3 godzin(y) temu ✶
Biały śnieg nie miał prawa istnieć w szarej rzeczywistości. Opadał na skórę Zeleny, na włosy i twarz, ale w zetknięciu z szarością roztapiał się natychmiast. Szarych strużek wody nie było już widać, jak spływały. Czy Zelena w szarym łożu się wyspała?
— Nawet lubię — schował solniczkę z powrotem w kieszeni. Łóżko skrzypiało, a kiedy Zelena przesuwała rękami po pościeli, śnieg skrzypiał także. Właściwie to Zenek nie był pewny, czy niewidzialny śnieg nie utworzył śniegowego łóżka, ale nie. To było niemożliwe. Zelena nie drżała. Kiedy wsunęła palec do ust, Zenek także nie drżał. Wykwitł mu na twarzy uśmiech.
— Pamiętam holenderski śnieg. — szkoda tylko, że z Zeleny snu. Miał nadzieję, że tego ostatniego nie usłyszała.
Ciekawe, czy coś z tego palca poczuła na języku. Czy śnieg był słodki, czy słony. Pewnie słony. Siła sugestii potrafiła zmienić smak każdej potrawy. Ale też nie każdy to czuł.
Powietrze w pokoju ciężko spływało na tyły płuc. Klatka Zenka unosiła się spokojnie. Pokój dychał, animowany przez wyobraźnię Zeleny. Co w sumie… Zenek już stał w gotowości. Jak jej zaczynały zwoje działać, wolał twardo wcisnąć pięty w pozycji dwunożnej. Nie miał czego wstrzymywać.
Pierwszy ruch. Zelena poruszyła się na łóżku. Zgubiła pościel. No to już nie wróci, aż snu nie skończy. Drugi ruch. Trzeci. Im więcej się ruszała, tym lepiej ją dostrzegał na tle szarych ścian. Więc dobrze. Niech Zelena się rusza. Jej jasne włosy również były nieco jaśniejsze niż reszta; widział, jak się poruszają, kiedy przechylała głowę. On sam także przejął trochę ciemniejszego cienia. Zastanawiało go, czy to nie będzie później problemem. Wyciągnął przed siebie lekko rękę, jakby przesuwał śnieg w powietrzu. Kryształki w końcu pospadały.
— Tak sądzisz? — zapytał cicho, co w sumie było zupełnie bezcelowe, bo Zelena robiła, co chciała. Odpowiadać też nie musiała. Ale może jego głos zapisze jej się w pamięci nad ranem.
Pozwolił jej rozejrzeć się po pokoju. Nie przeszkadzał jej zbytnio. Bujał się jedynie na piętach, do tyłu i z powrotem, podłoga przez to nieco skrzypiała. Co też było odstępstwem od normy, jaką stanowiła całkowita cisza. Zbliżył się dopiero, gdy Zelena drgnęła. Coś ją spłoszyło. Tik. Sen się upominał.
— Ale może byś zdjęła tego buta? — zatopił ręce jeszcze głębiej w kieszeniach marynarki, gdy Zelena go pociągnęła do przodu. Co jak co, ale kiedy Zenek nie chciał iść, to się potrafił zaprzeć w podłodze niby to byk napierający kopytami w przeciwną stronę. Uparty kozioł. Takie zwierzątka też mieli za oknem. Nie tym razem, jednak. To było też w jego interesie, by wreszcie opuścić sień dzielącą ich od przestrzeni snu.
Drzwi ich zatrzymały, ale nie miały w zwyczaju robić tego na długo. Sen czegoś od nich oczekiwał.
— Poczekaj — taś, Zelena, bo Zenek cię tak z pokoju nie puści. I sam też nie wyjdzie.
Stanął przed Zeleną. Uniósł dłonie, po czym opuścił je… na głowie Zeleny. Od czubka ku końcom i znowu ku nasadom, zaczął otrzepywać włosy, tak jak trzepie się poduszkę. Tap, tap, tap. Lekkie podmuchy powietrza. Powoli zszedł z nich jasny odcień. Potem Zenek strzepnął ciemny cień z własnego płaszcza. I już, git. Drugi but gdzieś zniknął w międzyczasie.
