Czarodzieje byli stworzeniami tego świata nadludzkimi. Błękit krwi, który płynął w ich żyłach, musiał dawać im prawo do rządzenia tym światem. Żyjący dłużej, mądrzejsi, inteligentniejsi, sprawniejsi. Człowiek człowiekowi potrafił być wilkiem - czemu więc czarodzieje nie mieliby ustalić na nowo zasad tego świat? Albo nie na nowo? Przywrócić jeno stary porządek? Taki, gdzie wiedźmy z Salem nie lądowały na stosie, a kłaniano im się nisko, w pas?
Nie taki świat wyobrażał sobie Laurent. Był mu przeciwny, nie godził się na niego, bo nie widział lepszych ani gorszych. Nie widział błękitu krwi - widział, że każdy krwawił dokładnie tak samo. Jego krew selkie tak samo płynęła po alabastrowej skórze jak zwykłego mugolaka. To był ten sam ból. I nikt nie podejrzewał motyla, że to właśnie on będzie przynosił słowa wprost przeciwne. Przecież motyle kojarzone były z delikatnością. A jednak to właśnie o nich mówiono, że jedno uderzenie skrzydeł rozpęta huragan na drugim końcu świata.
\- Ja… gdzie jest.. bezpiecznie..? - Nagle wokół nich powstał mikrokosmos. Sztuczny wycinek rzeczywistości. W jego ramach świat był prostszy, a ból i strach docierał z mniejszym hukiem do wstrząśniętego umysłu. Nawet to nie sprawiało, żeby Laurent miał odpowiedź na to proste pytanie. Przynajmniej: żadne mądre. - Nie wiem… gdzieś jest, trzeba znaleźć… - zakaszlał. Przerażenie zaciskało pazury na jego ramionach i na gardle.
Gdzie.
Jest.
Bezpiecznie.
- Nie mogę… oddychać… a Florence… Florence nie wraca… - Być może Nicholas miał okazję poznać Florence Bulstrode, a być może nie. Laurent nawet się teraz nad tym nie zastanawiał, bo w jego głowie logiczna myśl była aktualnie towarem luksusowym. Nie istniała. Był tylko kłębek emocji i ostatnia myśl instynktu nakazująca ratować samego siebie. I szukać pomocy, nim się udusi.