Wczoraj, 03:25 ✶
Przyglądała się poczynaniom Rodolphusa z zainteresowaniem, którego nie zamierzała nawet szczególnie ukrywać. Było bowiem coś nieodparcie osobliwego w widoku Lestranga, człowieka przywykłego do ministerialnych korytarzy, arystokratycznych salonów i wszelkich wygód, jakie zapewniało mu nazwisko, pochylonego nad kuchennym blatem z powagą godną alchemika przystępującego do sporządzenia eliksiru o nader kapryśnych właściwościach. Skrzyżowała ręce na piersi, opierając lekko ramię o drewniane obramowanie, i obserwowała, jak odmierza susz z drobiazgowością, której nie powstydziłby się najbardziej pedantyczny aptekarz.
Po chwili zorientowała się, że odnajduje pewną przyjemność w możliwości przyglądania się czynnościom, za które tym razem nie ponosiła najmniejszej odpowiedzialności. Nie musiała niczego nadzorować, poprawiać ani sprawdzać. Mogła po prostu stać, wsłuchując się w cichy szmer podgrzewanej wody.
- Doprawdy? A ja sądziłam, że przede wszystkim talentu - odparła przekornie. - Choć przyznaję, że cierpliwość bywa nieoceniona, zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z ludźmi przekonanymi o własnej doskonałości - uśmiechnęła się pod nosem, wygładzając materiał sukni na kolanach. Oparła łokieć o blat, a podbródek wsparła na zgiętych palcach, pozwalając sobie na swobodę, której w bardziej oficjalnych okolicznościach zapewne by sobie odmówiła.
Przez chwilę panowało między nimi milczenie, ale nie z rodzaju tych niezręcznych. Po ostatnich dniach, podczas których nieustannie czegoś od niej wymagano, możliwość przebywania w czyimś towarzystwie bez konieczności prowadzenia uprzejmej konwersacji wydawała się czarownicy luksusem. A potem poruszył temat, którego sie kompletnie nie spodziewała. W jego głosie nie dosłyszała zwyczajnej przekory ani owej chłodnej ironii, którą tak chętnie posługiwał się w rozmowie. Zabrzmiało to niemal jak prośba o wydanie sądu nad przeszłością.
- Byłeś - odpowiedziała spokojnie. - I nie zamierzam cię pocieszać, twierdząc, że zapamiętałam to inaczej. Nienawidziłam cię w Hogwarcie. - nie było w jej głosie rozbawienia. Dawny Rodolphus Lestrange był dla niej nieznośnym, zarozumiałym chłopakiem, któremu pochodzenie, popularność i towarzystwo równie skorych do wybryków przyjaciół dawały, jak sądził, nieograniczone prawo do zabawiania się cudzym kosztem. Niektóre jego żarty były zwyczajnie okrutne. Czy na pewno chciał usłyszeć prawdę? Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie musiałaby namyślać się ani chwili. Istniało bowiem pewne wspomnienie, które przez długie lata powracało do niej z zadziwiającą wyrazistością.
- Jeszcze do niedawna… bez wahania przywołałabym pewne popołudnie na wieży astronomicznej - zaczęła, przyglądając mu się uważnie. Pamiętała tamten dzień z przykrą dokładnością. Było chłodno, choć nie na tyle, by zniechęcić ją do spędzenia popołudnia na otwartej galerii. Siedziała przy kamiennej balustradzie z podręcznikiem transmutacji rozłożonym na kolanach, usiłując zapamiętać kolejne zagadnienia przed zbliżającym się zaliczeniem. Na nadgarstku miała delikatną, złotą bransoletkę z niewielką zawieszką w kształcie gwiazdy. Dostała ją od babki na jedenaste urodziny, tuż przed wyjazdem do Hogwartu, wraz z zapewnieniem, że będzie jej przypominała o domu, ilekroć zatęskni za rodziną. Astoria nosiła ją niemal codziennie, choć zapięcie zdążyło się już nieco poluzować.
