być może Mildred sądziła, że za jego słowami musi stać jakaś wzniosła przemiana natury duchowej, aby były szczerymi. Nie wątpił w to, że wciąż widziała w sobie wielce pokrzywdzoną ofiarę jego chłopięcego okrucieństwa.
Dorośnij, miał jej ochotę powiedzieć.
Zamiast tego podniósł się z krzesła, na którym przysiadł, starannie odsuwając się od stojącej obok kobiety.
— Gdybyś choć trochę dorosła, poprosiłbym cię do tańca, ale… — zaczął po romsku, po to tylko, żeby po chwili na powrót przejść na angielski. Nie zadbał o to, aby przetłumaczyć. — Nie potrzebuję plotek o trzecim rozwodzie w tym kwartale — dodał, już po angielsku.
Alexander Mulciber miał serce, ale nigdy nie biło ono dla Mildred Moody. Samo to, że kwestionowała jego obecność w piersi mężczyzny, więcej mówiło o niej, niż o nim. Czego pragnęło jego serce? Czego pragnął Alexander Mulciber?
Spokoju.
Brał kiedyś heroinę, żeby zyskać jego namiastkę. Sypiał z kobietami, bo sądził, że z kimś po drugiej stronie łóżka łatwiej będzie mu przespać spokojnie noc. Nie było łatwiej. Zwrócił się w stronę bezmyślnej przemocy, ale okrucieństwa, jakich się dopuszczał, nie przyniosły oczekiwanej desensytyzacji. Długo chciał więc tak po prostu umrzeć, wierząc, że właśnie w ten sposób spokój uda mu się odnaleźć. Dzisiaj… Nie potrzebował już tego wszystkiego, tak samo jak nie potrzebował upokarzać Mildred, żeby poczuć się pewniej we własnej skórze. Nie chciał nawet patrzeć, jak sama się upokarza.
Dzisiaj chciał po prostu popatrzeć na ludzi tańczących na weselu.
Skinął lekko głową w stronę kobiety, zanim oddalił się, aby dołączyć do reszty weselników.
Postać opuszcza sesję
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat