Ta noc była tragiczna. Pełna bólu, cierpienia, ognia, popiołu i śmierci. Ta noc była bardzo pracowita dla tych, którzy postarali się o jej zapamiętanie. Wyryte w pamięci każdego obywatela kraju, którego ta noc dotknęła. Jego samego lub bliskich mu osób. Byli jednak i tacy, których to nie dotknęło. Nie przejęli się śmiercią setek, jeśli nie tysiąca obywateli miast. Nie kogoś, kto sam był katem, chodzącą śmiercią.
Nicholas tej nocy nie spał. Tej nocy, pracował. W prawdzie, wszyscy pracowali. Ratowali dobytek i życie. Własne i cudze. Travers mógłby rzec, że także to czynił. Ratował, od przeklętego pochodzenia. Uwalniał dusze uwięzione w ciałach brudnej krwi. Udzielał pomocy będąc ich Śmiercią. Odbierał im obecne życia, aby mogli narodzić się na nowo. Oby tylko w lepszych ciałach, czystej krwi. W nowym świecie, nowej ideologii.
Tego ranka, odziany w czerń płaszcza, rękawic i obuwia, mając przewieszoną na ramieniu torbę, zmierzał do swojego miejsca pracy. Lecz zamiast teleportować się prosto w znane sobie miejsce niemagicznej dzielnicy Londynu, pojawił się na ulicy Pokątnej. Chciał pierwotnie ocenić w świetle dnia skalę zniszczeń. Sprawdzić przy okazji, czy Bank Gringotta przetrwał, czy upadł. Mimo tego, co słyszał w raportach swoich współtowarzyszy organizacji. Jego uwagę jednak przykuło coś innego, niż zamierzony cel spaceru.
Znajome, skulone ciało nieszczęśnika, leżące na bruku. Tak bardzo przypominające istotę obdarzoną ciepłem i uśmiechem. Pięknem i delikatnością. Miał widok na jego sylwetkę przed sobą. Tę jasną czuprynę włosów rozpoznawał.
"Co tutaj robisz, Lucrecjo?" - przeszło mu przez myśl pytanie.
Travers obserwował, jak Prewett próbował się podnieść. Oceniał jego stan fizyczny. Szukał ran, ale ich nie dostrzegał. Zbliżał się do niego, nie spiesząc się wcale. Gdy stanął przed nim, kucnął. Jeżeli Laurent spojrzał na niego, mógł dostrzec w jego oczach opanowanie, spokój, chłód, obojętność, bezemocjonalność, ale i znajome sobie niebieskie oczy Króla Lodu. Gdyby jednak nie spojrzał, Nicholas najpewniej by to na nim wymusił, dotykając jego podbródka, delikatnie unosząc jego głowę, aby spojrzał mu w oczy.
Nicholas dostrzegł w jego lazurowym spojrzeniu pustkę. Lęk, przerażenie. Czy było tam także zagubienie?
Zapewnił go spokojnym głosem. "Twoja dusza, odnalazła mnie." – chciałoby się rzec. Czy tego potrzebował? Ochrony? Bezpieczeństwa? Wsparcia? Pomocy?
Nicholas tutaj był. Kai przyszedł po zagubioną Gerdę w tym chaosie.