- Wyczarowałeś tuż za moimi plecami ogromnego pająka. Nie zdążyłam zorientować się, że to tylko iluzja. Zerwałam się z miejsca tak gwałtownie, że przewróciłam krzesło, a kiedy próbowałam odsunąć się od tego paskudztwa, potknęłam się i upadłam przy samej balustradzie.
Na moment zacisnęła usta.
- Bransoletka, podarowana przez moją babkę, zahaczyła o wystający fragment kamienia. Łańcuszek pękł, a ja zobaczyłam tylko, jak zsuwa się z mojego nadgarstka i przelatuje przez krawędź wieży.
Najdotkliwiej zapamiętała nie sam przestrach ani nawet bolesne uderzenie kolanami o kamienną posadzkę, lecz tę krótką, bezradną chwilę, w której obserwowała błysk złota znikający daleko poniżej.
- Nigdy jej nie odzyskałam - powiedziała ciszej. Szukała jej, pytała o pomoc woźnego, ale przepadła bez śladu. - I nigdy ci nie wybaczyłam.
Umilkła, pozwalając, by słowa wybrzmiały. Nie zamierzała go upokarzać ani wymuszać przeprosin za przewinienia sprzed lat. Zapytał jednak o prawdę, a Astoria nie uważała, by należało zastępować ją uprzejmym kłamstwem. Dopiero po chwili jej wyraz twarzy złagodniał.
- Ale teraz… dominującym wspomnieniem jest twoja pomoc podczas Spalonej Nocy - niełatwo przychodziło jej mówienie o tamtych wydarzeniach, ale swoim pytaniem zdawał się uchylić jakieś drzwi, przez które teraz wymykała się szczerość. - Ruszyłeś mi na ratunek, chociaż nie miałeś żadnego obowiązku tego robić. Pomogłeś mi wydostać się z tamtego koszmaru i wrócić do domu. Nie wiem, co stałoby się ze mną, gdybyś się wtedy nie pojawił.
Nie uśmiechnęła się tym razem. Pozwoliła jedynie, by jej spojrzenie spoczęło na jego twarzy, spokojne i pozbawione wszelkiej kokieterii.
- Od tamtej pory pokazałeś mi się od innej strony, takiej, przez którą zaczęłam… - urwała, speszona tym przypływem otwartości.
Po chwili zorientowała się, że odnajduje pewną przyjemność w możliwości przyglądania się czynnościom, za które tym razem nie ponosiła najmniejszej odpowiedzialności. Nie musiała niczego nadzorować, poprawiać ani sprawdzać. Mogła po prostu stać, wsłuchując się w cichy szmer podgrzewanej wody.
- Doprawdy? A ja sądziłam, że przede wszystkim talentu - odparła przekornie. - Choć przyznaję, że cierpliwość bywa nieoceniona, zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z ludźmi przekonanymi o własnej doskonałości - uśmiechnęła się pod nosem, wygładzając materiał sukni na kolanach. Oparła łokieć o blat, a podbródek wsparła na zgiętych palcach, pozwalając sobie na swobodę, której w bardziej oficjalnych okolicznościach zapewne by sobie odmówiła.
Przez chwilę panowało między nimi milczenie, ale nie z rodzaju tych niezręcznych. Po ostatnich dniach, podczas których nieustannie czegoś od niej wymagano, możliwość przebywania w czyimś towarzystwie bez konieczności prowadzenia uprzejmej konwersacji wydawała się czarownicy luksusem. A potem poruszył temat, którego sie kompletnie nie spodziewała. W jego głosie nie dosłyszała zwyczajnej przekory ani owej chłodnej ironii, którą tak chętnie posługiwał się w rozmowie. Zabrzmiało to niemal jak prośba o wydanie sądu nad przeszłością.
