Beltane dobiegało końca, tak jak euforyczny humor Martina. Śpiewy milkły, stoiska pustoszały, paleniska dogasały. Spacerując brzegiem lasu nie podejrzewał gorszego końca, niż ten. A jednak.
Nieokiełznane siły natury porwały go i ciągnęły losy o życie Croucha. Na skraju śmierci — po raz kolejny. Czy to się nigdy nie skończy? Czy dane mu było żyć jak Syzyf lub Prometeusz? Niekończący się spacer z kostuchą pod ramię.
Pierwsze, co zobaczył, to niebo. Jak pięknie. Pierwsze, co poczuł, to ból. Czyli żył. Niestety. Słyszał poruszające się wokół osoby. Zamknął oczy. Chwila relaksu dla obolałego ciała. Zaczął się też chwilę zastanawiać, czy czasem nie został porwany. Wtedy usłyszał Mackenzie i leniwie przybrał pozycję siedzącą. Rozejrzał się. Byli w lesie, ale to nie tej odpowiedzi oczekiwała kobieta. Tancerka sugerowała, że wciąż byli w pobliżu Beltane, chociaż nie było słychać nikogo poza ich trójką.
— Nie wiem.
Może wypił kolejną podejrzaną herbatkę? Albo nawdychał się oparów nie do końca legalnych substancji? To teraz nie było ważne. Sprawdził, czy na głowie miał wianek od Daisy, na palcu pierścionek zmieniający barwę włosów w tęczę, a w kieszeni pejcz... to na, bo to było ważniejsze, niż różdżka, którą ledwo co się posługiwał.