W snach bose stopy nie miały znaczenia. Właściwie to często ludzie pojawiali się właśnie tak, jak do snu szli. No a do snu chodziło się boso. Albo w skarpetach. Jeden pies. Jeśli nie wyśnili sobie bólu, to nagie podeszwy nie mogły ich zranić.
Dopiero, gdy dopełnił formalności, zaginiona klamka zaczynała zbliżać się do nich, w powietrzu, aczkolwiek niechętnie. Zenek wyciągnął po nią rękaw płaszcza i dopiero wtedy przyfrunęła. — No i już. — mruczał. Przymocował do drzwi, nacisnął. Drzwi puściły.
Drzwi wypuściły ich na nagą ziemię. A może to była trawa. Nie było sposobu powiedzieć, czy ktokolwiek wydeptał już ścieżkę przed nimi. Równie dobrze mogło tam nie być człowieka. Ale ludzie bardzo wyraźnie pracowali. Kontury rozmywały się w powietrzu, daleko na polach. Poruszali ledwo widocznymi na tle nieba narzędziami. Takimi co to nawet ich Zenek nie potrafił ponazywać, bo kurna rolnikiem nie był, ale egzystowały one w wyobraźni każdego człowieka od zarania dziejów. Taczki na kołach, odróżniające się zadrami, wykonane z drewna. Koło toczyło się po polu i wykonywało pracę. Coś zmieniało na polu, bo grudy ziemi rozsuwały się przed rolnikami. Nie mieli czego sypać.
Stali za daleko, by ocenić kontury ich rysów. Zenek miał jednak przeczucie, że gdy zbliży się do któregoś z nich, na licu zobaczy rysy Zeleny. Nie identyczne… Nawet jej twarz nie była tutaj wyraźna. Ale na tyle rozpoznawalne, by wiedzieć, że sen nie mógł wyprodukować społeczeństwa innego od Zeleny, innego od Zenka nawet… gdyby tylko nie był intruzem. No myślał już o tym, że wyjdą z tego problemy.
— Nie widzę Diany — wymsknęła mu się jedna z tych namolnych myśli. Przecież Diana mogła teraz mieć zupełnie inne zajęcie. Słońce prażyło ich z wysoka, jedyny jasny punkt na szczycie nieba.
— Nawet lubię — schował solniczkę z powrotem w kieszeni. Łóżko skrzypiało, a kiedy Zelena przesuwała rękami po pościeli, śnieg skrzypiał także. Właściwie to Zenek nie był pewny, czy niewidzialny śnieg nie utworzył śniegowego łóżka, ale nie. To było niemożliwe. Zelena nie drżała. Kiedy wsunęła palec do ust, Zenek także nie drżał. Wykwitł mu na twarzy uśmiech.
— Pamiętam holenderski śnieg. — szkoda tylko, że z Zeleny snu. Miał nadzieję, że tego ostatniego nie usłyszała.
Ciekawe, czy coś z tego palca poczuła na języku. Czy śnieg był słodki, czy słony. Pewnie słony. Siła sugestii potrafiła zmienić smak każdej potrawy. Ale też nie każdy to czuł.
Powietrze w pokoju ciężko spływało na tyły płuc. Klatka Zenka unosiła się spokojnie. Pokój dychał, animowany przez wyobraźnię Zeleny. Co w sumie… Zenek już stał w gotowości. Jak jej zaczynały zwoje działać, wolał twardo wcisnąć pięty w pozycji dwunożnej. Nie miał czego wstrzymywać.
Pierwszy ruch. Zelena poruszyła się na łóżku. Zgubiła pościel. No to już nie wróci, aż snu nie skończy. Drugi ruch. Trzeci. Im więcej się ruszała, tym lepiej ją dostrzegał na tle szarych ścian. Więc dobrze. Niech Zelena się rusza. Jej jasne włosy również były nieco jaśniejsze niż reszta; widział, jak się poruszają, kiedy przechylała głowę. On sam także przejął trochę ciemniejszego cienia. Zastanawiało go, czy to nie będzie później problemem. Wyciągnął przed siebie lekko rękę, jakby przesuwał śnieg w powietrzu. Kryształki w końcu pospadały.