- Byłeś - odpowiedziała spokojnie. - I nie zamierzam cię pocieszać, twierdząc, że zapamiętałam to inaczej. Nienawidziłam cię w Hogwarcie. - nie było w jej głosie rozbawienia. Dawny Rodolphus Lestrange był dla niej nieznośnym, zarozumiałym chłopakiem, któremu pochodzenie, popularność i towarzystwo równie skorych do wybryków przyjaciół dawały, jak sądził, nieograniczone prawo do zabawiania się cudzym kosztem. Niektóre jego żarty były zwyczajnie okrutne. Czy na pewno chciał usłyszeć prawdę? Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie musiałaby namyślać się ani chwili. Istniało bowiem pewne wspomnienie, które przez długie lata powracało do niej z zadziwiającą wyrazistością.
- Jeszcze do niedawna… bez wahania przywołałabym pewne popołudnie na wieży astronomicznej - zaczęła, przyglądając mu się uważnie. Pamiętała tamten dzień z przykrą dokładnością. Było chłodno, choć nie na tyle, by zniechęcić ją do spędzenia popołudnia na otwartej galerii. Siedziała przy kamiennej balustradzie z podręcznikiem transmutacji rozłożonym na kolanach, usiłując zapamiętać kolejne zagadnienia przed zbliżającym się zaliczeniem. Na nadgarstku miała delikatną, złotą bransoletkę z niewielką zawieszką w kształcie gwiazdy. Dostała ją od babki na jedenaste urodziny, tuż przed wyjazdem do Hogwartu, wraz z zapewnieniem, że będzie jej przypominała o domu, ilekroć zatęskni za rodziną. Astoria nosiła ją niemal codziennie, choć zapięcie zdążyło się już nieco poluzować.
- Wyczarowałeś tuż za moimi plecami ogromnego pająka. Nie zdążyłam zorientować się, że to tylko iluzja. Zerwałam się z miejsca tak gwałtownie, że przewróciłam krzesło, a kiedy próbowałam odsunąć się od tego paskudztwa, potknęłam się i upadłam przy samej balustradzie.
Na moment zacisnęła usta.
- Bransoletka, podarowana przez moją babkę, zahaczyła o wystający fragment kamienia. Łańcuszek pękł, a ja zobaczyłam tylko, jak zsuwa się z mojego nadgarstka i przelatuje przez krawędź wieży.
Najdotkliwiej zapamiętała nie sam przestrach ani nawet bolesne uderzenie kolanami o kamienną posadzkę, lecz tę krótką, bezradną chwilę, w której obserwowała błysk złota znikający daleko poniżej.
- Nigdy jej nie odzyskałam - powiedziała ciszej. Szukała jej, pytała o pomoc woźnego, ale przepadła bez śladu. - I nigdy ci nie wybaczyłam.
Umilkła, pozwalając, by słowa wybrzmiały. Nie zamierzała go upokarzać ani wymuszać przeprosin za przewinienia sprzed lat. Zapytał jednak o prawdę, a Astoria nie uważała, by należało zastępować ją uprzejmym kłamstwem. Dopiero po chwili jej wyraz twarzy złagodniał.
- Ale teraz… dominującym wspomnieniem jest twoja pomoc podczas Spalonej Nocy - niełatwo przychodziło jej mówienie o tamtych wydarzeniach, ale swoim pytaniem zdawał się uchylić jakieś drzwi, przez które teraz wymykała się szczerość. - Ruszyłeś mi na ratunek, chociaż nie miałeś żadnego obowiązku tego robić. Pomogłeś mi wydostać się z tamtego koszmaru i wrócić do domu. Nie wiem, co stałoby się ze mną, gdybyś się wtedy nie pojawił.
Nie uśmiechnęła się tym razem. Pozwoliła jedynie, by jej spojrzenie spoczęło na jego twarzy, spokojne i pozbawione wszelkiej kokieterii.
- Od tamtej pory pokazałeś mi się od innej strony, takiej, przez którą zaczęłam… - urwała, speszona tym przypływem otwartości.
learn the rules
then break some
then break some