25.10.2022, 23:36 ✶
Brenna i Erik byli do siebie podobni pod wieloma względami. Istniały jednak różnice, dostrzegane chyba tylko przez nich samych. On trochę lepiej radził sobie ze światłami reflektorów. Był trochę bardziej uroczy. Trochę lepiej nadawał się do przewodzenia.
Ona zaś miała skłonności do większej analizy. Do szukania rzeczy, które mogą się nie udać – i od razu szukania też sposobów na poradzenie sobie z tym. I nawet jeżeli oboje, zawsze właściwie, wyciągali rękę do każdego, kto upadł, to ona patrzyła, czy ten, kto jej dłoń ujmuje, nie zaciska palców drugiej ręki na nożu.
- TELEPORTOWAĆ SIĘ!
Tylko tyle krzyknęła jeszcze, bo Erik na „sonorusie” już wydawał inne instrukcje. Też wyciągnęła różdżkę.
Ale nie, wcale nie po to, by krzyknąć sonorus. Wycelowała gdzieś w górę… Accio? Ona naprawdę użyła accio? Najwyraźniej tak… Cokolwiek przywoływała, nie pojawiło się od razu, a i Brenna nie czekała. Ktoś ją potrącił i musiała opuścić różdżkę. Kto inny potknął się, a ona wyciągnęła odruchowo dłonie, by go podtrzymać, postawić na nogi.
- W sąsiedniej kamienicy zostawiłam twoją miotłę! Z góry będziesz miał lepszy widok! Potem się deportuję na przód! – zawołała do Erika, kiedy między nich wdarli się kolejni ludzie. Brenna ani myślała gnać pod prąd tłumu, zrobiłaby krzywdę co najwyżej komuś albo sobie. Na razie jednak nie znikała, zamiast tego przepychając się na bok, ku wyjściu do jednej z bocznych ulic, gdzie już zaczynali odbiegać ludzie. W tej chwili kontrolowała, czy nikt nie niknie pod stopami ludzi, którzy w panice starali się oddalić od zbiegowiska. Jeśli nawet na czele miała wywiązać się jakaś walka, to byli tam inni brygadziści, a Brenna obawiała się, że w tej chwili większym zagrożeniem dla tłumu niż parę zaklęć był… cóż. Sam tłum.
Erik zaś mógł przekonać się, że Brenna faktycznie… przywołała jego miotłę. Ta przefrunęła nad tłumem, a potem, kierowana kolejnym ruchem jej ręki, zawisła nad nim, by opaść mu w ręce. Sama Longbottom tymczasem rzuciła na siebie tarczę. A raczej próbowała, bo udało się jej dopiero przy drugiej próbie, zdenerwowanie robiło swoje, a w magii rozpraszającej nie była tak dobra, jak w kształtującej.
Po czym syknęła, widząc pomiędzy ludźmi jakiegoś dzieciaka, tracącego równowagę, i zanurkowała w ciżbę. Odwaga? Pewnie raczej durnota, płynąca w jej krwi, ot typowa dla większości rodziny.
Ona zaś miała skłonności do większej analizy. Do szukania rzeczy, które mogą się nie udać – i od razu szukania też sposobów na poradzenie sobie z tym. I nawet jeżeli oboje, zawsze właściwie, wyciągali rękę do każdego, kto upadł, to ona patrzyła, czy ten, kto jej dłoń ujmuje, nie zaciska palców drugiej ręki na nożu.
- TELEPORTOWAĆ SIĘ!
Tylko tyle krzyknęła jeszcze, bo Erik na „sonorusie” już wydawał inne instrukcje. Też wyciągnęła różdżkę.
Ale nie, wcale nie po to, by krzyknąć sonorus. Wycelowała gdzieś w górę… Accio? Ona naprawdę użyła accio? Najwyraźniej tak… Cokolwiek przywoływała, nie pojawiło się od razu, a i Brenna nie czekała. Ktoś ją potrącił i musiała opuścić różdżkę. Kto inny potknął się, a ona wyciągnęła odruchowo dłonie, by go podtrzymać, postawić na nogi.
- W sąsiedniej kamienicy zostawiłam twoją miotłę! Z góry będziesz miał lepszy widok! Potem się deportuję na przód! – zawołała do Erika, kiedy między nich wdarli się kolejni ludzie. Brenna ani myślała gnać pod prąd tłumu, zrobiłaby krzywdę co najwyżej komuś albo sobie. Na razie jednak nie znikała, zamiast tego przepychając się na bok, ku wyjściu do jednej z bocznych ulic, gdzie już zaczynali odbiegać ludzie. W tej chwili kontrolowała, czy nikt nie niknie pod stopami ludzi, którzy w panice starali się oddalić od zbiegowiska. Jeśli nawet na czele miała wywiązać się jakaś walka, to byli tam inni brygadziści, a Brenna obawiała się, że w tej chwili większym zagrożeniem dla tłumu niż parę zaklęć był… cóż. Sam tłum.
Erik zaś mógł przekonać się, że Brenna faktycznie… przywołała jego miotłę. Ta przefrunęła nad tłumem, a potem, kierowana kolejnym ruchem jej ręki, zawisła nad nim, by opaść mu w ręce. Sama Longbottom tymczasem rzuciła na siebie tarczę. A raczej próbowała, bo udało się jej dopiero przy drugiej próbie, zdenerwowanie robiło swoje, a w magii rozpraszającej nie była tak dobra, jak w kształtującej.
Po czym syknęła, widząc pomiędzy ludźmi jakiegoś dzieciaka, tracącego równowagę, i zanurkowała w ciżbę. Odwaga? Pewnie raczej durnota, płynąca w jej krwi, ot typowa dla większości rodziny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.