Gdyby ktoś miał tego dnia dostęp do wewnętrznych przemyśleń obydwojga przedstawicieli rodu Longbottomów, zapewne zauważyłby dosyć istotną różnicę między nimi. Tam, gdzie Brenna dostrzegała zarzewie możliwego konfliktu, Erik dostrzegał co najwyżej płomień zapałki, który w jego oczach mógł wygasnąć, gdyby tylko ktoś zadeptał niedopałek butem. Chociaż jedno nie ustępowało drugiemu w kwestii wiary w ludzkie dobro, tak to raczej niespełna dwumetrowy gigant pełnił funkcję tego nieco, minimalnie, ociupinkę bardziej naiwnego.
— Nie może być aż tak źle. Przecież nie zaczną nagle ciskać w nich zaklęciami. Bądź co bądź to wciąż są ludzie i powinni to uszano... — Wtedy rozległ się donośny trzask, a niebo nad ich głowami rozświetliło się pod wpływem kolorowych wiązek magicznych zaklęć. Czyli jednak było tak źle i ludzie faktycznie byli zdolni do zrobienia sobie krzywdy. Wspaniale. Doprawdy wspaniale.
Jakże wielkie szczęście miała społeczność czarodziejów, że jego siostra nie miała zdolności projekcji myśli, skutkującej przeniesieniem wszystkich jej negatywnych refleksji do prawdziwego świata. Wtedy mogliby być pewni, że wszystkie najgorsze koszmary i najmniej fortunne dla tych czasów scenariusze ziściłyby się w najmniej odpowiednim momencie. Nie, żeby winił Brennę za posiadania takich spostrzeżeń. Bądź co bądź dzięki temu zawsze była przygotowana na to, czego nie dało się często przewidzieć...
Szarpnął mocno głową, odsuwając od siebie te myśli. Nie było teraz na to czasu. Wyszarpnął różdżkę zza pazuchy i przyłożył do swojego gardła, celem skorzystania z zaklęcia Sonorus, zwiększającego wielokrotnie donośność ludzkiego głosu. Liczył, że w ten sposób jego komunikat trafi do większej ilości zebranych wokół ludzi.
— UWAGA! JEŚLI NIE MOŻECIE SIĘ DEPORTOWAĆ, UKRYJCIE SIĘ W POBLISKICH ULICZKACH LUB BUDYNKACH. TRZYMAĆ SIĘ Z DALA... — Erik przerwał, gdy prosto na niego wpadł jeden z uczestników protestu, a po chwili pobiegł dalej. Jęknął, czując ból w okolicy prawego boku. — TRZYMAĆ SIĘ Z DALA OD GŁÓWNEJ ULICY!
Wprawdzie ucieczka w tym momencie zdecydowanie była najlepszym rozwiązaniem dla protestujących, aby uniknąć otwartego konfliktu, tak ukrycie się w pobliskich sklepach i lokalach również nie jawiło się w oczach Erika jako rozwiązanie sporo gorsze. W tłumie znajdowali się już pracownicy Ministerstwa Magii, a zaraz zjawi się ich tutaj zapewne więcej, więc być może uda im się ukrócić tę eskalację. Nie ulegało jednak wątpliwości, że pochód raczej nie zostanie już wznowiony.
Krzyki dochodzące z początku kolumny pochodu stawały się nie tylko coraz głośniejsze, ale także zwiększyła się ich ilość. Erik pokonał odruch cofnięcia się o krok, jednak rzucał co chwilę nerwowe spojrzenie na boki, kątem oka spoglądając na Brennę, aby jej nie zgubić.
— Kurwa — warknął, gdy ni stąd ni zowąd jakieś pięć metrów nad ich głowami przeleciała wiązka zaklęcia magicznego. Stało się to tak szybko, że nawet ciężko było poznać, co to mogło być za zaklęcie. Przynajmniej w nikogo nie trafiło, ale hałas narastał... Chaos był już raczej nieunikniony. Krew zadudniła mężczyźnie w skroniach. Podniósł głos. — Trzeba będzie się przepchać na przód i zadbać o zaklęcia obronne. Zaraz... Zaraz zaczną się wycofywać.
Czy to było logiczne? Oby. Zakładał, a miał nadzieję, że tym razem nie był w błędzie, że inni wysłannicy Brygady Uderzeniowej oraz grupa aurorów zadba o to, aby unieszkodliwić atakujących. Zdecydowanie zbyt wielu osobom omsknęła się już ręka. Różdżka Erika zatańczyła w jego dłoniach, układając się w pozycję, z której najłatwiej by było mu rzucić podstawowe zaklęcie ochronne.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