22.03.2023, 11:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2023, 15:39 przez Brenna Longbottom.)
Nie wszystko było tak proste, jak mogłoby się wydawać.
Jeszcze jakieś dwa lata temu, Brennę łączyły nici przyjaźni podszytej uczuciem i zaufaniem z wieloma osobami – z różnych rodzin, różnego pochodzenia, różnego statusu majątkowego. Nie wahałaby się ostrzec żadnego z nich przed niebezpieczeństwem i nie chciałaby uwierzyć, że któreś z nich może zrobić coś złego. Każdy kolejny miesiąc, najpierw roku siedemdziesiątego, gdy ciemność gromadziła się na horyzoncie, powoli przez nich przeczuwana, i potem tego roku, kiedy ta już zasnuła niebo… to zmieniał.
Powoli uświadamiała sobie, że źle ulokowane zaufanie może kosztować nie tylko jej życie.
Że jeśli powie zbyt wiele, narazi siebie i innych. Ba, że nawet jeśli ta osoba jest godna zaufania, to nic nie zmienia: narazi też ją, a ktoś może wyciągnąć z niej informację, siłą albo podstępem, bo ona też ma ludzi, którym ufa, a nie każdy jest godny zaufania…
Nici zaczynały pękać.
Dlatego Brenna gryzła się długo z myślą, co i ile powiedzieć Dorze.
- Oczywiście, że jadłam śniadanie – odparła jednak wesoło, jakby wcale nie przyszła tu rozmawiać o śmierci i zniszczeniu. – Za kogo ty mnie masz? Jak strasznym trzeba być człowiekiem, żeby nie jeść! Jadłam właściwie dwa śniadania, bo też drugie śniadanie. Albo trzy śniadania, jeśli liczyć to standardami takich wiesz, normalnych ludzi, to pierwsze to w końcu był tost, i jajka, i drugi tost, i jeszcze potem ukradłam Erikowi pół jego kanapki – paplała, wędrując do kuchenki. Wyciągnęła różdżkę i zabrała się za usuwanie z niej śladów po niedawnym gotowaniu. – Co takiego przyrządzałaś? – spytała jeszcze, z pewnym zamyśleniem. Nie odrywała wzroku od szorowanej powierzchni. Myślała, jak ubrać myśli w słowa. Te prawdziwe myśli.
Do czego to dochodziło, że w tym nowym świecie, Brennie Longbottom zaczynało brakować słów.
- Dora? – spytała w końcu, uznając, że może „prosto z mostu” jest niezłą drogą. – Pewnie zauważyłaś, co się święci? – podjęła, i natychmiast sama sobie odpowiedziała. – Pewnie, że tak, przecież nie mieszkasz pod kamieniem.
Prawie mieszkała. Musiała się w końcu ukrywać. Ale nie była tu w końcu więźniem, a domowników kręciło się po posiadłości mnóstwo. Rozmawiali. Dostawali gazety. W pewnym zdenerwowaniu zadała raczej idiotyczne pytanie.
- Samo Ministerstwo nie pokona Voldemorta. Na pewno je infiltruje – mruknęła, nie zdradzając żadnej tajemnicy. Tajemnica... tak, tajemnicą było dopiero to, o czym wspomniała potem. – Pewne… akcje są więc przeprowadzane nieoficjalnie. I możemy potrzebować materiałów. Może byłabyś gotowa je dla nas robić?
Brenna mogłaby niby prosić o nie, nie uświadamiając Dory. Ale ta prędzej czy później i tak zaczęłaby zadawać pytania. Poza tym... może i nie mogła podać jej pełnej listy członków i operacji (sama przecież dla bezpieczeństwa jej nie znała), ale Crawleyówna zasługiwała, aby wiedzieć, w czym uczestniczy.
Jeszcze jakieś dwa lata temu, Brennę łączyły nici przyjaźni podszytej uczuciem i zaufaniem z wieloma osobami – z różnych rodzin, różnego pochodzenia, różnego statusu majątkowego. Nie wahałaby się ostrzec żadnego z nich przed niebezpieczeństwem i nie chciałaby uwierzyć, że któreś z nich może zrobić coś złego. Każdy kolejny miesiąc, najpierw roku siedemdziesiątego, gdy ciemność gromadziła się na horyzoncie, powoli przez nich przeczuwana, i potem tego roku, kiedy ta już zasnuła niebo… to zmieniał.
Powoli uświadamiała sobie, że źle ulokowane zaufanie może kosztować nie tylko jej życie.
Że jeśli powie zbyt wiele, narazi siebie i innych. Ba, że nawet jeśli ta osoba jest godna zaufania, to nic nie zmienia: narazi też ją, a ktoś może wyciągnąć z niej informację, siłą albo podstępem, bo ona też ma ludzi, którym ufa, a nie każdy jest godny zaufania…
Nici zaczynały pękać.
Dlatego Brenna gryzła się długo z myślą, co i ile powiedzieć Dorze.
- Oczywiście, że jadłam śniadanie – odparła jednak wesoło, jakby wcale nie przyszła tu rozmawiać o śmierci i zniszczeniu. – Za kogo ty mnie masz? Jak strasznym trzeba być człowiekiem, żeby nie jeść! Jadłam właściwie dwa śniadania, bo też drugie śniadanie. Albo trzy śniadania, jeśli liczyć to standardami takich wiesz, normalnych ludzi, to pierwsze to w końcu był tost, i jajka, i drugi tost, i jeszcze potem ukradłam Erikowi pół jego kanapki – paplała, wędrując do kuchenki. Wyciągnęła różdżkę i zabrała się za usuwanie z niej śladów po niedawnym gotowaniu. – Co takiego przyrządzałaś? – spytała jeszcze, z pewnym zamyśleniem. Nie odrywała wzroku od szorowanej powierzchni. Myślała, jak ubrać myśli w słowa. Te prawdziwe myśli.
Do czego to dochodziło, że w tym nowym świecie, Brennie Longbottom zaczynało brakować słów.
- Dora? – spytała w końcu, uznając, że może „prosto z mostu” jest niezłą drogą. – Pewnie zauważyłaś, co się święci? – podjęła, i natychmiast sama sobie odpowiedziała. – Pewnie, że tak, przecież nie mieszkasz pod kamieniem.
Prawie mieszkała. Musiała się w końcu ukrywać. Ale nie była tu w końcu więźniem, a domowników kręciło się po posiadłości mnóstwo. Rozmawiali. Dostawali gazety. W pewnym zdenerwowaniu zadała raczej idiotyczne pytanie.
- Samo Ministerstwo nie pokona Voldemorta. Na pewno je infiltruje – mruknęła, nie zdradzając żadnej tajemnicy. Tajemnica... tak, tajemnicą było dopiero to, o czym wspomniała potem. – Pewne… akcje są więc przeprowadzane nieoficjalnie. I możemy potrzebować materiałów. Może byłabyś gotowa je dla nas robić?
Brenna mogłaby niby prosić o nie, nie uświadamiając Dory. Ale ta prędzej czy później i tak zaczęłaby zadawać pytania. Poza tym... może i nie mogła podać jej pełnej listy członków i operacji (sama przecież dla bezpieczeństwa jej nie znała), ale Crawleyówna zasługiwała, aby wiedzieć, w czym uczestniczy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.