Morze nie mogło się zgubić. Nie było też łaskawe. Wzburzone, potrafiło także niszczyć. Zabierać to, co cenne ujrzy na swojej drodze. Nie tylko przedmioty, domostwa, naturę, ale i każde życie. Spokojne, nie szkodziło nikomu. Tak samo ogień. Wzniesiony tej nocy miał tylko jedno zadanie. Niszczyć. Spopielić co stare, bezużyteczne, aby zrobić miejsce nowemu. Dwa tak bardzo różniące się żywioły Matki Natury. Tak teraz, przed sobą stanęły dwa żywioły, tyle że ludzkie. Życia i śmierci. Ciepła i chłodu.
Nie było możliwe mieć w takich miejscach czystych butów, kiedy dookoła unosiła się sadza, leżał popiół, znajdowały kałuże po próbach ugaszenia szalejącego żywiołu ognia. Lecz cała reszta, była czysta. Po pracy, trzeba było się umyć, oczyścić ze wszystkiego.
Spojrzenie Laurenta było jak wielu innych, które widział Nicholas. Nie były dla niego zaskoczeniem. Ta noc, była dla wszystkich testem, doświadczeniem i lekcją. Lekcją, przetrwania. Przed Laurentem był okaz motyla śmierci, który zapewnił, że jest bezpieczny. Bo on, jest przy nim. Usłyszał z jego ust swoje imię. Przerwane po chwili z powodu zanoszącego się, znanego Traversowi kaszlu. Odczekał cierpliwie, aż Prewett swoje wykrztusi. Nie był jedyną ofiarą tego przypadku.
- A gdzie jest bezpiecznie?Zapytał go spokojnie, lekko unosząc brew. Gdzie, według Laurenta było bezpiecznie?
- Co tak właściwie tutaj robisz?
Zadał mu po krótkiej chwili kolejne proste pytanie. Dlaczego nie był we własnym domu? Dlaczego pozostawił Abraksany? Czego tutaj szukał? Laurent przejmował się Nicholasem, ale to sam wyglądał jak zbłądzona foczka.