Dążyli do tego, do ustalenia nowych zasad. Nie wszystko jednak można było załatwić słownie. Czasami trzeba było pokazać swoją siłę. Siłę krwi, pochodzenia i wysoko opanowanej dziedziny magii, nawet zakazanej. A nawet ich wielu. Być Panem, który zmieni świat czarodziejów na lepsze.
Historia nie zapomina.Historia pamięta.
Przeszłość, rozliczy.
Sam jeden czarodziej może tych zmian nie dokonać. Potrzebował tych, którzy jego ideologię będą głosić, szerzyć i dla niego ten świat zmieniać. Potrzebował każdego zaufanego w każdym miejscu. Aby ów cel osiągnąć, by coraz bliżej. Dlatego ważne były czystość krwi, pochodzenie i wiedza. Ważne było oddzielić oba światy od siebie. Nie mieszać ich.
Nicholas robił to, co konieczne. Być może też dlatego, aby Laurent mógł później wierzyć w istnienie bezpiecznego miejsca. Wystarczyło tylko zrozumieć, zaakceptować, dostosować się do zmian. Współpracować.
Stan psychiczny selkie nie wyglądał zbyt dobrze. Jakby stracił orientację w terenie, w czasie. Nicholas rozejrzał się, aby upewnić, czy nikt przypadkiem nie czyha w ukryciu na młodego czarodzieja. Laurent po wypowiedzeniu kolejnych słów, znów zaniósł się kaszlem. Paskudnym.
Florence. O jaką Florence mu chodziło? Nicholas nie kojarzył, o kim mówił, jeśli nie majaczył, Laurent. To jednak nie było istotne. Zbliżył się do niego o krok kucając i objął go ramieniem, drugą ręką gładząc policzek. Przez rękawiczki, dotykał go przez ich materiał.
- Zabiorę Cię do szpitala. Tam się Tobą zajmą.Zasugerował i liczył na brak sprzeciwu. Pomógłby mu nawet wstać, swoim ciałem będąc dla niego oparciem. Ale i dla Nicholasa choroba nie miała litości. Sam odwrócił głowę i zaczął kaszleć, zakrywając usta dłonią. Również nawdychał się przeklętego popiołu, będąc przez całą noc na zewnątrz.