— Tak sądzisz? — zapytał cicho, co w sumie było zupełnie bezcelowe, bo Zelena robiła, co chciała. Odpowiadać też nie musiała. Ale może jego głos zapisze jej się w pamięci nad ranem.
Pozwolił jej rozejrzeć się po pokoju. Nie przeszkadzał jej zbytnio. Bujał się jedynie na piętach, do tyłu i z powrotem, podłoga przez to nieco skrzypiała. Co też było odstępstwem od normy, jaką stanowiła całkowita cisza. Zbliżył się dopiero, gdy Zelena drgnęła. Coś ją spłoszyło. Tik. Sen się upominał.
— Ale może byś zdjęła tego buta? — zatopił ręce jeszcze głębiej w kieszeniach marynarki, gdy Zelena go pociągnęła do przodu. Co jak co, ale kiedy Zenek nie chciał iść, to się potrafił zaprzeć w podłodze niby to byk napierający kopytami w przeciwną stronę. Uparty kozioł. Takie zwierzątka też mieli za oknem. Nie tym razem, jednak. To było też w jego interesie, by wreszcie opuścić sień dzielącą ich od przestrzeni snu.
Drzwi ich zatrzymały, ale nie miały w zwyczaju robić tego na długo. Sen czegoś od nich oczekiwał.
— Poczekaj — taś, Zelena, bo Zenek cię tak z pokoju nie puści. I sam też nie wyjdzie.
Stanął przed Zeleną. Uniósł dłonie, po czym opuścił je… na głowie Zeleny. Od czubka ku końcom i znowu ku nasadom, zaczął otrzepywać włosy, tak jak trzepie się poduszkę. Tap, tap, tap. Lekkie podmuchy powietrza. Powoli zszedł z nich jasny odcień. Potem Zenek strzepnął ciemny cień z własnego płaszcza. I już, git. Drugi but gdzieś zniknął w międzyczasie.
W snach bose stopy nie miały znaczenia. Właściwie to często ludzie pojawiali się właśnie tak, jak do snu szli. No a do snu chodziło się boso. Albo w skarpetach. Jeden pies. Jeśli nie wyśnili sobie bólu, to nagie podeszwy nie mogły ich zranić.
Dopiero, gdy dopełnił formalności, zaginiona klamka zaczynała zbliżać się do nich, w powietrzu, aczkolwiek niechętnie. Zenek wyciągnął po nią rękaw płaszcza i dopiero wtedy przyfrunęła. — No i już. — mruczał. Przymocował do drzwi, nacisnął. Drzwi puściły.
Drzwi wypuściły ich na nagą ziemię. A może to była trawa. Nie było sposobu powiedzieć, czy ktokolwiek wydeptał już ścieżkę przed nimi. Równie dobrze mogło tam nie być człowieka. Ale ludzie bardzo wyraźnie pracowali. Kontury rozmywały się w powietrzu, daleko na polach. Poruszali ledwo widocznymi na tle nieba narzędziami. Takimi co to nawet ich Zenek nie potrafił ponazywać, bo kurna rolnikiem nie był, ale egzystowały one w wyobraźni każdego człowieka od zarania dziejów. Taczki na kołach, odróżniające się zadrami, wykonane z drewna. Koło toczyło się po polu i wykonywało pracę. Coś zmieniało na polu, bo grudy ziemi rozsuwały się przed rolnikami. Nie mieli czego sypać.
Stali za daleko, by ocenić kontury ich rysów. Zenek miał jednak przeczucie, że gdy zbliży się do któregoś z nich, na licu zobaczy rysy Zeleny. Nie identyczne… Nawet jej twarz nie była tutaj wyraźna. Ale na tyle rozpoznawalne, by wiedzieć, że sen nie mógł wyprodukować społeczeństwa innego od Zeleny, innego od Zenka nawet… gdyby tylko nie był intruzem. No myślał już o tym, że wyjdą z tego problemy.
— Nie widzę Diany — wymsknęła mu się jedna z tych namolnych myśli. Przecież Diana mogła teraz mieć zupełnie inne zajęcie. Słońce prażyło ich z wysoka, jedyny jasny punkt na szczycie nieba.
Sen jest bratem śmierci.